piątek, 19 maja 2017

Naturalna kartka komunijna DIY

Maj to chyba mój ulubiony miesiąc. 
Maj to słońce i zapachy...
Maj to też miesiąc komunijny.


W tym roku również w naszej rodzinie będziemy świętować uroczystość przyjęcia Najświętszego Sakramentu przez pewnego młodego dżentelmena :)
I choć to kwestia dyskusyjna, to jednak uważam, że jeśli mam kupić coś, co ani z sentymentalnego, ani praktycznego, ani estetycznego punktu widzenia nie będzie stanowiło cudownej pamiątki tego dnia, to wolę nie kupować nic, tylko podarować pieniądze.


Co zagorzalsi przeciwnicy takiego rozwiązania pewnie zaraz wytoczyliby mi tysiąc argumentów "przeciwko" - ja jednak, mając w pamięci własne wspomnienia związane z tym wyjątkowym dniem, uważam, że nie ma w tym nic złego. 

Sama dostałam pewną ilość gotówki, którą później rozdysponowali rodzice. Część została przekazana na pokrycie kosztów przyjęcia, a za resztę dostałam obiecany rower i rolki. Do dziś pamiętam te emocje towarzyszące zakupom i do dziś miłość do roweru mi została :) Uważam więc, że taka forma prezentu nie jest niczym złym - pod warunkiem, że dziecko pamięta, co jest istotą tego wyjątkowego dnia.

Jak jednak przekazać pieniądze w sposób elegancki i niekłopotliwy?
Rozwiązaniem może być kartka-kopertówka. Albo udawana kopertówka - jak moja. Nie chciałam przynosić dziecku w prezencie dodatkowo kwiatów czy słodyczy, postanowiłam więc, że moja "kopertówka" musi być "przestrzenna", by sama w sobie stanowiła prezent.


Co uwielbiam w maju
Oczywiście bez. 

I to właśnie bez stał się głównym bohaterem tej kartki.
Wszystkie elementy, które ją tworzą, to materiały łatwo dostępne - w moim przypadku już od dłuższego czasu leżały pochowane w domu i tylko czekały na swoją kolej. Stęskniłam się za pracą z papierem, ale teraz z przyjemnością pochowam ten majdan z powrotem do szafy, bo robienie kartek w towarzystwie dwulatka to jednak nie najłatwiejsze przedsięwzięcie :)

Pozdrawiam Was majowo
Marta

niedziela, 14 maja 2017

Mało majowy domowy odświeżacz powietrza.

Wiosna to zapachy. Intensywne, cudowne, odurzające. Po wyjściu z domu rodziców uderza mnie zapach rzepaku z pobliskiego pola. Następnie czeka krzew kaliny. Posuwając się dalej - w głąb ogrodu, gdzie rośnie dorodny lilak - dociera do mnie ten najmilszy z najmilszych...


Bo maj to zapach bzu. Definitywnie. Koniec, kropka. 
To woń, na którą czekam przez cały rok. To aromat, który - nie wiedzieć czemu - kojarzy mi się ze szczęściem. Co roku znoszę więc te kwiaty z uporem maniaka do domu, upajam się ich zapachem i szukam sposobu, jak go zatrzymać na dłużej. 

Myślałam, że w tym roku skorzystam ze sposobu na wykonanie domowego odświeżacza powietrza, który znalazłam zimą na Pintereście. Bo muszę Wam powiedzieć, że nigdy nie korzystałam z gotowych, sklepowych odświeżaczy, które przyprawiały mnie o ból głowy. Chcąc jednak, by w moim domu przyjemnie pachniało, szukałam rozwiązań alternatywnych. Jednym ze sposobów był domowy dyfuzor zapachowy, ale to wciąż nie było to. Rozwiązaniem idealnym okazał się być spray zapachowy. Już od dłuższego czasu wykorzystuję swój własny, domowej roboty, który pachnie tak, jak chcę. A teraz, gdy właśnie się skończył, chciałam, by pachniał bzem. O ja naiwna, myślałam - nie wiedzieć czemu - że do jego wykonania da się w jakiś sposób wykorzystać kwiaty bzu. Dopiero po wnikliwym zapoznaniu się z przepisem okazało się, że się myliłam. Metoda wykonania jest podobna do tej, którą stosowałam już w swoim sprawdzonym odświeżaczu: potrzebny jest olejek zapachowy o konkretnym zapachu - w tym przypadku lilaka. 


