czwartek, 3 października 2019

Nie uratuję Ziemi, ale mogę jej pomóc...


Jaki jest nasz świat - każdy widzi. Potrafi być piękny i ujmujący, choć często zdarza nam się tego nie zauważać. Ale jest też przerażająco brudny. Choć udajemy, że tego nie widzimy, prawda jest brutalna i straszna.

Nigdy nie kręciły mnie żadne eko-terrorystyczne działania, ale zawsze czułam, że nie mogę przechodzić obojętnie obok tego, co się dzieje. Postanowiłam więc wprowadzić pewne małe kroki w naszym domu, które mają choć w niewielkim stopniu pomóc naszej planecie. 



Jak być bardziej eko - proste działania

1. Jedna z najprostszych rzeczy, jakie można zrobić dla świata, to zakupy do własnych toreb i woreczków. O ile płatne, grube reklamówki zdarza mi się kupować bardzo, bardzo rzadko, o tyle cienkie "zrywki" przez długi czas były moją zmorą. Bardzo długo obiecywałam sobie, że uszyję sobie recyklingowe siatki z firanki i gdy pewnego dnia to nastąpiło, moje zakupy weszły w nowy wymiar! Mimo, że w naszym wiejskim Dino jestem chyba jedyną osobą, która korzysta z tego wynalazku, to wszystkie Panie (i Panowie) już się do nich przyzwyczaili. Co ważne - nigdy nikt mi nie powiedział złego słowa ani nie zaśmiał się prosto w twarz z tego powodu. Jeśli zdarzy mi się spontanicznie wejść do sklepu i nie mam przy sobie torby na zakupy - szukam alternatywy (np. pustego kartonu) - byle tylko nie przynosić plastiku do domu, bo moja niechęć to tworzyw sztucznych z roku na rok jest coraz silniejsza. Jeśli chodzi o torby, to warto wybrać takie, które mają wzmacniane uszy - takie modele nosi się wygodniej, bo nie wpijają się w palce ani w ramię. Najważniejsze jednak, by w ogóle je nosić: nieważne, czy będzie to darmowa torba reklamowa, czy taka, którą sama uszyłaś, czy kupiona (mnie urzekły te TUTAJ - no ale ja mam tendencję do nieświadomego wybierania najdroższych rzeczy :D)


2. Co mnie chyba najbardziej boli, to wyrzucanie jedzenia. Nie powiem, że nam się to nie zdarza - bo zdarza się. Na szczęście coraz rzadziej. Co jakiś czas robię przegląd lodówki i na podstawie zawartości tracącej swoją świeżość, staram się wymyślić jakieś sensowne i zjadliwe danie. Ze zwiędniętych warzyw można zrobić doskonałą zapiekankę lub sos warzywny, ze starego pieczywa pudding chlebowy lub chrupiące grzanki, z bardzo dojrzałych bananów upieczesz doskonały chlebek bananowy, a kilka zawieruszonych plasterków sera doskonale zwieńczy zapiekankę lub wzbogaci smak sosu serowego. Kreatywność to słowo - klucz, by nie marnować jedzenia lub marnować go jak najmniej.

3. Kiedy tylko mogę, rezygnuję z jazdy samochodem na rzecz roweru. Wiosna to moja ulubiona pora roku bo poza tym, że wszystko budzi się do życia, to jeszcze po długim okresie stagnacji mogę w końcu wsiąść na rower i poczuć przyjemny wiatr we włosach. Tak, wiem - nic nie stoi na przeszkodzie, by jeździć na rowerze również zimą, ale ja nie lubię. Jestem typem zmarzlucha i jest mi wtedy zimno i nieprzyjemnie - a nie o to chodzi, by swoje przyjemności sprowadzać do rangi przymusu i obowiązku. Przy okazji przypomniał mi się mój bardzo osobisty rowerowy wpis - jak macie ochotę, to zerknijcie TUTAJ.

4. W tym roku znacząco ograniczyłam zakupy. Prawdopodobieństwo, że spotkasz mnie "na mieście", jest praktycznie zerowe. Na zakupy udaję się tylko wtedy, gdy naprawdę muszę i nie sprawiają mi one żadnej przyjemności. Trochę inaczej wygląda sprawa zakupów w lumpeksach - tu dreszczyk emocji, gdy upolujesz jakąś perełkę powoduje, że bardzo je lubię, ale od stycznia również znacząco je ograniczyłam i mogę szczerze powiedzieć, że nie czuję się przez to gorzej. Ponadto moje zakupy są coraz bardziej przemyślane i coraz mniej zbędnych rzeczy trafia pod nasz dach. W sklepach nie kuszą mnie najnowsze kolekcje, a wszelkie jednosezonowe trendy omijam szerokim łukiem - nieważne, czy dotyczy to ubrań, czy wyposażenia wnętrz. Jestem odporna na nowinki i z pobłażliwym uśmiechem słucham reklam, które nawołują, że "musisz to mieć". Nie muszę. Nie oznacza to, że nie kupuję absolutnie nic. Owszem, kupuję - jak każdy, ale moje zakupy są przemyślane i zawsze poprzedzone absolutnie niezbędnym dla mnie pytaniem "czy na pewno?" - więcej o moim procesie zakupowym możecie przeczytać TUTAJ.

