niedziela, 8 października 2017

Szydełkowa poduszka z t-shirt yarn (DIY)

W taki dzień jak dziś, gdy nawet czubka nosa nie chce się wyściubić na dwór, nie pozostaje nic innego, jak zakopać się pod kocem i upić herbatą. Nie da się ukryć - jesień rozpanoszyła się na dobre. odebrała nam piękne, słoneczne dni, dając w zamian aurę kapryśną i chłodną. Człowiek marzy tylko o tym, by wrócić do domu. A tam... No właśnie, co czeka na Was po powrocie z jesiennego spaceru? 


Bo na mnie czekają poduszki. Cała góra poduszek...
Jestem od nich uzależniona - muszę to przyznać. Wszędzie widzę poduszki, lub materiał na nie. Ich ilość w naszym domu rośnie w tempie zastraszającym, szerzy się jak jakaś zaraza. Pocieszam się jednak, że bywają gorsze nałogi, a minimalistką i tak nigdy nie zostanę. Bo choć uwielbiam ład i porządek wokół siebie, to jednak nie lubię, gdy wnętrze nie jest przytulne i wieje w nim "chłodem". Ja kocham tkaniny - za to, jak potrafią odmienić każdy kąt i sprawić, by zawsze chciało się do niego wracać. Nie dla mnie ascetyczny narożnik z jedną poduszką, bez przytulnych pledów i koca "pod ręką". Nie dla mnie okna bez zasłon - choćby tych najdelikatniejszych i eterycznych.
Nie mam już na te moje poduszki miejsca - to też muszę przyznać, ale nie potrafię z tym walczyć.Wciąż więc ich przybywa, a ja nieustannie wymyślam nowe. Co rusz przychodzą mi do głowy pomysły na kolejne egzemplarze, a ja nie potrafię im się oprzeć. Nikt z domowników już nawet nie pyta, co nowego robię, bo odpowiedź jest nader oczywista.

Najnowszym przychówkiem w tym całym stadzie jest szydełkowa poduszka zrobiona z bawełnianej, mięsistej włóczki. To prototyp, z którego nie jestem do końca zadowolona - ale taka próba była potrzebna, by w przyszłości ustrzec się popełnionych błędów. 
Dzięki niej wiem, jak zachowuje się materiał. Nauczyłam się też, jak łączyć poszczególne kawałki włóczki, by łączenie było jak najmniej widoczne. Dowiedziałam się, jaka jest wydajność takiej włóczki. To daje mi solidne podstawy i być może sprawi, że następny egzemplarz będzie dużo, dużo ładniejszy - mimo, iż zrobienie tej poduszki było czasochłonne, czuję, że powstaną następne :)


SKRÓCONA INSTRUKCJA WYKONANIA SZYDEŁKOWEJ PODUSZKI Z T-SHIRT YARN (DIY)

Do zrobienia tej poduszki użyłam bawełnianej, własnoręcznie robionej włóczki (tzw. t-shirt yarn, o której pisałam TU) przy użyciu szydełka 10mm. Podstawą było zwykłe kółko, na które przepis znalazłam tu. Trochę zmodyfikowałam początek robótki, robiąc magic ring zamiast początkowych 4 oczek łańcuszka. Sama robótka jest prosta, bo opanować trzeba jedynie umiejętność robienia słupków na szydełku. Dzięki mięsistej włóczce, robótki szybko przybywa, ale jednocześnie włóczki  ubywa w tempie ekspresowym - miejcie to na uwadze :) Trzeba jej sporo, by skończyć projekt. Z tego też powodu tył mojej poduszki jest gładki i wykonany z materiału, który pozyskałam ze zbyt krótkiej dla mnie bluzy dresowej - wszak nic się nie może zmarnować :) Całkiem przypadkiem na poduszce wyszedł mi lekki efekt ombre - a to za sprawą nierównomiernie spranych t-shirtów. Jeśli więc zależy wam na jednakowej kolorystyce, to niestety macie dwa wyjścia: albo kupujecie gotową włóczką (która też nie gwarantuje jednolitego wybarwienia), albo farbujecie białe t-shirty w potrzebnej Wam ilości.

