Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepisy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2020

Resztkowe muffiny - czyli kuchnia zero waste

Poniższy tekst napisałam kilkanaście dni temu - nie przewidując, jakiego znaczenia nabierze dziś. Biorąc pod uwagę okoliczności, treść posta wydaje się być bardzo na miejscu. Gdy już skończy się koszmar obecnych i nadchodzących dni, sytuacja trochę się uspokoi, a nasze półki w szafkach uginać się będą od marnującego się jedzenia - ten post będzie jak znalazł.

Bardzo nie lubię marnować jedzenia. Boli mnie serce, gdy wyrzucam żywność mając świadomość, że na drugim krańcu świata ktoś właśnie umiera z głodu. Nie wspomnę też o tym, że każdy wyrzucony kęs to również wyrzucony pieniądz, na który każdy z nas musi przecież tak ciężko pracować. Coraz częściej więc zdarza mi się wyszukiwać przepisy, które pozwalają na wykorzystanie nawet tych produktów, które pozornie już nie nadają się do użycia. Bardzo zwiędłe owoce, pomarszczone papryki, o których świat zapomniał czy okruchy po płatkach kukurydzianych - to tylko nieliczne przykłady produktów, które z powodzeniem można jeszcze wykorzystać w kuchni, tworząc smakowite danie.


Ostatnio znalazłam przepis na ciasto "resztkowe" - wykorzystujące pomarszczone, nie pierwszej świeżości owoce.  Wiedząc, że i u mnie takie zalegają, postanowiłam spróbować, czy może z nich powstać coś na kształt smacznego wypieku. Na własnych kubkach smakowych przekonałam się, że tak - i aż szkoda byłoby zachować przepis tylko dla siebie. Zamiast ciasta zrobiłam jednak muffinki i to był strzał w 10-tkę! Częstujcie się więc przepisem i dzielcie z innymi, bo warto:

Przepis na ciasto/muffiny z tego, co masz w domu:
- 2 szklanki mąki (i tu mój patent: 1/3 szklanki mąki zastąpiłam zmielonymi kakaowymi płatkami kukurydzianymi. Kojarzycie: to te pokruszone resztki w opakowaniu, których ja osobiście nie lubię wsypywać do mleka. Zbierałam je więc przez jakiś czas, a później zmieliłam na pył i potraktowałam jako część mąki)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1 dojrzały banan
- kilka zwiędłych śliwek (w moim przypadku 1 śliwka i jedna bardzo miękka gruszka)
- 1 jajko
- 100g masła lub oleju
- garść posiekanych orzechów (pominęłam)
- pół szklanki suszonej żurawiny (dałam garść)
- 1,5 łyżeczki przyprawy do piernika (zastąpiłam cynamonem)

Śliwki pokroić w małą kostkę, banana rozdrobnić widelcem. Masło rozpuścić, a po ostudzeniu wymieszać z jajkiem. Mąkę połączyć z sodą i proszkiem, potem wlać masło, na końcu pozostałe dodatki i wymieszać. Przepis wskazuje, by tak przygotowaną masę przelać do wysmarowanej masłem tortownicy i piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 55 minut. Ja jednak zdecydowałam, że upiekę muffiny zamiast ciasta i to było super posunięcie. Muffiny piekłam 30 minut w temperaturze 180 stopni - miały fantastyczną, chrupiącą "skorupkę" i miękki środek i oczywiście najlepiej smakowały jeszcze ciepłe.


Smacznego!
Marta

czwartek, 28 listopada 2019

Pomidorowa zupa krem z ciecierzycą

Są takie dni, kiedy potrzebujesz ukojenia - gdy czujesz, że jedynym miejscem, w którym teraz chcesz być, jest Twój dom. Te mroczne listopadowe dni, gdy cały świat Ci nie sprzyja, a jedynym sprzymierzeńcem jest talerz dobrej, rozgrzewającej zupy. Przez wszystkie nasze perypetie, które ostatnio mącą nasz spokój, potrzeba mi było choć jednego spokojnego dnia, gdy jedynym moim zmartwieniem był brak pomysłu na obiad. Nie musiałam się jednak długo zastanawiać: szybki przegląd szafek uświadomił mi, że mam prawie wszystko, by ugotować ekspresową zupę pomidorową - przepis na nią znalazłam na blogu Home On The Hill.