5. Uwielbiam czytać książki, ale czasem z premedytacją rezygnuję z tej przyjemności. Wszystko dlatego, że gdy już wciągnie mnie fabuła, to nie potrafię się oderwać od książki - co skutkuje nieprzespanymi nocami i zawalonymi obowiązkami. Jeśli jednak już się skuszę, to korzystam z dobrodziejstw naszej biblioteki, która - choć wiejska - jest całkiem przyzwoicie zaopatrzona. Wyjątek stanowią książki, do których zamierzam wracać - jak np. książki kucharskie, czy podręczniki (np. "Finansowy Ninja" Michała Szafrańskiego - kto nie zna, szczerze polecam! To książka, która mocno otworzyła mi oczy na świat finansów domowych i do której wracam bardzo często. Jeśli nie znacie Michała Szafrańskiego, to polecam Wam jego bloga "Jak oszczędzać pieniądze?", a jego książka jest warta każdych pieniędzy - możecie ją kupić TUTAJ)


6. Moje minimalistyczne zakupy dotyczą również kosmetyków. W tej chwili używam podstawowych kosmetyków do higieny osobistej (mydło, żel pod prysznic, szampon i maska do włosów, sporadycznie jakiś peeling, do tego dezodorant i woda toaletowa). Moja gama kosmetyków do makijażu jest jeszcze bardziej ograniczona: puder w kamieniu, pomadka i kredka do brwi (sporadycznie) i koniecznie pomadka ochronna (zawsze bebe różana lub klasyczna). Do tego płyn micelarny i już! Jeśli już mowa o płynie micelarnym i związanym z nim demakijażem, to usilnie myślę o płatkach kosmetycznych wielokrotnego użytku i nadejdzie kiedyś taki dzień, gdy sobie je w końcu uszyję. Dążę do tego, by moją pielęgnację uprościć jak tylko się da! Coraz częściej zamiast żelu pod prysznic używamy mydła w płynie, które podbieramy synowi. Kupujemy zawsze 5-litrowy zapas hipoalergicznego mydła "Biały jeleń" (dokładnie takiego jak TUTAJ) - dzięki czemu wystarcza na dłużej i wychodzi taniej. Jeszcze nie dorosłam do tego, by przerzucić się na mydła i szampony w kostkach - ale może i na to przyjdzie kiedyś czas.

7. Kupiłam sobie butelkę termiczną i korzystałam z niej przez całe lato. Okazało się, że to dla mnie rozwiązanie idealne! Lubię pić wodę, ale zimną - gdy więc zabierałam ze sobą butelkę wody, która w rozgrzanym samochodzie szybko się nagrzewała, byłam w stanie przez cały czas nic nie pić, albo szukałam miejsca, w którym mogłabym sobie kupić butelkę wody. Jedno i drugie rozwiązanie miało same minusy. Zakup butelki termicznej był dla mnie jak olśnienie i zdecydowanie uprzyjemnił mi funkcjonowanie latem, gdy temperatury oscylowały w okolicy 30 stopni Celsjusza. Takie butelki termiczne możecie kupić stacjonarnie (ja swoją kupiłam w TkMaxx) lub w internecie (np. TUTAJ). Butelka termiczna sprawdzi się również zimą, gdyż jest w stanie utrzymać ciepło napoju przez 12 godzin - w sam raz, by w ciągu dnia móc się napić czegoś ciepłego.


8. Nie umiem się przekonać do picia wody z kranu. Wizja brudnych rur, którymi płynie woda, jakoś mnie nie zachęca do picia kranówki. Nie zmienia to jednak faktu, że wybitnie irytowały mnie walające się wszędzie butelki plastikowe. Zrezygnowaliśmy więc z nich na rzecz wody i napojów w szklanych butelkach. W naszej okolicy najpopularniejszym dostawcą jest Fantic. Woda i napoje są na przyzwoitym poziomie, dowóz do domu jest mega wygodnym rozwiązaniem (tym bardziej, że zamawiamy jednorazowo większą ilość, która starcza nam na dłużej), skończył się też problem z niedopitymi i wylewanymi resztkami.

