Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiklina papierowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiklina papierowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 października 2018

Październik w kolorze wrzosów

Rzadko mi się to zdarza - a prawdę mówiąc zdarzyło mi się teraz po raz pierwszy: że potrzeba wprowadzenia odrobiny koloru w domu naszła mnie jesienią, a nie wiosną. Dziwne to i nienormalne, ale podążyłam za tą wizją. Zmiany nie są wielkie ani spektakularne. Nie kosztowały mnie też ani grosza. Istotą moich wnętrzarskich modyfikacji jest umiejętne żonglowanie tym, co już posiadam. Wyciągnęłam więc delikatne, wrzosowe zasłony i właśnie one filtrują teraz pięknie jesienne słońce wpadające przez okno. Nie byłabym sobą, gdybym znowu czegoś nie ukręciła własnymi rękami: żeby w jakiś sposób nawiązać do tego niecodziennego dla mnie koloru, postanowiłam zrobić wiszący koszyczek na mojego patyczaka, który ma coraz dłuższe odnogi. Do tej pory stał sobie spokojnie na parapecie, ale mając na uwadze tempo jego wzrostu obawiam się, że już niedługo jego pędy sięgałyby do grzejnika - co, zważywszy na rozpoczynający się sezon grzewczy, raczej nie byłoby dla niego korzystne. 


W ruch poszła papierowa wiklina i próbki farb, które miałam w domu. Ten pomysł jest też poniekąd podyktowany chęcią zmniejszenia ilości niepotrzebnych czasopism. Postanowiłam skręcić z nich rurki i w ten sposób wykorzystać zalegające magazyny - żal mi je było wyrzucić, ale nie są mi już potrzebne. 
Z uzyskanych tą drogą papierowych rurek uplotłam najprostszą możliwą osłonkę na doniczkę. Planowałam ową osłonkę zawiesić na cienkim, skórzanym pasku, ale ten plan legł w gruzach, gdy pod wpływem ciężaru cała osłonka/koszyczek zaczęła się rozjeżdżać. Ostatecznie więc skończyło się na naturalnym sznurku. Całość wisi w oknie, na zawieszonej w jego świetle gałęzi. Stanowi jednocześnie ozdobę, jak i niewielką barierę dla wścibskich oczu sąsiadów. No i - co równie ważne - manewr ten spowodował zwolnienie przestrzeni na parapecie, a to pozwoli na legalne przeniesienie do domu kolejnej roślinki... ;)


Upleciony element pomalowałam najpierw czarną bejcą, a następnie (suchym pędzlem) potraktowałam farbą, którą sama wymieszałam. Połączyłam trochę próbki w kolorze "lilac" z odrobiną farby  w odcieniu grafitowym. Wiedziałam bowiem, że żaden gotowy kolor nie będzie odpowiadał moim wyobrażeniem - bo ja chciałam uzyskać przydymiony fioleto-róż :) Udało się - kolor wyszedł dokładnie taki, jak chciałam. Jest blady, nie do końca określony i świetnie wpasował się w ogólną (chwilową, oczywiście!) koncepcję kolorystyczną pomieszczenia.
Założyłam sobie, że wytrwam w tym kolorze do świąt - choć nie jest to takie oczywiste, bo kolory szybko mnie męczą. Niemniej jednak do świąt nie pozostało aż tak dużo czasu i być może nawet wytrzymam... W kolejce do zrobienia jest jeszcze taca, która również ma powstać z papierowej wikliny. Chciałabym bowiem, aby ten kolor pojawił się też jako akcent w innym miejscu pokoju, nie tylko w oknie :)


Tym sposobem, nie ponosząc żadnych, absolutnie żadnych kosztów, udało mi się delikatnie odmienić nasze cztery kąty. Ja jestem usatysfakcjonowana, mój portfel również :) Niech to będzie dowód, że zmiana aranżacji nie musi kosztować majątku - wprost przeciwnie! Dekorowanie domu może być doskonałym sposobem na ćwiczenie kreatywności i rozwijanie wyobraźni. 

No i lubię to, po prostu :)
Marta

niedziela, 24 czerwca 2018

Drugie życie starego słoika

Ileż to rzeczy wyrzucamy, nie zastanawiając się, jaki będzie ich dalszy los - to wie tylko Matka Ziemia, która te wszystkie śmieci musi udźwignąć. Bezrefleksyjnie pozbywamy się tego, co nam już niepotrzebne, wyrzucamy (nierzadko) gdzie popadnie, wodę marnujemy na potęgę a góra śmieci rośnie w zatrważającym tempie.


W odpowiedzi na ten stan powstała idea "zero waste", która w dość radykalny sposób ogranicza ilość wyprodukowanych śmieci, ale też w wielu przypadkach pozbawia zwykłej radości życia - gdy trzeba wciąż pokutować za (śmieciowe) grzechy swoje i innych. Mniej restrykcyjny wydaje się ruch "less waste", którego "wyznawcy" starają się ograniczyć ilość wyrzucanych śmieci. I to się chwali. I to jest krok w dobrą stronę. Teraz należałoby tę ideę rozpropagować. My jako społeczeństwo stoimy jednak na trochę straconej pozycji, bo przeciwko sobie mamy ogromne koncerny i ogromne pieniądze. Dopóki nie zmieni się świadomość społeczna, dopóty będziemy zalewani całą masą niepotrzebnych przedmiotów i zbędnych opakowań.