Zachęceni? Spróbujecie swoich sił ? :)
Marta

środa, 4 października 2017

DOMOWE POTYCZKI #2: Stary człowiek w starym domu

Stary dom to wyzwanie. To niekończące się pasmo wyrzeczeń i kompromisów. To też finansowa studnia bez dna. Odczuwamy to za każdym razem, gdy podejmujemy pracę na naszej budowie. Szczęście, że sezon budowlany się kończy, bo zdecydowanie potrzebujemy oddechu. Godzenie pracy z remontem dało nam w tym roku w kość. Za chwilę nadejdzie zima. Na kilka miesięcy zamkniemy więc za sobą drzwi naszej budowy, by powrócić wiosną - z nowymi siłami, energią i entuzjazmem. Cieszymy się zarówno z wizji odpoczynku, jak i z tego, co udało nam się zrealizować. A udało się dużo.


Jednak nie osiągnęlibyśmy tego wszystkiego bez pomocy rodziny i znajomych. Nie stalibyśmy w tym miejscu, w którym stoimy, gdyby nie Ci ludzie, którzy wyciągnęli do nas pomocną dłoń. I choć każdy z nich zasługuje na uznanie i słowo podziękowania, to jednak szczególne uściski należą się mojemu dziadkowi.
Wyobraźcie sobie siebie w wieku lat 80. Co widzicie? Osobę schorowaną, powłóczącą nogami, bez sił i ochoty do życia? A ja nie: ja mam przed oczami mojego dziadka, który swoją sprawnością fizyczną przewyższa niejedną młodą osobę. To człowiek, którego jest wszędzie pełno, który nie może usiedzieć w miejscu, którego zawsze gna do pracy, który angażuje się we wszystko na 100% - tak, jak w przypadku naszej budowy.
Zaczęło się niewinnie - dziadek miał tylko pomóc przy jakiejś drobnostce. Skończyło się cosobotnią pracą przez praktycznie cały sezon. Dziadka musieliśmy wręcz wyganiać do domu, bo on uważał, że "jeszcze przecież trzeba to zrobić..." - jakby ta praca nie mogła poczekać do następnej soboty.
Dzięki niemu wiele prac posunęło się do przodu. Często robił to, czego nikt inny nie chciał się podjąć - w myśl zasady, że co trzeba zrobić, to trzeba zrobić, bo samo się nie zrobi. Dziadek włożył w naszą budowę mnóstwo pracy i serca.


Nie da się ukryć, że dziadek młody nie jest. W kwiecie wieku - to określenie też nie bardzo na miejscu. W podeszłym wieku - tak to powinno być ujęte, ale jakoś zdecydowanie lepiej brzmi: "stary człowiek w starym domu", niż "człowiek w podeszłym wieku w starym domu", nie sądzicie? :) Mimo, że słowo "stary" ma zabarwienie pejoratywne, to jednak jest dosadne, treściwe i w pełni ukazuje dysonans pomiędzy wiekiem a podejściem do życia mojego dziadka. Bo stary to on jest tylko ciałem, ale na pewno nie duchem!

Mam nadzieję, że za rok o tej porze będzie nam dane znów mu dziękować za to, ze jest naszym cichym bohaterem. Bo choć on prawdopodobnie nigdy tego nie przeczyta, to jestem mu niezmiernie i dozgonnie wdzięczna za wszystko, co dla nas zrobił. Dziękuję dziadku! 