9. Dbałość o własne przedmioty. To może nie jest najbardziej oczywisty punkt tego zestawienia, ale rodzice od dziecka wpajali mi, że trzeba dbać o swoje rzeczy - dzięki czemu dłużej mi posłużą. Skoro dłużej posłużą - to dłużej nie będę czułą potrzeby kupienia kolejnego przedmiotu. I to się u mnie sprawdza: dopóki coś mi służy, to nie czuję takiej potrzeby, by to wymienić. Niezależnie od tego, czy dotyczy to sprzętu elektronicznego, czy artykułów dekoracyjnych do domu. Może komuś trudno w to uwierzyć, ale jeszcze do niedawna mieliśmy w domu telewizor kineskopowy, bo dopóki nam służył, nie chcieliśmy kupować nowego. 
Tutaj też można podjąć kroki zmierzające do przedłużenia żywotności sprzętów: w przypadku telefonów to etui i szkło ochronne, a ja dla mojej butelki termicznej zrobiłam szydełkowe etui, które chroni jest przed porysowaniem i zniszczeniem podczas moich wyjazdów. Dzięki temu dłużej mi posłuży w nienaruszonym stanie. Pozostając w temacie: nigdy nie zaginam rogów w książkach ani nie piszę po nich - a już z pewnością nie długopisem! Wnikliwe oko dopatrzy się na zdjęciach zakładki do książki, którą kiedyś zrobiłam i pokazywałam Wam TUTAJ.


10. Segregacja śmieci jest dla mnie tak oczywistym działaniem, że przypomniałam sobie o nim dopiero na końcu mojego zestawienia. To oczywiste, że oddzielamy papier, szkło i tworzywa sztuczne od pozostałych odpadów niesegregowanych. Resztki organiczne kompostujemy i robimy to już od wielu, wielu lat.


Co mnie strasznie denerwuje, to ocenianie w formie zero - jedynkowej: skoro już podjęłam jakieś działania, to w mniemaniu innych muszę być w nich stuprocentowo konsekwentna. Tymczasem:

- to, że staram się kupować do własnych siatek zamiast do jednorazówek, nie oznacza, że nie kupię żadnej rzeczy w plastikowym opakowaniu.
- to, że na zakupy chodzę ze swoją torbą, nie oznacza, że czasem nie zdarzy mi się jej zapomnieć. Szukam wtedy alternatywy (w postaci np.pustego kartonu po towarze w sklepie), ale jeśli jej nie znajduję, to po prostu biorę płatną reklamówkę.
- jeśli skończyło mi się picie dla dziecka na mieście, to nie znaczy, że będę mu kazała umierać z pragnienia - zwyczajnie kupię mu coś do picia, nie robiąc z tego tragedii.


Nie piętnuję ludzi wokół siebie, którzy z różnych powodów wciąż kupują sklepowe reklamówki czy często chodzą na zakupy. To ich wybór i siłą nie mogę wpłynąć na zmianę ich nawyków. Pewnie mają jakiś powód takiego, a nie innego postępowania i tylko drogą własnego przykładu chcę innych zachęcać do naśladowania. 

Gdyby każdy z nam podejmował choć niewielki trud walki ze zbędnym plastikiem, śmieci wokół nas byłoby dużo mniej.

A Wy jakie macie sposoby na bycie bardziej eko?
Marta


poniedziałek, 30 września 2019

Pułapki czyhające na blogerów wnętrzarskich

Swojego bloga prowadzę już od kilku lat. Ze skutkiem takim, że na dzień dzisiejszy wciąż wie o nim stosunkowo niewiele osób. Dlaczego w ogóle powstał? Dla uzewnętrznienia mojego zamiłowania do ładnych wnętrz, rękodzieła i prostego, dobrego życia. Nigdy nie miałam aspiracji, by otaczać się szeroko pojętymi luksusami, nie dążyłam do życia zgodnego z aktualnymi trendami - ale też z pewną nutką zazdrości spoglądałam na inne blogerki, których blogi rozwijały się w zawrotnym tempie, mimo (w moim odczuciu) mniejszej wartości. Cóż - za ich sukcesem stały regularne i częste wpisy, a w nich opisane nowe nabytki do mieszkań: dodatki dekoracyjne z najnowszych kolekcji, meble czy inne wnętrzarskie akcesoria. Też tak mogłam - ale zawsze ograniczał mnie metraż, a podskórnie czułam, że to jednak nie to, czego oczekuję: nie chciałam kompletu nowych filiżanek czy modnego koca. Mocno kłóciło się to z moją ideą  less waste, która - choć wtedy jeszcze nie nazwana - już we mnie kiełkowała.


Nie zaprzeczę: istniała ogromna pokusa, by nabywać wciąż nowe przedmioty i dzięki temu móc rozpowszechnić swojego bloga - zawsze jednak coś mnie przed tym hamowało. Dziś sama jestem sobie wdzięczna za tę wstrzemięźliwość - dzięki temu nie zasypałam naszych czterech ścian zbędnymi przedmiotami, których teraz za żadne skarby świata nie dałabym rady upchnąć na tak małej przestrzeni.

