środa, 21 czerwca 2017

Pieczona owsianka z truskawkami - pomysł na śniadanie

Pieczona owsianka to wynalazek równie prosty, jak genialny - i zbawienny dla mnie.  Bo nie wiem, może ja tu jestem w mniejszości, ale przygotowywanie śniadań i kolacji to moja zmora. Czego jak czego, ale robienia kanapeczek to ja nienawidzę. Codziennie rano można u nas zaobserwować ten sam rytuał: podchodzę do lodówki (dodajmy:wypełnionej po brzegi), stwierdzam, że nic w niej nie ma, zamykam i odchodzę, po czym wracam za 2 minuty ze świadomością, że przecież śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. 


Śniadania i kolacje to kwestia, która po wstąpieniu w związek małżeński stanowiła dla mnie największe zaskoczenie - choć powinnam była się tego spodziewać. Nikt nie uprzedzał, że będę musiała zacząć robić dodatkową - niemałą zresztą - porcję śniadania i kolacji. O losie! 

Gotować mogę, piec uwielbiam - ale kanapeczek robić nienawidzę! I tak już bujam się z tymi śniadaniami od prawie 5 lat i motyla noga - jakby mi mało było - doszła jeszcze jedna buzia do wykarmienia, która z racji wieku sama sobie śniadania nie zrobi - więc jest usprawiedliwiona.  I choć zazwyczaj nasze śniadania są dość tradycyjne, to od czasu do czasu zdarza mi się jakiś przebłysk pod postacią na przykład tej pieczonej owsianki. Sama nie wiem, jak to się stało, że zapomniałam o jej istnieniu, choć dwa lata temu gościła na naszym stole dość często. Jest świetną opcją "na wynos": czy to na piknik, czy jako drugie śniadanie do pracy lub szkoły. Banalnie prosta, szybka w przygotowaniu - jest też idealnym sposobem na wykorzystanie ostatnich truskawek, których smak staram się desperacko zachować w pamięci na cały kolejny rok. 


Przepis STĄD.

Składniki (forma o średnicy 23 cm):
- 2 szklanki mleka
- 1 jajko (wielkość L)
- 1 łyżka cukru trzcinowego
- 1/2 łyżeczki cynamonu
- 2 szklanki płatków owsianych górskich
- 1/2 szklanki płatków jaglanych
- 2 łyżki siemienia lnianego
- 3/4 szklanki malin (mogą być mrożone)
- 3/4 szklanki truskawek (mogą być mrożone)

Mleko wymieszać z jajkiem, cukrem trzcinowym i cynamonem. Dodać płatki owsiane, jaglane, siemię lniane i wymieszać. Przełożyć do naczynia żaroodpornego wysmarowanego minimalnie masłem. Na wierzchu ułożyć owoce. Przykryć folią aluminiową i piec w piekarniku rozgrzanym do 170st. C (termoobieg) przez ok. 30 minut. Zdjąć folię i dopiekać dodatkowe 5-10 minut.
Zamiast owoców można użyć orzechów, a przed podaniem polać owsiankę syropem klonowym
Smacznego!
Marta

piątek, 16 czerwca 2017

Powiew lata

Jestem dekoracyjnym freakiem. Nie potrafię zostawić w spokoju tego, co mnie otacza. Wiecznie coś przestawiam, tworzę, dodaję, to znów chowam, by za chwilę wyciągnąć. U mnie wszystko krąży, zmienia miejsce i postać, ale zawsze zawsze zgodnie z zasadą 3xR (reduce, reuse, recycle). Niezmiennie też pamiętam o moich sposobach na oszczędności przy dekorowaniu wnętrz - pisałam o nich TUTAJ


To tłumaczy, dlaczego nasze cztery kąty zmieniają się tak często - ja po prosu nie cierpię nudy we wnętrzach. I o ile nie wszyscy podzielają mój entuzjazm i nie każdy ma smykałkę i czuje potrzebę wiecznych zmian - o tyle nie rozumiem argumentu, że "mnie nie stać, by wciąż coś dekorować i zmieniać". Naprawdę bardzo rzadko zdarza się, by jakiś artykuł dekoracyjny zawładnął mym sercem na tyle, bym z jego powodu sięgnęła do portfela. Jednocześnie jednak lubię zmiany, dlatego moje dekoracje są zazwyczaj niskobudżetowe. W większości przypadków da się je stworzyć samodzielnie i niewielkim kosztem - często wykorzystując to, co już mamy. 