Marta

środa, 27 września 2017

Co wynika z jesiennych porządków w szafie? T-shirt yarn (DIY)

Tak jak wiosną, tak i jesienią, nachodzi mnie ochota na odświeżanie swojej garderoby. Nie wiem, czy to syndrom przygotowywania się do zimy - ale faktem jest, że od kilku dni sukcesywnie przerzedzam zawartość swoich półek. O ile wiosną dosłownie odświeżam garderobę i doprowadzam ją do stanu używalności na najbliższe miesiące (pisałam o tym tu), o tyle teraz pozbywam się tego, co już niechciane. W odstawkę poszły przede wszystkim stare mężowskie T-shirty - zbyt sprane, pokręcone i zużyte, by je reanimować. 



Byłam bezlitosna dla tych części garderoby, które już od dwóch lat leżą i zajmują cenne miejsce. Nie noszę - pozbywam się. Nie mogłam jednak przejść obojętnie obok  zużytych ubrań, które stanowiły świetny surowiec do dalszego przerobu. Nie wiecie, co mam na myśli? Już tłumaczę:

Od jakiegoś czasu furorę robi gruba włóczka. Nie ma jednej nazwy na nią - funkcjonuje pod pojęciami: Zpagetti, T-shirt yarn, TARN, włóczka bawełniana...  Teoretycznie gotowe motki takiej przędzy bawełnianej są dostępne w sprzedaży i pochodzą z recyklingu. Nie da się ukryć: są piękne i wygodnie się nimi pracuje... i oczywiście są horrendalnie drogie. Subiektywnie oczywiście. Bo może dla kogoś wydatek rzędu 30zł to niedużo, ale włóczka ta zazwyczaj służy do tworzenia większych projektów typu dywany, torby, pufy, kosze do przechowywania itd. W takiej perspektywie koszty rosną i niejednokrotnie przerastają wartość gotowego, nowego produktu, co trochę mija się z ideą recyklingu.

Ale...

jest też dobra wiadomość: taką włóczkę można zrobić samodzielnie i właśnie porządki w szafie są ku temu świetną okazją! Przyznaj, ile takich znoszonych t-shirtów zalega w Twojej szafie z czystego sentymentu, choć wiesz, że już nigdy ich nie założysz? Moment, w którym zdajesz sobie sprawę z tego, że swoje ubrania możesz przetworzyć, by dalej Ci służyły pod inną postacią, znacznie ułatwia podjęcie decyzji o pozbyciu się tego elementu z szafy.


T-shirt yarn (TARN, włóczka bawełniana, Zpaghetti) 

najlepiej wychodzi z koszulek, które nie mają bocznych szwów. Wtedy z jednej koszulki udaje się uzyskać jeden długi sznur. Teoretycznie z jednej koszulki wykorzystuje się materiał od dolnego szwu aż do linii pach. Taką tubę rozcinamy na paski (w zależności od pożądanej grubości włóczki) od 1 do 3-4 cm. Wiadomo - im węższy pasek, tym cieńsza włóczka. W praktyce, jeśli trafi nam się koszulka z nadrukiem i bocznymi szwami - nie załamujemy rąk, bo i na to jest rozwiązanie, które pokażę Wam w następnym poście :) Uzyskany pasek (lub paski) materiału ciągniemy za przeciwległe brzegi, starając się rozciągnąć materiał, co powoduje jego rolowanie. Za surowiec do domowej produkcji t-shirt yarn może nam posłużyć właściwie dowolny materiał - z tą różnicą, że w zależności od składu surowcowego jeden się będzie pięknie rolował, a inny nie. Wszystko zależy od tego, do jakiego projektu będziecie chcieli wykorzystać taką domową przędzę. Ja materiał z dwóch pierwszych koszulek wykorzystałam na zrobienie poduszki. Jaki jest tego efekt? Zobaczycie już niebawem! :)


Marta

wtorek, 26 września 2017

Moje kulinarne odkrycie tej jesieni: chowder kukurydziany

"Co to u licha jest?" - myślisz w pierwszym odruchu. Nie martw się - nie jesteś sam. Nawet teraz, gdybym miała przytoczyć definicję tej zupy - nadal bym nie wiedziała. Wiem za to, że jest smaczna, pożywna, rozgrzewająca, szybka w przygotowaniu i pewnie jeszcze nie raz zagości na moim stole tej jesieni. Paradoksalnie - mimo, że w założeniu jest wegańska - jest jednocześnie tak sycąca, że w żadnym wypadku po jej zjedzeniu nie odczujesz braku mięsa.