Ponadto sito selekcji, przez które przechodziły wszystkie przedmioty, dopuściło do naszego domu jedynie te z nich, które wciąż niezmiennie mnie cieszą.


Blogi wnętrzarskie rządzą się pewną specyfiką: wymagają ciągłej, nazwijmy to: "aktywności wnętrzarskiej". Nie mówię tu o blogach przedstawiających wnętrzarską teorię, lub też inspiracyjnych - pełnych zapożyczonych zdjęć. Mam na myśli blogi, za którymi stoją najczęściej dziewczyny lub kobiety, których pasją jest upiększanie własnych domów i mieszkań. Podstawowymi treściami przedstawianymi na takich blogach są te oparte na konkretnym domu lub mieszkaniu i jego ciągłym upiększaniu. Ale sami powiedzcie: ileż można jeździć meblami po pokoju, by wciąż pokazywać inspirujące zmiany? Już nie wspomnę o niewielkich mieszkankach, w których każdy mebel ma dokładnie przypisane miejsce, bo tylko taki system pozwala na okiełznanie chaosu związanego z niewielką przestrzenią użytkową. W tym miejscu należałoby oczekiwać głosów krytyki w stylu:

"No rzeczywiście, to są życiowe problemy!"
"Dramat, faktycznie dramat! Amazonia płonie, Ziemia ginie, a ona narzeka, że nie może efektywnie rozwijać swojego bloga"
"Dzieci w Afryce i innych zakątkach świata nie mają co jeść, a ta się martwi swoim blogiem"

Zgadzam się z takimi zarzutami. To oczywiste: w naszych głowach wciąż powinna mrugać iskierka świadomości, że mając dostęp do świeżej wody pitnej, posiadając zapasy jedzenia i dach nad głową,  powinniśmy się uważać za ludzi bogatych - co nie zmienia faktu, że można też chcieć żyć i mieszkać po prostu ładnie. Dostępność dóbr materialnych wszelkiej maści i wciąż wzrastające poczucie piękna powodują, że życie w estetycznym, ładnym otoczeniu staje się dla niektórych jedną z podstawowych potrzeb i nie należy tego uznawać za zbytek.

Ta chęć i zamiłowanie do zmian są często motorem napędowym do stworzenia i prowadzenia bloga - jednocześnie nie ma w tym nic złego, by z czasem móc go monetyzować. Wbrew pozorom prowadzenie bloga to ciężka i żmudna praca, wymagająca wielopłaszczyznowego przygotowania. Szczególną specyfiką odznaczają się blogi rękodzielnicze i wnętrzarskie, których autorzy najczęściej najpierw muszą coś stworzyć, by móc podzielić się efektami swojej pracy z czytelnikami.


W dobie less waste i zero waste pojawiła się tu dodatkowa pułapka: często różne przedmioty są tworzone wyłącznie na potrzeby wpisu, co generuje produkcję nikomu niepotrzebnych przedmiotów. Pal sześć, jeśli to coś jest estetyczne lub chociaż funkcjonalne - ale spotkałam się z tak wieloma tandetnymi i brzydkimi projektami, że aż żal mi było tego zmarnowanego na ich wytworzenia materiału.

Podobnie ma się rzecz z kupowanymi tylko na potrzeby sesji zdjęciowych dekoracjami, które później zalegają w szafach i pawlaczach. Niepotrzebnie zajmując cenną przestrzeń w domu, są również zamrożoną gotówką. Co prawda można ją chociaż w części odzyskać, sprzedając te przedmioty, ale jakiś procent pieniędzy ucieka bezpowrotnie.


W moich wpisach nigdy nie było bogatych aranżacji - zawsze opierałam się na tym, co posiadam i starałam się z moich zdjęć wycisnąć jak najwięcej. To pewnie jeden z powodów, dla których jestem dziś w tym miejscu, w którym jestem: w połączeniu z moją introwertczną naturą i brakiem umiejętności "sprzedania" samej siebie mój blog nigdy nie wspiął się na szczyty popularności . Czy żałuję? Nie, bo prowadząc bloga wnętrzarskiego nigdy nie postąpiłam wbrew swoim przekonaniom, co uważam za wartość samą w sobie. Wiele się w tym czasie nauczyłam i bardzo rozwinęłam, jednak widzę znaczącą różnicę w blogach sprzed kilku lat i tych prowadzonych w dzisiejszych czasach. To już nie są pamiętniki prowadzone z potrzeby serca - dziś, w gąszczu konkurencyjnych platform, trudno czymś zaimponować i się wybić, jednocześnie gromadząc wokół siebie życzliwą społeczność. Ale mimo wszystko warto próbować - tyle, że zawsze warto to robić zgodnie ze swym sercem i sumieniem.

Do napisania
Marta

czwartek, 12 września 2019

"W jakim stylu urządzić dom w 2019 roku? Najmodniejszy styl we wnętrzach. Musisz to mieć!"