Ten przepis na zupę pomidorową jest banalnie prosty i nie wymaga użycia wymyślnych składników. Wprost przeciwnie: wszystkie ingrediencje z dużą dozą prawdopodobieństwa masz w swojej szafce, a jeśli nie - to kupisz je bez problemu w najbliższym sklepie.
Pomidorowa zupa - krem jest świetną opcją zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. To pomysł na szybki obiad zawsze wtedy, gdy nie masz czasu ani ochoty, by gotować, ale marzy Ci się taki domowy "comfort food". Podrasowana przyprawioną, chrupiącą ciecierzycą, posypana solidną porcją pietruszki (i zaznaczam, że mówię to ja, która ma awersję do pietruszki!) - to naprawdę niebo w gębie.


Ta zupa pomidorowa była u mnie wynikiem czyszczenia szafek i wymagała pewnych kompromisów: zamiast batatów dodałam zwykłe, swojskie ziemniaki, a zupę zamiast serkiem mascarpone zabieliłam śmietaną. Już ta wersja bardzo przypadła mi do gustu, ale wydaje mi się, że przy zastosowaniu oryginalnych składników - to byłby dopiero sztos!


Pomidorowa zupa - krem z ciecierzycą


Składniki (na 4 porcje):
- 1 puszka pomidorów
- 400ml passaty pomidorowej
- 400ml wody
- 2 średnie cebule
- 1 mały batat (nie miałam, dałam 2 małe ziemniaki)
- 1 ząbek czosnku
- 100g serka mascarpone
- 1 szklanka gotowanej ciecierzycy (dałam z puszki)
- sól, pieprz, papryka słodka mielona, czosnek granulowany
- tarty parmezan do posypania (pominęłam)
- pietruszka do posypania
- 1 łyżka masła
- oliwa

Sposób wykonania:

Cebulę pokroić w piórka, przełożyć do garnka i dusić na małym ogniu z masłem przez 20 minut. Następnie doprawić 1 łyżeczką soli, 1 łyżeczką papryki, 1 łyżeczką czosnku i połową łyżeczki pieprzu. Przesmażyć przez 2 minuty. Dodać 400 ml wody, pomidory z puszki, passatę, posiekany ząbek czosnku i pokrojonego w kostkę batata (lub ziemniaki). Gotować przez 25 minut na średnim ogniu pod przykryciem.

W międzyczasie przygotować ciecierzycę: odsączyć na sitku z zalewy i przepłukać zimną wodą, aż przestanie się pienić. Przełożyć na rozgrzaną patelnie i odparować z wody. Dodać odrobinę oliwy i smażyć przez 5 minut, aż się zarumieni. Doprawić szczyptą soli, pieprzu, papryki i czosnku. Zdjąć z ognia.

Gdy bataty/ziemniaki będą miękkie, dodać serek mascarpone i zmiksować na gładki krem (ja zabieliłam śmietaną, hartując ją uprzednio odrobiną gorącej zupy). Sprawdzić smak i w razie potrzeby doprawić.

Przelać do talerzy, posypać natką pietruszki, wyłożyć ciecierzycę i zetrzeć ser.

Smacznego
Marta

czwartek, 10 października 2019

Jaglana przekąska a'la Snickers

Nie można kogoś zmusić do zjedzenia czegoś, czego ten ktoś nie lubi. Zwłaszcza, jeśli tym kimś jest mój mąż, a tym czymś kasza jaglana.

Ile ja już miałam podejść - nie zliczę: efekt moich poczynań był zawsze negatywny, a jego awersja do kaszy jaglanej nie zmalała nawet o pół procenta.


Nie tak dawno wpadł mi w oko bardzo zachęcający przepis, znaleziony na blogu veganbanda na deser z kaszy jaglanej a'la Snickers. Lubię Snickersy - nie zaprzeczę (choć tak naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio je jadłam), postanowiłam więc wypróbować recepturę, po cichu licząc na to, że pod taką postacią uda mi się bezboleśnie i efektywnie przemycić trochę kaszy jaglanej mojemu mężowi.