Choć na co dzień w naszym domu królują dania z dodatkiem mięsa, to czasem zapuszczam się w nieznane mi rejony świata wegańskiego, który obfituje w warzywa i owoce, a których często mam niedosyt po klasycznym obiedzie. Szukam wtedy pomysłów, jak wzbogacić naszą kuchnię, by skutecznie przemycić do jadłospisu więcej warzyw. I choć nie grozi mi rezygnacja z mięsa i produktów zwierzęcych, to jednak dużo częściej niż kiedyś zdarza mi się z niego rezygnować - nie tyle ze względów światopoglądowych, co w poszukiwaniu nowych smaków. Daleko mi do ortodoksji: mięso sama lubię i za jego jedzenie nikogo nie będę potępiać. Tak ten świat jest stworzony, że ludzie mięso jedli, jedzą i jeść będą. Amen.



Nie stronię jednak od ciekawych propozycji wegańskich i wegetariańskich. Lubię zatopić się w ciekawych przepisach i w myślach wyobrażać sobie, jak taka potrawy w rzeczywistości mogłaby smakować. Lubię przeglądać kolejne propozycje, by z zaskoczeniem odkrywać nowe połączenia produktów, które by mi nawet nie przyszły do głowy. Te kulinarne podróże prowadzą mnie jednak ostatecznie zazwyczaj do jednego miejsca w sieci: do Jadłonomii. Po krótkim namyśle z zaskoczeniem stwierdzam, ze już niezliczone ilości razy korzystałam z przepisów tam zawartych - i dzisiejszy wybór to również propozycja z ogromnego zbioru tamtejszych recept. 


Chowder kukurydziany
(składniki na 4 - 5 porcji)


- 2 kolby kukurydzy
- ½ małego kalafiora
- 1 młody por
- 5 suszonych pomidorów z oleju
- 2 liście laurowe
- 1 ziele angielskie
- ¼ łyżeczki chili
- ¼ łyżeczki wędzonej papryki
- kilka łyżek oleju z pomidorów

- 1 pęczek szczypiorku z cebulkami
- 1 litr mleka roślinnego niesłodzonego (ja użyłam zwykłego, krowiego)
- 1 szklanka bulionu warzywnego
- spora szczypta świeżo startej gałki muszkatałowej
- sól i czarny pieprz


Przygotowanie:
Każdą kolbę kukurydzy oskrobać z nasion przy pomocy ostrego noża, suszone pomidory posiekać w kostkę, kalafiora pokroić na bardzo małe różyczki, a pora w talarki. Na dnie dużego garnka rozgrzać kilka łyżek oleju z suszonych pomidorów, dodać tam pokrojone warzywa razem ze wszystkimi przyprawami poza gałką. Dusić na oleju przez 10 minut co jakiś czas mieszając.
W międzyczasie posiekać szczypior razem z cebulkami. Do podduszonych warzyw wlać mleko i gotować na małym ogniu przez około 15 – 20 minut do czasu, aż kalafior będzie miękki.
Jeśli gotowa zupa jest za gęsta, wlać bulion w całości lub tylko część. Doprawić szczyptą świeżo startej gałki, dodać sól i czarny pieprz do smaku, wsypać ¾ posiekanego szczypioru i dokładnie zamieszać. Podawać z łyżką świeżego szczypioru i ulubionym pieczywem.