Chyba nie uwierzyliście, że rozwinę temat, który podałam w tytule?
Albo dobra, może jednak rozwinę, odpowiadając Ci jednoznacznie na pytanie, w jakim stylu urządzić dom w 2019 roku: w jakimkolwiek - byle takim, który Ci odpowiada. Żyjemy w takich dziwnych czasach, gdzie ludzie z zewnątrz (tak właściwie, to nawet nie wiadomo dokładnie, kto) narzuca Ci, jak ma wyglądać Twój dom. Po co? Jeśli się głębiej zastanowić, to dochodzimy do jednego jedynego słusznego wniosku: dla pieniędzy!


Nikogo nie obchodzi Twój gust i to, czy dobrze się czujesz np. we wnętrzach we wspomnianym stylu boho. W roku 2019 jesteś zobligowany do tego, żeby mieć w swoim domu lub mieszkaniu makramy, plecionki, wikliny, drewno, i jeszcze raz makramy. Tym sposobem wnętrzarski świat napędza się do ciągłych zmian, bez przerwy drenując Twój portfel.

Nie, żebym miała coś do boho - sama mam w domu mnóstwo roślin, drewna i plecionek. Chodzi mi raczej o fakt narzucania komuś pewnej "prawdy obiektywnej", że w tym roku to tylko boho i nic innego.


Żyjemy w takich dziwnych czasach, gdy odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania szukamy w internecie. Nie jestem wyjątkiem: gdy czegoś nie wiem, bez wahania zadaję pytanie wujkowi Google. Nie poszukuję jednak odpowiedzi na to, jak żyć - tutaj mam własne przekonania i nie potrzebuję podpowiedzi. Szukam odpowiedzi raczej na pytanie "Co je kowal bezskrzydły?" aniżeli "Co jest modne we wnętrzach w 2019r?". Widzicie absurd ostatniego pytania? Wynika z niego, że już nie mamy prawa mieć własnego zdania, tylko musimy podążać za tłumem. Nie możemy się wyłamać, bo przestaniemy wpisywać się w pewne kanony.

Skąd taki temat posta? Ano stąd, że nie dalej, jak kilka dni temu dane mi było pisać tekst na zlecenie i jego tytuł brzmiał właśnie "w jakim stylu urządzić wnętrze w 2019 roku". Pisząc go, cieszyłam się z tematyki, bo jest mi bliska - więc i stworzenie tekstu było szybkie i przyjemne. W miarę zapełniania edytora  kolejnymi linikami treści zaczęło do mnie docierać, że tak właśnie powstają trendy: przez ciągłe powielanie pewnych stwierdzeń! Założyć się mogę, że nie ja jedna stworzyłam taki tekst i nie ja ostatnia. Potem tylko kwestia odpowiedniego wypozycjonowania strony z taką treścią, kilka dobrych zdjęć do tego i voila!: mamy gotową odpowiedź, jaki jest najgorętszy trend we wnętrzach. I nieważne, czy nam się on podoba, czy nie: skoro odpowiedź na nasze pytanie jest jednoznaczna i umieszczona na pierwszej stronie w wyszukiwarce, to tak z pewnością musi być.


Zatraca się w nas jako w społeczeństwie umiejętność myślenia. Im częściej o tym rozmyślam, tym bardziej mam wrażenie, że internet nas ogłupia. Mimo szerokich możliwości, jakie daje - w zdecydowanej większości powoduje nasz intelektualny upadek.

Ponadto, obserwuję również pewien niepokojący trend: treści naprawdę wartościowe są spychane gdzieś na samo dno beczki zwanej internetem, a na wierzch, niczym oliwa, wypływają dwie frakcje:
po pierwsze intelektualny bełkot, pełen absurdów i bzdur, naszpikowany błędami językowymi do granic możliwości - często tak, że nawet trudno zrozumieć, o co chodziło autorowi.
Po drugie - treści pisane na zamówienie. Dziś, po kilku miesiącach pracy jako copywriter mogę z całą stanowczością powiedzieć, że pół internetu to ten sam cukierek, opakowany w różne papierki. Kłują mnie w oczy treści, które kiedyś stanowiły dla mnie zwyczajny opis produktów - dziś wiem, że za ich napisaniem stoi taki sam szary człowieczek jak ja. Internet opiera się na odpowiednim doborze słów kluczowych. Najważniejszą rolę grają pojęcia takie jak content, SEO, newsletter czy właśnie słowa kluczowe. Dziś nie liczy się autentyczność i chęć przekazania czegoś od siebie - wszystkie działania internetowych twórców mają ten sam cel: dotrzeć do jak najszerszej publiki i ją przy sobie zatrzymać. Nie mówię, że coś złego jest w zarabianiu, bo za coś chleb trzeba kupić (choć i chleb jest dzisiaj wysoce niepoprawny), ale zwyczajnie zbrzydła mi taka forma internetu. Nawet fora internetowe przestały był źródłem w miarę szczerych opinii - do zleceń copywriterów należy bowiem również wyrażanie "pozytywnych" opinii dotyczących konkretnego produktu w dyskusjach na różnych forach.