I bingo!
To był strzał w dziesiątkę!
Deser z kaszy jaglanej okazał się być doskonałym sposobem na to, jak przekonać do zjedzenia kaszy jaglanej kogoś, kto twierdzi, że jej nie lubi. Tu polubi z pewnością :)

Kasza jaglana jest o tyle wdzięcznym produktem, że można ją spożywać zarówno w wersji wytrawnej, jak i na słodko, praktycznie o każdej porze dnia: kasza jaglana na śniadanie (jako jaglanka), kasza jaglana na obiad (do gulaszu), kasza jaglana na deser (np. w formie tej przekąski)... - a jak się uprzemy, to może być i na kolację w postaci resztek z całego dnia. Kasza jaglana jest tak wszechstronna, że aż grzechem jest nie mieć jej zapasu w szafce kuchennej. Tymczasem łapcie przepis, bo ta wersja kaszy jaglanej na słodko jest od tej chwili moją ulubioną :)


Przekąska z kaszy jaglanej

Składniki:
- kasza jaglana: 1 szklanka
- mleko roślinne (lub zwykłe): 4 szklanki
- cukier trzcinowy/melasa/cukier biały: do smaku (np.6 łyżek)
- orzeszki ziemne solone: 1 szklanka
- gorzka czekolada: 2 tabliczki (po 100g)
- daktyle: 1 szklanka (250ml)

Wykonanie:
1. Daktyle zalać szklanką gorącej wody na dwie godziny lub na noc.
2. Kaszę dokładnie przepłukać wodą i zalać 4 szklankami mleka. Gotować około 20 minut, aż kasza się rozgotuje.
3. W międzyczasie zblendować daktyle razem z wodą (ja mam starszą wersję TEGO blendera, ale marzy mi się blender wysokoobrotowy - dokładnie TEN. Może kiedyś...), a orzeszki rozdrobnić w moździerzu, malakserze albo tłuczkiem.
4. Pod koniec gotowania posłodzić kaszę, a następnie zblendować
5. Czekoladę połamać na kostki, dodać ok. 10 łyżek mleka i rozpuścić w kąpieli wodnej.
6. Do słoiczków nałożyć na zmianę warstwy kaszy, masy daktylowej, czekolady i orzeszków. Ostudzić, po czym wstawić do lodówki. Przekąska najlepiej smakuje tego samego dnia - wtedy chrupkość orzechów pięknie kontrastuje z gładką masą kaszy jaglanej, daktyli i czekolady.

Smacznego
Marta

sobota, 13 października 2018

Brownie z... fasoli

Przyznam, że idea ciast pieczonych z niekonwencjonalnych składników nie jest dla mnie ani nowa, ani zaskakująca, ani zniechęcająca. Nie ukrywam - chętnie eksperymentuję, jeśli uważam, że efekt może być tego wart. W tym przypadku również miałam taką nadzieję, tym bardziej, że nie było to moje pierwsze cukiernicze starcie z czerwoną fasolą. 

Swoje pierwsze ciasto - z czerwonej fasoli właśnie - upiekłam będąc w ciąży i stojąc przed obliczem zagrażającej mi cukrzycy ciążowej. A miałam wtedy taką ogromną ochotę na coś słodkiego! Ostatecznie wertując internet wzdłuż i wszerz dokopałam się do jakiegoś przepisu, który obiecywał, że w takim przypadku jak mój - to ciasto będzie jak znalazł. I faktycznie: fizycznie moje ciało nie odnotowało żadnych zaburzeń, za to psychika odżyła wraz ze świadomością, że jednak nie wszystko jest zabronione :) Bo muszę przyznać, że ciasto było całkiem w porządku i nikt nawet nie zorientował się, z czego jest zrobione. Czyli że OK.