Spróbujecie? :)
Marta

wtorek, 19 września 2017

Dekoracje niskobudżetowe - beton cz. 3 - mini doniczka (DIY)

To pomysł stary jak świat. Oklepany strasznie, znany w całej blogosferze, nudny i mało odkrywczy. Nawet u mnie już kiedyś zaistniał. Ale to była pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, gdy na budowie rzucono hasło: "To co, resztkę zaprawy możemy chyba wyrzucić, co?"

Chyba tylko mojego męża nie zdziwiło, gdy ochoczo zaproponowałam, że ja się tym zajmę, a później jeszcze na ochotnika umyję wszystkie brudne narzędzia :) Tylko on wyczytał z mojego wzroku, co mi siedzi w głowie. On już wiedział, że coś się dzieje :)


No powiedzcie sami - dla miłośnika betonu wyrzucenie gotowej zaprawy, która aż się prosi, by coś z niej zrobić - byłoby prawdziwym grzechem. Tyle tylko, że ja nie byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nagle przyszło otrzeźwienie: przecież ja nawet nie mam żadnej formy...

W popłochu zaczęłam szukać czegoś, co by mogło spełnić tę funkcję. I znalazłam: plastikowe kubki - takie same jak te, od których zaczynałam kiedyś swoją przygodę z betonem (o, tu). Nie miałam zbyt wiele czasu, więc niewiele myśląc wypełniłam je mieszanką do 3/4 wysokości, włożyłam do środka drugi kubek, obciążyłam kamieniami i... zapomniałam na kilka dni.


Przy okazji następnej wizyty na budowie oczom moim ukazały się suche już elementy, które wystarczyło uwolnić od plastikowych form. I tu przechodzimy do niezbyt miłej konkluzji: beton mnie chyba nie lubi. Chociaż ja jego bardzo! Z trzech form udało mi się uzyskać zaledwie jedną - i doprawdy nie wiem, co jest  tego powodem. Pierwsze moje próby z betonem też nie były udane - ale wydawało mi się, że znalazłam tego przyczynę. Następne projekty - doniczka i podstawa stroika - to pierwsze zakończone pełnym sukcesem próby. Myślałam, że ujarzmiłam bestię - a teraz znów klops!

Na pocieszenie została mi jedna mini doniczka wypełniona małymi, ale wdzięcznymi sukulentami. Zostawię ją sobie na pamiątkę tego (kolejnego) niepowodzenia :)

Marta

środa, 6 września 2017

Koszmar szkolnych wspomnień i fenomenalna osłonka na doniczkę

Zazwyczaj z obojętnością przechodzę obok artykułów dekoracyjnych w dyskontach. Jakoś nieszczególnie pociągają mnie kicz, plastik i fantastik :) I choć coraz częściej sieci zaopatrują swoje sklepy w ciekawe artykuły, to rzadko który jest w stanie przyciągnąć moją uwagę na dłużej. Wystarczy spojrzenie, by dostrzec niedoróbki. Wystarczy dotknięcie, by wyczuć plastik. Wystarczy delikatnie odłożyć na miejsce, by coś się rozpadło... :)



Tym bardziej zaskakujące były dla mnie cudne osłonki, które pojawiły się w jednym z dyskontów. Ich uroda nie spowodowała jednak, że bez zastanowienia rzuciłam się do portfela. Moje nieśmiertelne pytanie "Czy na pewno?" skutecznie powstrzymało mnie przez impulsywnym zakupem. Tydzień później na półce zostały dwie osłonki. Przecenione. W tym jedna, która mnie już za pierwszym razem urzekła. Tym razem wymiękłam :D I choć właściwie zestaw obejmował osłonkę wraz z rośliną, to ja i tak traktuję ją tak, jakby jej nie było - bo wiecie, do łask wracają rośliny z moich czasów wczesnoszkolnych. I nie, żebym je jakoś szczególnie źle wspominała. ale od początku nie pociągały mnie swoim wyglądem. Jedynym usprawiedliwieniem ich obecności na świecie było to, że były w stanie znieść wszystko: wakacyjną suszę i nadmiar wody, przypadkowe strącenie z parapetu, liczne gumy do żucia i inne cuda wciskane do doniczki...  Lecz mimo, że stare gatunki roślin właśnie przeżywają swój renesans, to zielistce - bo o niej mowa - mówię póki co stanowcze "NIE". Czymś jednak trzeba było uzupełnić zawartość osłonki. Mój wybór padł na kolejnego patyczaka - tym razem Rhipsalis Cassutha. Jest to kolejny gatunek, który zawitał w naszym domu (poprzednio o patyczaku pisałam TU). Cały urok tych kwiatów tkwi w tym, że są naprawdę mało wymagające i wiele wybaczają - są więc godnym następcą tej nędznej zielistki :) Piękny, bujny, chciałoby się rzec: rozczochrany :) piękni komponuje się ze swoją nową osłonką.