Jesteś blogerem, youtuberem czy też innym influencerem? Musisz znać się na SEO!
Chcesz prowadzić sklep internetowy? - musisz podjąć szereg działań! Nie wystarczy witryna internetowa. Do tego obowiązkowo wszystkie możliwe social media. Opisy produktów naszpikowane słowami kluczowymi,  a i koniecznie blog - którego treści możesz dodatkowo nafaszerować kolejnymi słowami kluczowymi. Kiedyś było jakby prościej. Dziś - w epoce nadmiaru wszystkiego, trudno się przebić nawet dużemu graczowi, a co dopiero mówić o małej jednostce. Wszystko jednak sprowadza się do tego samego: konsumpcjonizmu!

Byle sprzedać, wciąż więcej i więcej. Człowiek, który się temu sprzeciwia - zostaje zepchnięty na margines jako taki dziwak, który nie korzysta z życia. Jakiego życia, ja się pytam? Nie tak chcę żyć...

Marta

niedziela, 1 września 2019

Metamorfoza starego stołka (który był, obecnie nie jest, ale znów będzie w STARYM DOMU)

Wiele mogłabym sobie zarzucić: czasem jestem zbyt niecierpliwa, nierzadko się złoszczę - choć może na pierwszy rzut oka tego nie widać, zbyt często dążę do perfekcjonizmu i niepisanego ideału... Ale jednego mi nikt nie zarzuci: zbytniego konsumpcjonizmu (buty się nie liczą! :D). Daleka jestem od beznamiętnego kupowania i ulegania urokowi przedmiotów. Coś musi mnie naprawdę ująć i chwycić za serce, bym sięgnęła po portfel i wydała ciężko zarobione pieniądze. Trzy razy się zastanowię, zanim coś kupię i pięć razy odpowiem na pytanie "czy na pewno tego potrzebuję?". W zdecydowanej większości odpowiedź brzmi nie, choć znacznie częściej poparta jest odpowiedzą "nie mam na to miejsca" aniżeli "nie potrzebuję tego". Choć - jeśli się zastanowić - skoro obywam się bez tego, to chyba jednak nie jest mi to potrzebne...


Tak jest już od dłuższego czasu i dotyczy nie tylko przedmiotów codziennego użytku czy domowych dekoracji, ale również ubrań. Już dawno wyleczyłam się z kupowania dlatego, że jest tanio. Nawet do moich ulubionych lumpeksów jeżdżę tylko wtedy, gdy rzeczywiście czegoś potrzebuję (ostatnio w maju, gdy potrzebowałam sukienki na wesele - dodam, że misja zakończona sukcesem, a moja sukienka za 21zł sprawdziła się znakomicie! :D).

To nie tylko poszanowanie domowych finansów pozyskanych pracą własnych rąk, ale też wyraz szacunku dla planety, która - przyznać trzeba - nie ma z nami lekko. Ratuję więc, ile mogę. Nie tylko ze względów finansowych, ale również ideologicznych i sentymentalnych. Gdy w nasze ręce przeszedł Stary Dom - wiedziałam, że z niego również uratuję, co tylko się da. W międzyczasie pewne moje plany trochę uległy zmianie i z tego powodu prawie doszło w naszym małżeństwie do przysłowiowego rozwodu (ale to historia na inny, późniejszy post), ale wciąż kroczę ścieżką, którą sobie wyznaczyłam, a która prowadzi mnie do naszego wymarzonego lokum.

Trochę zbłądziłam w tych swoich rozważaniach, bo ja nie o tym dzisiaj chciałam, a o starym stołku.
Do brzegu więc: Stary Dom był składowiskiem wielu starych mebli.  Ale wiecie, takich z wielu gatunków: były stare-stare (czyli rozpadające się i nie nadające się do niczego), stare-piękne  (też w nienajlepszym stanie, ale które będę chciała uratować), stare-cierpiące (które były w znośnym stanie, ale ucierpiały w czasie trwania remontu. Oczywiście - do reanimacji i ponownego wykorzystania), stare-koszmarki (brzydkie, PRL-owskie, których nie ratowała nawet trwająca na nie moda. Sprzedałam z ulgą i bez zastanowienia na OLX). Sama nie wiem, do której z tych kategorii zaliczyć stołek, który właśnie wzięłam w obroty. Szczególnie piękny to on nie jest - wszak to tylko prosty stołek z tapicerowanym siedziskiem. Tu chyba bardziej chodzi o wartość sentymentalną. Do dziś oczami wyobraźni widzę ówczesnych mieszkańców naszego Starego Domu, którzy korzystali z tego stołka. Widzę ich podupadających na zdrowiu - a razem z nimi podupadał nasz Stary Dom. Widać było, jak z roku na rok zarówno dom, jak i sprzęty są w coraz gorszym stanie. Aż w końcu nadszedł ten dzień, gdy czas się w tym domu zatrzymał.