Tym chętniej więc postanowiłam wypróbować przepis na brownie z fasoli, który znalazłam u Mrs.PolkaDot. Ciacho wyglądało mega apetycznie, a pozytywne opinie o nim tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto je upiec. Zgromadziłam więc składniki, wymęczyłam to ciasto i co? Ano trochę rozczarowanie: ciasto w czasie pieczenia pachnie fajnie - w przybliżeniu jak klasyczne ciasto czekoladowe. Niestety lekka konsternacja nastąpiła u mnie po pierwszym kęsie, kiedy to - wbrew obietnicom - wyczułam smak, a co gorsza zapach - fasoli, choć jej woń miała być niewyczuwalna. Tyle osób chwalących ten przepis nie mogło się jednak mylić - postanowiłam więc się nie zrażać. Pomyślałam, że dodatek masła orzechowego może trochę poprawić odbiór wypieku i powiem Wam, że rzeczywiście! Masło orzechowe spowodowało, że smak fasoli został przygłuszony i z przyjemnością zjadłam cały kawałek ciasta, a potem jeszcze dokładkę. Niestety, masło orzechowe ma to do siebie, że powoduje u mnie bóle brzucha, więc w moim przypadku nie jest to rozwiązanie idealne. Niemniej jednak połączenie tego udawanego brownie z masłem orzechowym okazało się być całkiem smaczne. 


Wobec tego ciasta mam więc odczucia ambiwalentne: zdaję sobie sprawę, że jest fajną alternatywą dla klasycznego, niezbyt zdrowego i pożywnego brownie, ale jednak jak dla mnie za bardzo wyczuwalna jest fasola. Ponadto, niezbyt dobrze się czuję po jego zjedzeniu. Ale kto wie, być może dla Was ta propozycja byłaby kulinarnym strzałem w dziesiątkę? Pamiętajcie, że smak jest zmysłem baaardzo subiektywnym i to, że coś mi nie smakuje, nie oznacza, że nie posmakuje Wam :) Zawsze warto się przekonać na własnej skórze :)


Gdyby ktoś chciał spróbować - podaję przepis:

Brownie z fasoli 

(na formę o wymiarach 20x30cm lub odrobinę większą)

- 2 puszki czerwonej fasoli
- 40dkg daktyli
- 4 jajka
- 5 łyżek gorzkiego kakao
- 2 łyżki masła orzechowego (arachidowe, migdałowe lub z nerkowców, ostatecznie nada się też olej kokosowy lub masło)
- 100g orzechów
- szczypta soli
- opcjonalnie: łyżeczka ekstraktu z wanilii

Przygotowanie:

- daktyle umieścić w misce i zalać wrzątkiem. Odstawić na 15 minut, by zmiękły
- fasolę odcedzić i opłukać
- nagrzać piekarnik do 180 stopni Celsjusza
- w misce umieścić: fasolę, odcedzone z wrzątku daktyle (niezbyt dokładnie - dobrze by było, gdyby jeszcze lekko ociekały wodą), jajka, kakao, masło orzechowe, wanilię i sól i zmiksować blenderem na gładką(!) masę (uwaga, masa będzie gęsta, więc i blendowanie potrwa chwilę)
- gdy masa będzie już gładka, wsypać do niej orzechy, wymieszać i przełożyć do formy (wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej delikatnie masłem i oprószonej kakao)
- piec 20 minut
- dla mnie niezbędnym elementem jest warstwa kremu orzechowego, który nakładamy na kawałek ciasta bezpośrednio przed zjedzeniem