Po pierwszym rozczarowaniu udałam się więc do drogerii w poszukiwaniu odpowiedniego olejku. Niestety, w ofercie było tylko 6 - i żaden nie był o zapachu bzu. Zawiedziona wróciłam do domu, bo ja chciałam swój odświeżacz powietrza "już, teraz, natychmiast" - przecież stary właśnie się skończył. Sklepy internetowe nie wchodziły więc w rachubę. Pewnie w przyszłości skuszę się na taki zakup, teraz jednak musiałam się zadowolić tym, co już znam i mam - czyli olejkiem waniliowym. A że patent jest supertani, superwydajny i superskuteczny - czyli godny najwyższego zainteresowania - podzielę się nim z Wami:


Do wykonania domowego odświeżacza powietrza w sprayu potrzebne będą:
- szklanka wody
- pół łyżeczki sody oczyszczonej
- olejek zapachowy
- butelka ze spryskiwaczem

Do butelki wlewamy wodę, dodajemy sodę (która neutralizuje brzydkie zapachy i utrzyma wodę w czystości) i kilkanaście kropli olejku. Im więcej olejku, tym mocniejszy zapach. Zakręcamy butelkę, wstrząsamy, żeby wszystko dobrze się wymieszało i gotowe!
Przepis znalazłam u Niebałaganki

Chociaż w tym roku nie udało mi się zatrzymać swojego ulubionego zapachu w jakiejkolwiek postaci, to już wiem, co będę robiła w maju przyszłego roku :)
Cudownego tygodnia Wam życzę!
Marta

niedziela, 30 kwietnia 2017

Walka ze sklepowymi słodyczami - domowe kulki mocy, vol.2

O dłuższego czasu staraliśmy się z mężem ograniczyć jedzenie sklepowych słodyczy i - o dziwo! - całkiem dobrze nam szło. Warunkiem powodzenia była konsekwencja: im więcej dni udało nam się wytrzymać bez słodyczy, tym łatwiej było nam z nich zrezygnować. Doszliśmy do takiego stanu, że słodycze przestały nas wzruszać. Nasz syn był wykluczony z tego przedsięwzięcia, bo na szczęście jeszcze nie zaznał smaku mlecznej kanapki czy jajka-niespodzianki.


A potem nadeszła Wielkanoc. A wraz z nią tona słodyczy, które dostało nasze dziecko, a przed którymi bronię je jak lwica. F. nie ma do nich dostępu. Nie zabraniam mu słodyczy całkowicie, moje dziecko zna smak cukru i słodycz tego, co smaczne, lecz niekoniecznie zdrowe. 

Domowe ciasto? - proszę bardzo!
Jakieś herbatniki, biszkopty czy krakersy? - mogą być.
Lody włoskie? - super, jedziemy!

Pod pewnym względem jestem jednak bardzo restrykcyjna: na słodkie kinder-ulepki mój syn ma jeszcze czas i póki mogę, będę odwlekać w czasie ten moment, gdy ich zasmakuje i już nie będzie odwrotu. Och, ileż ja już się nasłuchałam złośliwych komentarzy, że jestem wyrodną matką, bo mu odbieram dzieciństwo. A ile złośliwych uśmieszków pod nosem widziałam na prośbę, by mojemu dziecku nie dawać słodyczy - to wiem tylko ja.

To nasze dziecko i nasza decyzja, czym je karmimy, a czego staramy się unikać. Uwierzcie, jestem o wiele spokojniejsza, gdy wiem, że mój szkrab nie wtłoczy w siebie całej tej ilości słodyczy, które dostał tylko na święta. Ja wiem, że one były dawane z dobroci serca, ale tej "dobroci" uzbierał się cały duży karton!!!