A potem weszliśmy tam my. Z naszą energią i zapałem, wnosząc powiew świeżości i wietrząc ściany z wieloletniej stęchlizny. Zrobiliśmy wieloetapową segregację - bez namysłu wyrzucając to, co wręcz stanowiło zagrożenie dla naszego zdrowia lub życia,  a pozostawiając resztę, którą sukcesywnie sprzedajemy/oddajemy/odnawiamy.

Tak, jak ten stołek - to świadek zwykłej codzienności mojej rodziny i bardzo, bardzo chcę, żeby z nami pozostał. Co za tym idzie, zakasałam rękawy i zrobiłam, co w mojej mocy, by przywrócić mu należyty blask. Czy mi się to udało? Oceńcie sami.

Jak zawsze, moim priorytetem było działanie zgodnie z założonym budżetem - a budżet był zerowy :) Jak zawsze, starałam się działać z tym, co już miałam - a miałam sporo!

Tkanina obiciowa i resztka owaty pozostały z jakiegoś starego zlecenia męża i walały się po kątach. Cienka gąbka tapicerska - to pozostałość po przewijaku naszego syna. Olejowosk - też mieliśmy na stanie. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by zabrać się do roboty!


W pierwszej kolejności zdemontowałam siedzisko, które tak naprawdę było tylko włożone w obrys stołka. Następnie wyszlifowałam wszystko to, co drewniane. W międzyczasie okazało się, że muszę trochę poprawić stabilność stołka, bo w jednym miejscu rozeszło się łączenie.

Z siedziska ściągnęłam rwącą się ze starości tkaninę, a następnie warstwę wiekowego, zakurzonego włosia końskiego połączonego ze słomą (chyba...). Potem powyciągałam te gwoździe, które się dało - ale nie było dla mnie tragedią, jeśli jakieś pozostały (a pozostało ich sporo). Usunęłam też dziurawą tkaninę jutową. Teraz nie pozostało mi nic innego, jak zamocować wszystkie nowe/stare materiały. W pierwszej kolejności przytwierdziłam jutę, na to położyłam gąbkę tapicerską (nie zapominając o zrobieniu w niej dziur tam, gdzie planowałam przymocować guziki), następnie owatę i tkaninę tapicerską. Przed przytwierdzeniem ich po drewnianej ramy zrobiłam też guziki i to one były pierwszym elementem , który przytwierdziłam. W pierwotnej wersji siedzisko nie miało guzików - żeby więc móc je zastosować, przykręciłam w dolnej części siedziska dwie listewki, które pozwoliły mi na ich zamocowanie. Dopiero później za pomocą pneumatycznego zszywacza przytwierdziłam owatę i tkaninę tapicerską do drewnianego siedziska.


Tylko tyle i aż tyle było trzeba, by przywrócić stołkowi nowe życie. Myślę, że dzięki temu jeszcze przez wiele lat będzie nam służył w naszym Starym Domu.
Jak Wam się podoba jego skromna metamorfoza? :)

Marta

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

5 rzeczy, które uwielbiam we wnętrzach (i będę je miała w naszym STARYM DOMU)

Wnętrza to moja prawdziwa pasja. Ale skłamałabym, że każde wnętrze wywołuje u mnie okrzyk zachwytu i palpitacje serca. Szczerze mówiąc...takich wnętrz jest bardzo mało. Niewiele rzeczy potrafi mnie już zaskoczyć - pewnie to wynik przesytu spowodowanego zbyt częstym przeglądaniem serwisu Pinterest :)
We wnętrzach, które jednak zdołały zatrzymać mój wzrok, powtarzają się wciąż te same elementy. I żeby nie było - tak jest niezmiennie od kilku lat i ta fascynacja nie jest przejawem aktualnej mody. Zdradzę Wam dziś, które z nich plasują się najwyżej w moim prywatnym rankingu wnętrzarskich faworytów i jednocześnie są na mojej liście "must have" w Starym Domu:


1. Cegła na ścianie

Zdecydowanie i definitywnie będzie u nas. I to nie tylko na jednej ścianie. I niech no przyjdą jacyś Panowie od tynków i będą mi ją chcieli otynkować "bo przecież to tak nieestetycznie, zróbmy tu tynk gipsowy, taki gładziutki i równiutki..." - tja... gdyby taki scenariusz się ziścił, to przyjdzie mi się szybko z szanownymi Panami pożegnać. 


Cegła to mój fetysz: uwielbiam i we wnętrzach, i w przestrzeni na zewnątrz. Kocham miłością całkowitą i bezgraniczną. Prawie jak męża :) W naszym Starym Domu wszystkie tynki wewnątrz są już od dłuższego czasu skute i mamy niejakie pojęcie, które ze ścian pozostawimy w takim surowym look-u.