Ja tym razem zmieniłam aranżację naszej drabinki: Cotton Ball Lights przewiesiłam z karnisza na drabinkę, a do towarzystwa powiesiłam mój niezastąpiony słoik, który dzielnie służy za wazon. Letnią atmosferę niewątpliwie wprowadzają chabry i błękit zasłony, do której lada moment dołączy pewien błękitny dodatek, nad którym pracowałam już od jakiegoś czasu... Jedna z poduszek dostałą nową poszewkę - która jest moim debiutem jeśli chodzi o transfer na tkaninie przy pomocy nitro. Jest też farbowana w herbacie. I popełniłam przy niej chyba wszystkie możliwe błędy, ale to dobra nauka na przyszłość :) Mimo to otrzymała swoje zaszczytne miejsce w tym letnim kąciku, bo świetnie wpisuje się w jego klimat, a to za sprawą muszelek, których rysunek widnieje na materiale. Również na narożniku pojawiły się niebieskie poduchy, które swój nieopisany debiut miały w tamtym roku w TYM poście - a które pięknie komponują się z chabrami.


Jak widzicie, zniknął róż i fiolet - tak, jak przewidywałam, zmęczyły mnie już po krótkiej chwili :) Dlatego z błogością przyjęłam ten zalążek zmian, jakie niesie do naszych wnętrz nadchodzące lato. Oczywiście wykorzystam dekoracje ubiegłoroczne, pewnie stworzę też jakieś nowe elementy - więc spodziewajcie się nowości - rzecz jasna DIY :)

A Wy? Przygotowujecie już swoje wnętrza na lato?

Do następnego razu!
Marta

niedziela, 11 czerwca 2017

Ekspresowe ciasto jogurtowe z truskawkami - szybkie, łatwe, tanie. Zawsze się udaje!

Nie ogarniam ostatnio. 
Tak generalnie: siebie, dziecka, mieszkania i życia chyba trochę też :) 

Nie, żeby te słowa miały wydźwięk negatywny, co to - to nie. Raczej żartobliwy, bo wraz z nadejściem słońca i cieplejszych dni dziecię moje poza popołudniową drzemką nie uznaje przebywania w domu. Zaraz po śniadaniu słyszę magiczne: "Mamusiu, chcę iść na dwór". Mamusia więc wtedy w popłochu jedną ręką maluje chociaż rzęsy, drugą ręką nalewa młodocianemu picia, jednocześnie jednym okiem zerkając na to, co w złowrogiej ciszy porabia dziecko, a drugim sprawdzając, ile tuszu znalazło się na powiekach zamiast na rzęsach. 




Co za tym idzie nasz czas przebywania w domu ograniczony jest do minimum, co nie oznacza niestety, że i bałagan jest mniejszy... Och, marzyłabym o tym, ale nie wiem dlaczego jest wręcz odwrotnie: im mniej nas w domu, tym bardziej nasze cztery kąty przypominają stajnię Augiasza. Herkules by się przydał jakiś czy co, ale do dyspozycji mam niestety tylko dwulatka :) On ma w nosie to, ze mama chciałaby posprzątać czy ugotować obiad, o czymś ambitniejszym nie śmiąc nawet marzyć! To jest niewątpliwie wada okresu letniego - znacznie łatwiej mi było ogarnąć wszystkie okołodomowe sprawunki niż teraz. Jeśli więc nachodzi mnie  ochota na coś słodkiego - tak jak zdarzyło się to w piątek, to warunkiem niezbędnym do sukcesu całego przedsięwzięcia jest ekstremalnie krótki czas przygotowania. Ciasto w tygodniu stało się tej chwili takim szczytem burżuazji, ze aż nie wierzę, że tym razem mi się udało i obyło się bez ofiar w ludziach. Ale co się dziwić: jego przygotowanie zajmuje dosłownie 10 minut i nic nie stoi na przeszkodzie, by robić je w ratach :) Tak się złożyło, że akurat miałam wszystkie potrzebne składniki i nadmiar truskawek, więc decyzja była szybka a cała akcja spontaniczna. 



Jeśli masz ochotę, podaję Ci przepis, byś mogła swój cenny czas spędzać na łapaniu z dzieckiem koników polnych, a nie na staniu przy garach :) To ciasto nie ma prawa nie wyjść. Nie ma prawa się nie udać! To idealna propozycja dla tych, którzy twierdzą, że nie potrafią piec - tu czeka ich miłe rozczarowanie!