Gdybyście mieli wybór: dajecie dziecku karton słodyczy lub karton owoców i orzechów - jaki wybór by Was (jako rodziców) satysfakcjonował? Odpowiedź jest chyba oczywista :) Moją misją jest więc wpajanie rodzinie, znajomym i nieznajomym, że jeżeli chcą sprawić przyjemność mojemu synowi, to w miejsce słodyczy mogą mu przynieść jakiś owoc. Kwestia ekonomiczna nie powinna być tutaj żadnym wytłumaczeniem - jabłko będzie z pewnością tańszą opcją niż słynna mleczna kanapka.

I żeby było jasne: to nie ten zły, niedobry, groźny cukier jest argumentem na "nie" dla sklepowych słodyczy. To stopień przetworzenia żywności mnie przeraża! Nie chcę podawać dziecku całej tablicy Mendelejewa. Staram się zawsze szukać produktów z jak najprostszym składem. A gdy mamy ochotę na słodycze - co zdarza się stosunkowo często, bo zwyczajnie je lubimy - wtedy robię coś sama. Domowe ciasto, owsiane batony czy kulki mocy to świetna alternatywa.  We wszystkich aspektach trzeba po prostu znaleźć złoty środek.


Moja propozycja na napad słodkiego głodu to kulki mocy. Kolejna wersja i z pewnością nie ostatnia. Są świetnym sposobem na spędzenie z dzieckiem czasu w kuchni, i jeszcze lepszym na zabicie ochoty "coś słodkiego". Przepis pochodzi stąd, a wykonanie jest banalnie proste:

Składniki:
3/4 szklanki świeżych daktyli (lub suszonych, namoczonych przez noc)
1/2 szklanki wiórków kokosowych
1/2 szklanki orzechów laskowych lub płatków owsianych
1/2 szklanki nasion słonecznika
2 łyżki surowego kakao/karobu

Wszystkie składniki zmiksuj w malakserze, a z gotowej masy ulep kulki wielkości orzecha włoskiego. Na koniec obtocz je w surowym kakao, karobie lub ziarenkach sezamu, siemienia lnianego, maku, nasionach chia czy wiórkach kokosowych. Ja swoje pozostawiłam w wersji surowej,

Smacznego!
Marta


niedziela, 23 kwietnia 2017

Jak wybielić len? Lniane poszewki na poduszki

No właśnie:
Jak wybielić len? 
Ktoś coś poradzi? Ktoś coś wie?

Bo chodzi o to, że:
Jeszcze przed świętami uszyłam sobie kolejne (a jakże!) poszewki na poduszki. Zadowolona z siebie, bo nie dość, że zdążyłam przed Wielkanocą (zgodnie ze swoim założeniem. A co tam, ze okien przez to nie umyłam! :D), to jeszcze wykorzystałam swoje zalegające "stany magazynowe". Zużyłam w końcu resztkę lnu, która mi tylko przeszkadzała. Wrzosowy materiał czekał na swoją kolej już dobrych kilka lat - był specjalnie w tym celu kupiony w sh, za śmieszne pieniądze zresztą, tylko jakoś nie umiałam się zmobilizować. Bo wiecie już, że fazę różowo-fioletową mam tylko wiosną, więc jeśli przegapię ten czas, to później nie ma szans, bym sięgnęła po ten kolor aż do przyszłego roku...


Tak więc uszyłam sobie poszewki. Włożyłam wypełnienie, umieściłam w jednym z moich druciaków i... coś mi w nich nie grało.
Przyszyłam im więc guziki. Myślałam: "to im doda charakteru". Wróciły do koszyka i co? Dalej coś nie pasowało...
Kilka dni zajęło mi rozkminianie, o co mi właściwie chodzi.

I już wiem: one po prostu wyglądają za... nowo.

I tak sobie pomyślałam, czy dałoby się z nich uzyskać efekt spranego, zgrzebnego lnu. Do głowy przyszedł mi tylko wybielacz. Ale żebyśmy się zrozumieli:  nie chodzi mi o całkowite odbarwienie i wybielenie aż do "białości", a raczej o uzyskanie efektu "zmęczenia" i "sfatygowania" materiału.