2. Naturalne materiały

Drewno, len, bawełna, kamień - wiecie nie od dziś, że to właśnie to, czym chciałabym się otaczać. Wiem, że ze względów finansowych będę musiała iść na wiele ustępstw, ale też nie robię z tego wielkiej tragedii. To się podobno określa jednym słowem: "życie!". Nie stawiam też sprawy na ostrzu noża i nie twierdzę, że wszystko inne nie będzie miało prawa wstępu do naszego domu, ale jednocześnie jestem wyczulona na produkty wykonane z tworzyw sztucznych i zwyczajnie ich unikam, bo nie lubię. 


Dodatkowo jakoś lepiej mi się żyje ze świadomością, że otaczają mnie surowce, których naturalne pochodzenie choć w niewielkim stopniu daje mi odetchnąć od plastikowego świata. Z drugiej strony: mam w swojej szafie piękną firanę, której z pewnością się nie pozbędę - mimo, że jest wykonana z poliestru. Zwyczajnie mi się podoba, wykorzystam ją jeszcze nie raz, a wyrzucenie jej tylko po to, by w jej miejsce kupić coś nowego - to się dla mnie mija z celem.

3. Sznur żarówek

Do tej pory rozkminiam, dlaczego ja się nad nim tak długo zastanawiałam? Mój zeszłoroczny prezent urodzinowy jest bowiem bardzo wszechstronnym i uniwersalnym przedmiotem w naszych czterech ścianach: poza swoją podstawową funkcją oświetleniową jest też fantastyczną dekoracją. Już wiem, gdzie będzie wisiał w naszym Starym Domu: na tle tej pięknej ceglanej ściany, o której pisałam w punkcie 1. 


Ponadto już widzę, jak pięknie oświetla nam taras w czasie letnich imprez na świeżym powietrzu... Choć tak naprawdę nasz sznur żarówek sprawdziłby się w każdym pomieszczeniu w domu. Nie żałuję też, że kupiłam gotowy model: dzięki temu jest dokładnie taki, jak sobie wymarzyłam! Uwielbiam!

4. Dużo zieleni!

Taaak, kwiaty to coś, bez czego nie wyobrażam sobie wnętrz. ALE nie lubię też, gdy jest ich zbyt dużo. Musi zaistnieć swoista równowaga między niedosytem a nadmiarem - która nawiasem mówiąc wskazana w każdej dziedzinie życia. Nie jest też tak, że bezkrytycznie uwielbiam wszystkie kwiaty. Niestety nie. Są pewne gatunki, których zwyczajnie unikam. Wśród nich należy wymienić wszystkie te o wygórowanych wymaganiach. Roślinki, które trzeba często podlewać, a jeszcze nie daj Boże zraszać im listeczki, nawozić, chuchać i dmuchać, to moje absolutne "no go!". 


Moje kwiaty muszą być odporne i zawsze wyglądać co najmniej poprawnie - z tego też powodu nie przepadam za tak popularnymi storczykami. Co z tego, że w okresie kwitnienia są piękne, gdy później zamiast zdobić - straszą. Miałam kilka egzemplarzy, żaden nie przeżył, a okresy bezkwiatowe w ich wykonaniu to była przykra prawda o tym, że zwyczajnie nie umiem w storczyki. Dziś w rankingu moich ulubieńców na pierwszym miejscu plasuje się sansewieria, za nią starzec Rowleya, a następnie wszelkie sukulenty. Miałam przygodę z fikusem lirolistnym (i nadal uważam, że jest piękny) - ale chwilowo powędrował do mamy, bo bardziej mu odpowiada inna lokalizacja niż ta, którą ja mu zafundowałam. Pewnie kiedyś pojedzie ze mną do Starego Domu i tam będę szukała miejsca dla niego idealnego.

5. Stare meble

Nie zamierzam zrobić z naszego Starego Domu muzeum ani skansenu, ale z pewnością chcę w nim zachować ducha przeszłości. Pomogą mi w tym stare meble, które są w tym domu od kiedy pamiętam. Widziałam, jak z upływem lat niszczeją i wiedziałam, że kiedyś wpadną w moje ręce. Odnawianie starych mebli ma w sobie pewną magię, której uległam już dawno temu. Co prawda nie było mi dane pracować ze zbyt wieloma egzemplarzami, ale kilka już się przewinęło przez moje ręce. 


Oczami wyobraźni już widzę ten mariaż nowego ze starym - gdzie stare stare przedmioty są wyrazem szacunku do przeszłości, a nowe - symbolem współczesności. Już nie mogę się doczekać, gdy będę je ze sobą zestawiać: to będzie prawdziwie ekscytujące doświadczenie!

Marta