A zielistka tymczasem... powędrowała do pokoju nastolatka, który jakiejś szczególnej miłości do roślin jeszcze nie czuje. Jest mu szczerze wszystko jedno, co w jego pokoju stoi - byle to nie on musiał się o to coś troszczyć. Nie jest szczególnie piękna i wymaga natychmiastowej reanimacji, ale zawsze to jakiś zielony akcent w tej jaskini lwa :)


Uściski
Marta

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

DOMOWE POTYCZKI #1: co nam daje remont starego domu?

Odpowiedzmy sobie dziś na pytanie: co nam daje remont starego domu?

Z pewnością nie oszczędności - ani rzeczywiste, ani nawet te pozorne. Trzeba zdawać sobie sprawę, że remont starego domu pochłania ogromne pokłady finansowe - zwłaszcza, jeśli do wymiany jest praktycznie wszystko. W porównaniu do nowego domu, w którym zwyczajnie stawiamy "gołe" ściany - w starym trzeba do tych "gołych" ścian dopiero doprowadzić. A to kosztuje - jeśli nie pieniądze, to już na pewno czas i mnóstwo fizycznej, ciężkiej pracy. W tej chwili, po roku prac w systemie gospodarczym, własnym nakładem sił - mamy prawie stan "surowy zamknięty". Prawie - bo czeka nas jeszcze kosztowna wymiana okien oraz drzwi zewnętrznych.


Remont starego domu nie daje nam również możliwości takiego rozplanowania przestrzeni, jak byśmy sobie życzyli. Jesteśmy zdani na zastany układ pomieszczeń, z którym czasami niewiele da się zrobić - albo jest to możliwa i jednocześnie bardzo kosztowna inwestycja. Nasz przypadek zdaje się być wyjątkiem potwierdzającym regułę, bo poza przeniesieniem łazienki inne pomieszczenia raczej nie zmieniły swojej funkcji. Jedyne, co zmieniliśmy, to wielkość drzwi lub ich usytuowanie na ścianie. Oberwała też jedna ściana, która stała mi na przeszkodzie do wymarzonego, dużego salonu. 1-0 dla nas!

Nie zmienimy również ułożenia budynku względem stron świata. Zawsze marzyło mi się, żeby mój salon usytuowany był od strony południowej - żeby był jasny, przestronny, słoneczny i...ciepły zimą :) I taki będę miała! Jakoś będę musiała przeżyć te upalne dni, gdy słońce latem nagrzeje ten pokój niemiłosiernie, ale z ekonomicznego punktu widzenia, gdy przez większą część roku musimy korzystać z ogrzewania - jest to po prostu opłacalne.