Byłoby dużo prościej, gdybym znała skład tej tkaniny w kolorze bzu (bo len jest z IKEI - to wiem na 100%). Byłoby jeszcze prościej, gdybym nie przyszyła sobie guzików, które teraz będę musiała znów wypruwać. W tej chwili osiągnęłam więc fazę poszukiwań wybielacza - a musicie wiedzieć, że w internecie mnóstwo jest przepisów na domowy wybielacz i taka opcja kusi mnie najbardziej. Jeśli próby na resztkach materiału będą owocne, to podzielę się z Wami moim sposobem na domowe wybielenie lnu. Jeśli nie - to poszewki będą musiały się zestarzeć naturalnie. 

Podpowiedzcie, czy mój plan na szansę powodzenia? A może znacie jakiś inny sposób na naturalne "postarzenie" tkanin? Będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi :)
Marta

czwartek, 20 kwietnia 2017

Kalafiorowa dla ciekawskich

Sposób odżywiania podczas świąt pozostawia wiele do życzenia: zarówno wśród dorosłych, jak i dzieci. Te dwie frakcje społeczeństwa stoją jednak na dwóch przeciwległych biegunach: o ile wśród dorosłych mówimy raczej o jedzeniu ponad miarę, a tyle u dzieci mamy często do czynienia z sytuację wprost przeciwną. O ile w normalnych warunkach raczej pilnuję tego, by posiłki mojego dziecka były regularne, zdrowe i zróżnicowane, o tyle trochę odpuszczam podczas świąt i rodzinnych uroczystości: wychodzę z założenia, że te dwa dni mniej regularnego jedzenia jeszcze nikogo nie zabiły, zwłaszcza, że później bez najmniejszego problemu wracamy do naszego normalnego, codziennego rytmu. 


Dziecko moje w czasie świąt je więc o nieregularnych porach - często jego posiłkiem jest to, co w przelocie złapie ze stołu: suchą kromkę chleba, kawałek ciasta czy winogrona.
Po takich świętach - jak chyba każdą matkę - dopadają mnie wyrzuty sumienia, że zaniedbuję kwestię odżywiania mojego dziecka i  usilnie szukam sposobu, by temu zadośćuczynić. Pewnie tak jak ja, myślisz wtedy: "Basta! Dziś wracamy do normalnych posiłków. Dziś na obiad będzie kalafiorowa". Pełna energii i dobrych chęci zaczynasz wdrażać swój plan w życie...

Z namysłem kupujesz najdorodniejsze warzywa - najlepiej takie w osiedlowym sklepiku, wyciągnięte spod lady, które jeszcze umorusane są ziemią. Wracasz do domu, gdzie w zaciszu domowej kuchni, przy obowiązkowej asyście najlepszego na świecie dwuletniego pomocnika obierasz warzywa. Jarzyny umieszczasz w garnku , zalewasz filtrowaną (koniecznie!) wodą, w największym skupieniu dodając przyprawy. Gotujesz przez kilka godzin, by Twój wywar był jak najbardziej esencjonalny. W międzyczasie myjesz kalafior, dokładnie sparzasz i dzielisz na różyczki. Czekasz. Odcedzasz wywar, gotujesz w nim kalafior - kiepsko radzisz sobie ze specyficznym... hmm... zapachem - ale czego się nie robi, by ugotować smaczną zupę dla swojego ukochanego pierworodnego. Dodajesz resztę składników - umówmy się: nie najtańszych - mieszasz, smakujesz, doprawiasz. Specjalnie jedziesz do sklepu po pęczek koperku, bo akurat ten z lodówki wziął i się skończył, a Ty nie chcesz dziecka pozbawiać witamin... Oczywiście do zupy szykujesz też grzaneczki z lekko czerstwego chleba - wszak jesteś ekonomiczną Panią domu i nic się nie może zmarnować.
Po tych wszystkich podjętych wysiłkach nie ma mowy, żeby mu ta zupa nie smakowała. Zapraszasz go więc do stołu, stawiasz przed nim miseczkę z zupą i już Jego wzrok mówi Ci "Houston, mamy problem!"
Spróbował raz.
Spróbował drugi...
...po czym ze łzami w oczach (true story) stwierdził: "Mamusiu, nie smakuje mi ta zupka, niedobra jest, nie chcę jej jeść!"
Wszystkie wysiłki, które podjęłaś, by ugotować tę cholerną zupę, na nic się zdały, skoro On z całego swojego posiłku wyżarł tylko grzaneczki! (które oczywiście nie mogły mieć uprzednia kontaktu z zupą!)