Składniki:
- 1 szklanka jogurtu naturalnego
- 3 średnie jajka
- 0,5 szklanki oleju
- 2,5 szklanki mąki
- 3/4 szklanki cukru
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 0,5 łyżeczki ekstraktu waniliowego
- ok. 0,5 kilograma truskawek

Przygotowanie:
1. W pierwszej misce mieszamy wszystkie składniki suche: jogurt naturalny i jajka roztrzepujemy za pomocą trzepaczki, dodajemy olej i ekstrakt z wanilii.
2. W drugiej misce mieszamy składniki suche: mąkę z cukrem i proszkiem do pieczenia.
3. Mieszamy składniki mokre z suchymi - ale tylko do połączenia się składników!
4. Truskawki myjemy, osuszamy, ewentualnie kroimy na mniejsze kawałki
5. Tortownicę (o średnicy ok.24 cm.) wykładamy papierem do pieczenia lub smarujemy masłem i obsypujemy bułką tartą.
6. Przekładamy ciasto, na nim układamy truskawki i lekko dociskamy. Pieczemy  45-55 minut z termoobiegiem - przed wyjęciem sprawdzając patyczkiem, czy nie jest surowe.
7. Odstawiamy do wystygnięcia, przed podaniem posypujemy cukrem pudrem.

Smacznego!
Marta

sobota, 3 czerwca 2017

Ile dajesz siebie?

Za nami Dzień Dziecka. Zdawać by się mogło, że to dzień jak co dzień - ot, tym razem trafił w czwartek. Prawie środek tygodnia, wszyscy zabiegani, dopinają plany, by móc zacząć myśleć o weekendzie. Zakupy jakieś trzeba by było zrobić, obiad ugotować... Pranie wrzucić do pralki, by nie powitać soboty koszem pełnym brudów... Ot, zwykły dzień...
A wśród całej tej gonitwy ONO: dziecko.

Dziecko, które z niezrozumieniem patrzy na pośpiech wokół siebie.
Dziecko, które czasem rozpaczliwie próbuje zwrócić na siebie Twoją uwagę.
Dziecko, któremu wciąż odpowiadasz: "Później! Nie teraz!"
Dziecko, które po prostu pragnie Twojej miłości.
Dziecko, które w tym świecie pełnym niebezpieczeństw pragnie przy Tobie poczuć się bezpiecznie.
Dziecko, które właśnie miało swoje święto.


Przyznaj: co podarowałeś mu z okazji Dnia Dziecka? Z dużym prawdopodobieństwem uspokoiłeś swoje sumienie drogim prezentem, choć doskonale wiesz, że dla niego największym podarunkiem byłaby Twoja uwaga - przynajmniej od czasu do czasu. Uwierz mi, że wspólny spacer,  karmienie kaczek, wrzucanie kamyków i patyków do wody, zbieranie żołędzi i zabawa na placu zabaw będą o wiele bardziej wartościowym prezentem, niż wypasiona zabawka, która po 10 minutach trafi w kąt. 
Daj po prostu siebie.


Nie chcę generalizować i stwierdzać, że wszyscy jesteśmy bezduszni. Ja sama nie jestem bez winy. Też się zawsze gdzieś spieszę, ciągle mnie gna - ale ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że czasem naprawdę warto przystanąć. Zatrzymać się na chwilę i uśmiechnąć do dziecka, które właśnie od Ciebie się uczy, co jest w życiu najważniejsze. Ono chłonie jak gąbka. A jeśli dziś Ty nie poświecisz mu chwili, to jutro ono odwróci się do Ciebie plecami. Ot, życie.

Marta

piątek, 26 maja 2017

Tarta z... miłością! (i jeszcze wiśniami i migdałami)

Jest jeden taki dzień, gdy z wyjątkową czułością i wzruszeniem patrzymy na osobę, która jest zawsze przy nas.
Która wyciąga pomocną dłoń w potrzebie. 
Która uśmiechem przegania złe chmury, a dobrym słowem potrafi poprawić najgorszy dzień. 
Którą wraz z upływem lat zaczynamy coraz bardziej doceniać za jej trud włożony w nasze wychowanie.

Tą osobą jest Mama.



Dopiero, gdy sama zostałam mamą, zrozumiałam, z czym wiąże się macierzyństwo. Że to nie tylko radości, ale również smutki, troski i łzy bezsilności. Że wychowywanie młodego człowieka to nie tylko lukier, ale również czasem gorycz. 