Tym, którzy się skusili - smacznego :)
Marta

wtorek, 18 września 2018

Pieczona ciecierzyca

Lato mi uciekło. Uciekło mi w tempie zastraszającym - szybciej nawet, niż jeszcze w czasach szkolnych. Uciekło mi tak, że ani się spostrzegłam, a już staliśmy w przededniu września. A z tegorocznym wrześniem to ja wiązałam ogromne nadzieje związane z pójściem naszej pociechy do przedszkola. Mimo, że etap ten był okupiony ogromnym stresem, to uważamy, że to w tej chwili najlepsze, co możemy dla naszego syna zrobić. Gdy więc pierwszy dzień w placówce okazał się niemałym sukcesem w postaci spokojnego porannego pożegnania i pozytywnych emocji po odebraniu go z przedszkola - łudziłam się, że stan ten potrwa przynajmniej przez chwilę. I pisząc "chwilę", miałam na myśli dłuższą chwilę - tydzień na przykład. Tymczasem już po dwóch dniach przyszło nam się zmierzyć z najgorszym koszmarem rodziców przedszkolaka: przyplątała się do nas pierwsza infekcja. I nie wiem, czy winę zrzucać na stres i związany z tym spadek odporności, czy zwyczajnie coś wisiało w powietrzu - ale faktem jest, że trafił nam się wirus bardzo zjadliwy i szybko rozwijający się. Jednego dnia mierzyliśmy się z bólem gardła, drugiego - z potwornym katarem, natomiast w trzecim dniu pojawił się kaszel. I wszystko to mogłoby nawet cieszyć - wieszcząc szybkie wyzdrowienie i powrót do przedszkola, gdyby nie fakt, że na skutek duszności trafiliśmy do szpitala.. Nasz bilans jest więc taki, że na dwa tygodnie funkcjonowania przedszkola w nowym roku szkolnym - nasz syn odwiedził je zaledwie 2 razy :D To z kolei oznaczało, że na prawie dwa tygodnie utknęłam z nim w domu - bez możliwości wychodzenia. Wyobraźcie sobie teraz groteskową sytuację: za oknem piękne słońce, cudowna złota jesień, aż by się chciało cały dzień spędzić na dworze... ale nie możecie, bo jesteście uziemieni przez choróbsko. Wasze życie toczy się pod dyktando inhalacji i usilnych prób nadrobienia zaległości - zarówno prywatnych, jak i na gruncie zawodowym. Nie narzekam - broń Boże: cieszę się, że w szpitalu przyszło nam spędzić tylko przysłowiową chwilę i że spotkaliśmy tam samych życzliwych ludzi (co tak naprawdę wcale nie jest takie oczywiste...).  
Cieszę się też, że wczoraj podjęliśmy kolejną próbę pójścia do przedszkola. Jedyne, co mnie martwi, to kolejne podejście do przedszkolnej adaptacji. Coś, co było dla naszego syna bardzo trudnym emocjonalnie przeżyciem - będzie musiało być powtórzone. I to boli mnie najbardziej. Nie pozostaje nam jednak nic innego, jak zagryźć zęby i przejść przez to ponownie - mam tylko nadzieję, że tym razem z dłuższym skutkiem :)
Ten czas przymusowego pobytu w domu skutkuje niestety również koniecznością wyzwolenia swojej pomysłowości i kreatywności. Bo co robić z dzieckiem, które przyzwyczajone do zabaw na zewnątrz teraz potwornie nudzi się w domu, jego zabawki już mu się opatrzyły, a do wszelkich prac plastyczno-artystyczno-technicznych podchodzi jak pies do jeża: no nie lubi zwyczajnie i tyle?


Rozwiązaniem okazało się wspólne gotowanie - bo cóż może być lepszego, niż zaproszenia dziecka do kuchni? My postawiliśmy na proste i sprawdzone przepisy, a jako dodatek przygotowaliśmy sobie coś zdrowego do pochrupania (powiedzcie sami, kto nie lubi sobie przegryźć czegoś w międzyczasie...?) Syn mój złożył zamówienie na chipsy z jarmużu, które robię mu od czasu do czasu - teraz jednak z braku podstawowego składnika musiałam wymyślić coś innego. Padło na pieczoną ciecierzycę - przepis jest banalnie prosty, szybki i chyba nie może się nie udać.


Podobno taka pieczona ciecierzyca poza wersją "solo" nadaje się również jako dodatek do zup lub sałatek. Nie wiem - nawet gdybym bardzo chciała, to nie zdążyłabym spróbować, bo zniknęła w mgnieniu oka. Musicie wiedzieć, że to doskonała przekąska, prosta i szybka do wykonania i stanowi świetną alternatywę dla niezdrowych chipsów ziemiaczanych. Pieczoną ciecierzycę można przygotować nie tylko w wersji "na słono", ale również w wersji słodkiej oraz dowolnie modyfikować przyprawy.  

Ja użyłam ciecierzycy z puszki (bo miałam), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zastosować suchą po wcześniejszym namoczeniu i ugotowaniu.

Składniki:
- 1 puszka ciecierzycy
- 1 łyżka oliwy z oliwek 
- mieszanka dowolnych przypraw *

Ciecierzycę odsączyć na sicie, dobrze osuszyć, wymieszać z oliwą i przyprawami, przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i piec około 30 minut.