Ostatecznie zupę zjadłam ja. Mnie tam smakowała, ale moja opinia w obliczu podjętych wysiłków nie jest chyba zbyt wiarygodna. Zresztą nie wiem, spróbujcie sami i koniecznie podzielcie się wrażeniami!


Składniki:
(wg przepisu, który podała u siebie Pani Woźna)

- kalafior
- włoszczyzna (bez selera), czyli marchewka, por, pietruszka
- woda (tyle, ile uważasz; w oryginalnym przepisie 1,2l.)
- 2 łyżki masła
- 2 łyżki mąki
- 250ml mleka
- 2 żółtka
- 1 opakowanie serka mascarpone
- koperek
- sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Przygotowanie:
Z włoszczyzny, łyżki masła i wody ugotować wywar i przecedzić. Kalafior podzielić na różyczki, sparzyć wrzątkiem, włożyć do odcedzonego wywaru i gotować bez przykrycia 10 minut. Zblendować. Połowę mleka wymieszać z mąką, wlać do zupy i zagotować. Żółtka rozbić z resztą mleka i połączyć z zupą. Podgrzać, ale uważać, żeby się nie zagotowało. Dodać cały mascarpone i przyprawić solą, pieprzem oraz odrobiną gałki.

Chleb pokroiłam w kosteczkę i przyrumieniłam kilka minut na patelni. Teoretycznie powinno się to robić na suchej patelni, ale mnie zazwyczaj wtedy grzanki zaczynają się przypalać - zawsze więc daję odrobinę masła. 

Zupę podawać z grzankami i świeżym koperkiem. Smacznego!

Marta

sobota, 15 kwietnia 2017

wtorek, 11 kwietnia 2017

Nęci mnie róż... Szydełkowa poduszka z chwostami (DIY)

Wraz z nadejściem wiosny zaczynam szukać koloru. Konkretnie różowego. Rokrocznie sytuacja wygląda podobnie: gdy tylko słońce rozpoczyna z każdym dniem świecić jaśniej i bardziej opromienia wnętrza, ja zaczynam odczuwać potrzebę, by do swoich zachowawczych kątów wprowadzić kroplę koloru.
W tym okresie pudrowe róże i zgaszone fiolety stanowią dla mnie duet idealny. W połączeniu z pięknymi, kwitnącymi gałązkami śliwy przyniesionymi z ogrodu przenoszą mnie do krainy marzeń, pogody ducha i radości życia.


Wiem jednak, że ta moja fascynacja nie potrwa długo. Chwilę po Wielkanocy zacznie mnie ten kolor męczyć. Irytować. Stanie się zbyt intensywny i dominujący, a ja będę tylko marzyła o tym, by się go już pozbyć.

Dlatego też nie widzę sensu, by uszczuplać domowy budżet (nadwątlony zresztą mocno przez zbliżające się święta) na dekoracje w tym kolorze. Zawsze staram się jednak znaleźć takie wyjście z sytuacji, by wilk był syty i owca cała.

A jak najprościej wprowadzić kolor do wnętrz?
Oczywiście: przy pomoc tekstyliów.

Ja w tym roku wymyśliłam sobie poduszkę wykonaną na szydełku. Odcień włóczki nie jest tym wymarzonym, ale nie narzekam, bo jak zwykle korzystałam z moich zapasów. Zawsze - zanim coś kupię - w pierwszej kolejności staram się wykorzystać to, co już mam.