Niech to nie będzie jedyny dzień w roku, gdy z czułością myślicie o swojej mamie i okazujecie jej serce. Ale to właśnie dziś jest doskonała okazja, by podarować Mamie odrobinę słodyczy w podziękowaniu za jędzowatość, fochy, obrażanie się, za oschłość, kąśliwość i sarkazm - których nie powinno być. 


Przyjmij więc Mamo odrobinę słodyczy, by osłodzić Twój matczyny los - byś choć na chwilę zapomniała o wszelkich troskach i przykrościach z naszej strony.



Tarta z wiśniami:

Składniki:
- 1 i 1/4 szklanki mąki (dowolnej pojemności, ja użyłam takiej o poj. 200 ml) to ok. 200 g
- 1/8 szklanki cukru
- szczypta soli
- 100 g masła
- ok. 1 łyżki wody

Farsz:
- 250 g mrożonych wiśni bez pestek (nie rozmrażamy ich wcześniej)
- 1/4 szklanki migdałów
- 1/4 szklanki cukru trzcinowego
- 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej

Przepis (pochodzi stąd):
Wszystkie składniki ciasta zagniatamy. Formujemy z niego kulę i chłodzimy w lodówce przez ok. godzinę. Miksujemy w malakserze migdały z cukrem i gałką muszkatołową. Powinniśmy uzyskać konsystencję tartej bułki. Mieszamy te okruchy z wiśniami.
Piekarnik nagrzewamy do 200 st C.
Wyjmujemy ciasto z lodówki i wałkujemy je na papierze do pieczenia (jeśli się klei, kładziemy na cieście folię spożywczą i wałkujemy wałkiem ciasto przez folię). Ciasto powinno mieć ok 1/2 cm grubości.
Wysypujemy na środek owoce, podwijamy do środka brzegi i wstawiamy do piekarnika. Zmniejszamy temperaturę do 180 st C i pieczemy 40 minut. Smacznego!


I choć rzadko to mówię, to pamiętaj Mamo:
DZIĘKUJĘ.
KOCHAM.

Marta

piątek, 19 maja 2017

Naturalna kartka komunijna DIY

Maj to chyba mój ulubiony miesiąc. 
Maj to słońce i zapachy...
Maj to też miesiąc komunijny.


W tym roku również w naszej rodzinie będziemy świętować uroczystość przyjęcia Najświętszego Sakramentu przez pewnego młodego dżentelmena :)
I choć to kwestia dyskusyjna, to jednak uważam, że jeśli mam kupić coś, co ani z sentymentalnego, ani praktycznego, ani estetycznego punktu widzenia nie będzie stanowiło cudownej pamiątki tego dnia, to wolę nie kupować nic, tylko podarować pieniądze.


Co zagorzalsi przeciwnicy takiego rozwiązania pewnie zaraz wytoczyliby mi tysiąc argumentów "przeciwko" - ja jednak, mając w pamięci własne wspomnienia związane z tym wyjątkowym dniem, uważam, że nie ma w tym nic złego. 

Sama dostałam pewną ilość gotówki, którą później rozdysponowali rodzice. Część została przekazana na pokrycie kosztów przyjęcia, a za resztę dostałam obiecany rower i rolki. Do dziś pamiętam te emocje towarzyszące zakupom i do dziś miłość do roweru mi została :) Uważam więc, że taka forma prezentu nie jest niczym złym - pod warunkiem, że dziecko pamięta, co jest istotą tego wyjątkowego dnia.

Jak jednak przekazać pieniądze w sposób elegancki i niekłopotliwy?
Rozwiązaniem może być kartka-kopertówka. Albo udawana kopertówka - jak moja. Nie chciałam przynosić dziecku w prezencie dodatkowo kwiatów czy słodyczy, postanowiłam więc, że moja "kopertówka" musi być "przestrzenna", by sama w sobie stanowiła prezent.


Co uwielbiam w maju
Oczywiście bez. 

I to właśnie bez stał się głównym bohaterem tej kartki.
Wszystkie elementy, które ją tworzą, to materiały łatwo dostępne - w moim przypadku już od dłuższego czasu leżały pochowane w domu i tylko czekały na swoją kolej. Stęskniłam się za pracą z papierem, ale teraz z przyjemnością pochowam ten majdan z powrotem do szafy, bo robienie kartek w towarzystwie dwulatka to jednak nie najłatwiejsze przedsięwzięcie :)

Pozdrawiam Was majowo
Marta