W trakcie remontu pojawia się wiele niemiłych niespodzianek - w naszym przypadku była to np.konieczność wymiany komina, czego wcześniej nie przewidywaliśmy. Szczególnie uciążliwe staje się to w sytuacji, gdy czas nagli, a pojawiające się kłopoty i związane z nimi opóźnienia powodują, że nie będzie można wprowadzić się w ustalonym terminie. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy w trakcie remontu domu jesteśmy zmuszeni w nim mieszkać. Miesiące życia w brudzie, kurzu i hałasie potrafią zniechęcić każdego. My mamy to szczęście, że wciąż jeszcze mieszkamy u rodziców, więc w remontowanym domu mogliśmy zrobić rewolucję totalną. Po pracy po prostu zamykamy za sobą drzwi i zapominamy o brudzie i hałasie - a nie każdy ma ten komfort.

Stary dom daje nam również w "prezencie" stary ogród. O ile jest to ogród, o który ktoś dbał - to nie ma większego problemu. Gorzej, gdy ogród był tak samo zapomniany jak dom: czeka nas mnóstwo pracy, na której się do końca nie znamy :) Powolutku jednak wprowadzamy jakieś rośliny - głównie takie, które udało się kupić po okazyjnych cenach, ale też takie, które będą rosły i się rozwijały mimo braku dbałości o nie. Myślę, że tu świetnie sprawdzą się nasze trawy i jakiś sukulent, którego nazwy nie pamiętam (chyba rojnik), a którego ściągnęłam z wychodka na dworze. Jeśli przeżył w tamtym środowisku, to myślę, że i skalniak go nie zabije :) Właściwie kącik z trawami to jedyne miejsce na zewnątrz domu, które powoli mogłabym uznać za skończone. Różne trawy, a wśród nich dwie kamienno-metalowe konstrukcje przypominające czaple powodują, że to miejsce przyciąga wzrok i szczerze cieszy. Jeśli jeszcze przymknąć oczy na tragiczną elewację i obrzydliwą plastikową skrzynkę na niej - to już w ogóle można by uznać, że jest idealnie :D Mimo, że inwestycja w rośliny wydaje się być na tym etapie niedorzecznym wydatkiem, to jednak powoduje, że otoczenie domu zachęca do powrotów do niego - daje nadzieję, że i dom stanie się kiedyś piękny i pełen życia.


Minusów remontowania starego domu zdaje się być więcej niż plusów.
Dlaczego więc zdecydowaliśmy się na remont?

Po pierwsze, z powodów sentymentalnych. Ten dom stanowi lwią część historii mojej rodziny i mimo, że przez lata znacznie podupadł "na zdrowiu" - mamy nadzieję przywrócić go do świetności.

Po drugie lokalizacja - korzystna jeśli chodzi o odległość od miasta, a przede wszystkim umiejscowienie w pobliżu rodziców - od naszych domów rodzinnych dzieli nas jakieś 7 minut piechotą. Dom znajduje się w naszej rodzinnej miejscowości, z którą jesteśmy bardzo emocjonalnie zżyci, tu mieszka duża część naszej rodziny, tu ma siedzibę nasza firma.


Po trzecie: tradycyjna technologia i dobre materiały, które zastosowano przy budowie domu sprawia, że jego konstrukcja jest w bardzo dobrym stanie mimo upływu lat. Podwójne ściany z cegieł, brak wilgoci w domu (za sprawą izolacji poziomej), drewno konstrukcyjne w doskonałym wręcz stanie sprawiają, że zdrowo myślącą osobę nachodzi refleksja - czy w takim wypadku budowanie rzeczywiście ma sens. Dom ma swoje lata, swoje już odstał - więc jego konstrukcja nam, jako przyszłym lokatorom - raczej nie sprawi niemiłych niespodzianek.

Po czwarte: odpowiada nam układ pomieszczeń i położenie budynku względem stron świata.


Czas pokaże, czy nasze myślenie miało sens i czy decyzja o remoncie była słuszna. Ja już w myślach mebluję, aranżuję i pielęgnuję ogród - mój mąż racjonalnie zatrzymał się myślami na obecnym etapie remontowo-budowlanym. Uzupełniamy się świetnie - ja wymyślam, on robi :D Duet idealny!

Z budowlanego pola bitwy pozdrawiam Was serdecznie
Marta