Do jej wykonania wykorzystałam to, co było dostępne w domu:
- włóczka w dwóch kolorach
- stare spodnie męża w kolorze szarym (z nich wykonany jest tył poduszki oraz "podszewka" części szydełkowej, wykorzystałam też szlufkę z metalowym "oczkiem" do zawieszenia chwostów)
- drewniane geometryczne koraliki
- stare zapięcie z biżuterii

W pierwszej kolejności wykonałam włóczkowy kwadrat ściegiem w jodełkę, na który tutorial znalazłam tutaj. Powstałą dzianinę przyszyłam do odpowiedniej wielkości kawałka szarego materiału. Następnie przygotowałam dwa prostokątne, szare kawałki materiału, które stanową zakładki z tyłu poduszki. Przed zszyciem wszystkiego w jedną całość w odpowiednim miejscu umieściłam szlufkę z metalowym oczkiem, bo wiedziałam, że do poduszki będę chciała dodać chwosty. Całość zszyłam i włożyłam wypełnienie. Następnym krokiem było wykonanie chwostów: zdecydowałam się na nie, by już tak ostatecznie wykorzystać różową włóczkę. Zrobiłam więc jeden chwost różowy i jeden szary, obu dołożyłam drewniane koraliki i przywiązałam do starego zapięcia z biżuterii, by móc je odczepiać do ewentualnego prania.

Cudownego dnia Wam życzę :)
Marta

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Światowy Dzień Muffinka

Od jakiegoś czasu głośno jest o świętach, o istnieniu których normalny człowiek nie ma zielonego pojęcia. Jedne przyprawiają o lekką irytację, na wieść o innych wybuchamy śmiechem.

I tak na przykład:
drugi poniedziałek stycznia to Dzień Sprzątania Biurka, w ostatni wtorek maja przypada Europejski Dzień Sąsiada. 7 lutego powinniśmy uczcić Dzień Najwyższej Izby Kontroli, zaś 6 sierpnia - nie zapomnijmy o Dniu Musztardy [?].

30 marca przypadał natomiast Światowy Dzień Muffinka, o czym skwapliwie przypomniał mi mój tato, nakazując, bym należycie przygotowała się do jego uczczenia :D


Co było robić: nie miałam innego wyboru, jak tylko upiec jakieś babeczki. Jak to ja, musiałam oczywiście przemycić w nich zdrowy element, którym tym razem były płatki owsiane. To chyba ostatni moment na takie "ciężkie" wypieki. Za chwilę na naszych stołach zaczną królować świeże owoce i wręcz grzechem byłoby korzystanie wtedy z owoców suszonych :) Dla chętnych podaję przepis, znaleziony tu.

Składniki:

Suche składniki:
- 1,5 szklanki płatków owsianych
- 1 szklanka mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- 3/4 szklanki brązowego cukru (choć następnym razem dałabym mniej)
- 1/2 szklanki suszonej żurawiny

Mokre składniki:
- 1 jajko
- 1/4 szklanki oleju
- 1 szklanka jogurtu owocowego (dałam jogurt naturalny typu greckiego)

Wykonanie:
W jednej misce mieszamy suche składniki, w drugiej mokre (zaczynając od rozmącenia widelcem jajka). Do mokrych składników dodajemy suche i mieszamy. Nie należy tego robić zbyt dokładnie - tylko do połączenia się składników. Napełniamy papilotki do 3/4 wysokości i wstawiamy do nagrzanego piekarnika (ok. 180 stopni Celsjusza) na ok. 20 minut (do suchego patyczka).


Prawdopodobnie więcej czasu zajmie Wam później umycie tych misek, niż przygotowanie masy. Chyba, że macie zmywarkę - to po 10 minutach pracy w kuchni zapominacie, że w ogóle coś robiłyście :) Przypomni Wam dopiero timer w piekarniku, który oznajmi, że Wasze muffinki są już gotowe. Smacznego!