* ja jestem ogromną fanką Małgosi i jej Qchennych Inspiracji.
Jej przyprawa do pieczonej dyni o smaku pieczonej wołowiny to mój aktualny "must have" i takiej właśnie mieszanki użyłam do mojej ciecierzycy: 

Składniki przyprawy:
- łyżeczka suszonego czosnku
- łyżeczka soli
- łyżeczka suszonej cebuli
- pół łyżeczki wędzonej papryki
- pół łyżeczki słodkiej papryki
- szczypta ostrej papryki
- szczypta gałki muszkatołowej
- szczypta czarnego pieprzu

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Przechowywać w suchym i szczelnym pojemniku.

Smacznego
Marta

sobota, 14 lipca 2018

Bób po sycylijsku

Może dziwnie to zabrzmi, ale do niedawna nie znałam bobu. 

To nie jest mój smak dzieciństwa, ani letnie wspomnienie przywołujące na myśl smaki wakacji - wprost przeciwnie: to smak, który poznałam dopiero dwa lata temu. Trochę wstyd się przyznać - ale co zrobić. Zawsze przed kupnem odstraszała mnie myśl, że to jednak strączki, a ja strączków tak bardzo nie lubię... Toleruję jedynie świeży groszek prosto z grządki i ewentualnie fasolkę szparagową, ale wszelkie większe fasole, które mają "mączystą" konsystencję, to jednak nie moja bajka. 


Dwa lata temu postanowiłam jednak zaryzykować - a to za sprawą przepisu u Krytyki Kulinarnej na bób po sycylijsku. Autorka zapewniała, że to najsmaczniejsza wersja, jaką jadła. Postanowiłam więc spróbować - tym bardziej, że przepis jest bardzo prosty i nie potrzeba do niego wyszukanych składników. Szczęście, że w pakiecie z przepisem została również podana dokładna instrukcja gotowania bobu, bo jako laik kompletnie nie wiedziałam, jak rozgryźć temat, a przecież to takie proste jest... :)

Jak więc ugotować bób, by był soczyście zielony i łatwo obierał się z łupin? Bardzo łatwo: bób wrzucamy do gorącej wody i gotujemy, aż będzie al dente (starszy potrzebuje więcej czasu niż młody - ja ostatnio mój bób gotowałam jakieś 5 minut). Później natychmiast hartujemy w zimnej wodzie. Co prawda w łupinach jest mnóstwo witamin i autorka zalecała, by je zostawić, to jednak my wolimy bób obrany - taka jego wersja nam bardziej odpowiada. 


Bób po sycylijsku:

1kg bobu
1 szklanka wody źródlanej
1/2 szklanki oliwy z oliwek
1 łyżka soli morskiej
2 łyżki suszonego oregano
2 ząbki czosnku

Bób gotujemy, aż będzie al dente. Następnie (w zależności od preferencji) albo nacinamy skórki, aby marynata dotarła do wnętrza, albo obieramy bób. To niestety najbardziej żmudny etap, ale konieczny. Wodę, oliwę, sól i oregano mieszamy w misce, aby sól się rozpuściła (ja zamiast oliwy, której nie lubię, używam często oleju sezamowego - uwielbiam go! Natomiast oregano należy wcześniej sparzyć niewielką ilością wrzątku, aby nie było twarde). Do gotowej marynaty przekładamy bób, dorzucamy ząbki czosnku (obrane, ale nie pokrojone), mieszamy i odstawiamy do lodówki na 24 godziny. Teoretycznie bób po sycylijsku powinno się podawać w temperaturze pokojowej, my jednak lubimy taki prosto z lodówki :)


Zajadamy się nim ze smakiem, aż nam się uszy trzęsą. Do tego towarzystwa adoracji bobu nie należy niestety mój mąż, któremu przeszkadza spora ilość oregano. Z ziół toleruje tylko bazylię w pesto, miętę w herbacie i koperek w mizerii - reszta ziół mogłaby nie istnieć. Z tego powodu jego ocena nie jest miarodajna :) Żeby się dowiedzieć, kto z nas ma rację, musicie sami zrobić sobie miseczkę takiego bobu, a później podzielić się ze mną swoją opinią. To jak, zgadzacie się na taki układ? :)

Smacznego
Marta