Marta

środa, 29 marca 2017

Osłonka na doniczkę z forniru DIY

Chyba na fali trendu "urban jungle" producenci zaczęli przykładać większą uwagę do tak banalnego produktu, jak osłonka na doniczkę. I nie mówię tutaj o wyrobach rękodzielników czy lokalnych rzemieślników, tylko o produkcie wytwarzanym na masową skalę. Przyznajcie sami, że do tej pory np. w marketach budowlanych czy sklepach ogrodniczych nie mieliśmy powalającego wyboru. Tymczasem to wręcz niesamowite, jak ciekawa osłonka na doniczkę i zadbana roślina stojące na parapecie potrafią odwrócić uwagę od mojego brudnego okna :D

Napiszę to najłagodniej jak tylko potrafię: nie przepadam za plastikiem. Uwodzi mnie beton, pociąga metal, ubóstwiam drewno, nawet papier jest w stanie mnie zadowolić, ale plastik - nie przemawia do mnie. Mam więc w swoich zbiorach doniczki imitujące beton (do zobaczenia tutaj), jedną z prawdziwego betonu (o, taką!), dwie metalowe (których zawartość właśnie dokonała żywota), a teraz do tej jakże "imponującej" kolekcji dołączyła kolejna - stanowiąca mix papieru i drewna.


Powiedzcie: też tak macie, że po pewnym czasie rzeczy Wam się nudzą? Ja tak miałam ze starą osłonką na doniczkę. Nie to, żeby była brzydka. Ot, po prostu już mi się opatrzyła.

A że każde wyjście a zakupy (nawet poprzedzone obietnicą daną samej sobie, że tym razem rzeczywiście kupię to, co mi się podoba i jest dobrej jakości) - kończy się niepowodzeniem, gdy do głosu dochodzi mój wąż w kieszeni i zadaje mi słynne już pytanie: "czy na pewno", postanowiłam tym razem podejść do sprawy inaczej.

Odpuściłam sobie zakupy - bo i tak wiedziałam, że to, co mi się spodoba, będzie stanowczo za drogie - i zwyczajnie zakasałam rękawy. Sama zrobiłam osłonkę na doniczkę, czy też raczej osłonę osłonki. Jeśli miałabym tam włożyć doniczkę, to koniecznie należałoby pamiętać o podstawieniu spodka pod doniczkę, by nadmiar wody miał gdzie spływać i zwyczajnie nie zniweczył efektów naszej pracy.



Do jej wykonania potrzebne mi były:
- sztywny karton
- ostry nożyk
- taśma dwustronna
- brązowa taśma pakowa
- fornir
- linijka
- ołówek/pisak/cokolwiek innego piszącego
- klej na gorąco

Jak to zrobiłam:
Ze sztywnego kartonu wycięłam dwa kółka, które skleiłam ze sobą przy pomocy taśmy dwustronnej. W ten sposób uzyskałam bardzo sztywną i mocną podstawę. Następnie wycięłam karton o kształcie prostokąta (krótszy bok to wysokość osłonki, zaś dłuższy miał długość równą obwodowi osłonki). Prostokąt pozaginałam miejsce przy miejscu, aby był podatny na formowanie wokół okrągłej podstawy, po czym całość skleiłam przy pomocy brązowej taśmy. 
Kolejnym krokiem było przygotowanie forniru: pocięłam go na kawałki o wielkości mniej więcej 5cm x 2-3cm, które później partiami przyklejałam do powstałej papierowej formy używając kleju na gorąco. Górną krawędź również wykończyłam przyklejając do niej niedbale podocinane kawałki forniru. Środka osłonki nie wyklejałam, bo po włożeniu do niej starej doniczki, do której jest wielkością idealnie dopasowana - przestaje to być konieczne (pod warunkiem, że "wyrównamy" ich wysokości, czego ja jeszcze nie zrobiłam :D. Poza tym, brązowa taśma wiele wybacza...). I tyle!
Prosta sprawa, ale chyba trochę zagmatwałam... Jeśli coś jest niejasne - pytajcie :)

Pozdrawiam Was wiosennie
Marta