A może zwyczajnie wystarczyłoby zastanowić się, czy my, w prostych krokach nie wymagających od nas nadmiernych poświęceń - nie moglibyśmy w jakiś sposób środowisku i - całkiem przy okazji - naszemu portfelowi?

Robiąc porządki w naszym Starym Domu wiele przedmiotów byliśmy zmuszeni wyrzucić - bo były stare, zniszczone i zużyte. Wiele rzeczy jednak zostawiliśmy z myślą o tym, by dać im drugie życie. I choć część z nich może się wydać absurdalna (jak np.stare słoiki czy blat stołu), to jednak się nie zrażamy. Ze starych słoików można zrobić wiele urokliwych rzeczy, a na deski z owego dębowego blatu pomysł ma mój mąż. Czasem wystarczy odrobina wyobraźni, by z niczego zrobić coś nietuzinkowego.


Słoiki to zresztą wdzięczny przedmiot do przeróbek. Chyba najpopularniejszym kierunkiem zmian jest przekształcenie słoika w świecznik. Nie mniej popularne są wazony ze słoików czy pojemniki do przechowywania. Oczywiście nie mówię o tym, by przerabiać wszystko jak leci i mieć cały dom zasypany tylko słoikami pod każdą postacią. Bardziej chodzi mi o refleksję, gdy trafi nam się słoik o ładnym kształcie lub gdy planujemy kupić np. nowy świecznik. Zastanówmy się w tym momencie, czy naprawdę potrzebujemy tego nowego świecznika? A jeśli tak, to czy nie moglibyśmy zrobić go sami? Zaś ciekawy słoik, czy mógłby nam się do czegoś przydać? Np. do zrobienia prezentu w słoiku? Pomyśl, wysil swoją wyobraźnie i wyzwól kreatywność - zobaczysz, efekty mogą być zaskakujące!

Ja takie stare słoiki uwielbiam od zawsze, wiedziałam więc, że te właśnie zostaną z nami na dłużej. Pomysłów na ich metamorfozę mam mnóstwo, ale jeden szczególnie przypadł mi do gustu. A że mam teraz fazę na papierową wiklinę, to realizacja była niezwykle prosta: trochę skręconych rurek, trochę bejcy, odrobina lakieru akrylowego, kawałeczek czarnej skóry i owy słoik - daje nam w efekcie przedmiot dwufunkcyjny. W moich wyobrażeniach miał być świecznikiem, ale okazało się, że doskonale sprawdza się również jako wazonik - i sama nie wiem, w której wersji mi się bardziej podoba...

Nie każdy musi mieć zmysł dekoratorski. Nie każdemu musi się chcieć dawać przedmiotom drugie życie. Nie każdy czuje taką potrzebę i nie każdy dobrze się czuje w takiej stylistyce i wśród staroci. Ja to rozumiem i szanuję.


Sama nie jestem bez winy. Nie wyznaję "zero waste", bo chcę korzystać z życia i cieszyć się nim. Serce mnie jednak boli, gdy widzę, jak moje ulubione produkty pakowane są w zbędne opakowania, a ja jako konsument nie mam możliwości wyboru. Jak wyrzucane są dobrze zachowane drewniane meble. Jak wszędzie zalewa nas fala plastiku, którego szczerze nienawidzę... Staram się więc walczyć z tym na swój sposób. Jeśli czegoś naprawdę nie potrzebuję - to staram się nie kupować. Jeśli mogę zrobić coś samodzielnie, to robię - mój portfel (i mąż też!) jest mi wtedy wdzięczny. Jeśli robię - to staram się używać materiałów z odzysku i korzystać z tego, co już mam. Jeśli mogę naprawić - naprawiam. To naprawdę niewiele, a daje ogromną satysfakcję!

A jak Wy podchodzicie do tematu recyklingu?

Marta

sobota, 23 czerwca 2018

Nigdy nie ustawaj w dążeniu do doskonałości - koszyk z papierowej wikliny.

Własne cztery kąty są doskonałym pretekstem, by spożytkować nadmiar energii, która w nas drzemie. I nie mówię tylko o sprawach remontowo - budowlanych, które przecież nie mają miejsca na co dzień. Nie mam na myśli również kwestii porządku, bo to sprawa wielce subiektywna. Ja raczej biorę pod lupę etap dekoracji i upiększania naszego gniazdka. 


To właśnie ten moment, który sprawia najwięcej przyjemności i pozwala zindywidualizować nasze wnętrze - jest też etapem, w którym możemy wiele zrobić sami. Dekoracyjne poduszki, własnoręcznie robione meble, ciekawe lampy według własnego projektu - to tylko nieliczne elementy, które mogą wyjść spod naszych rąk.

Ja swoją przygodę "dekoratorską" zaczęłam bardzo wcześnie: od kiedy pamiętam interesowały mnie nowinki wnętrzarskie, z zaciekawieniem przeglądałam magazyny, a moje ręce wciąż domagały się zajęcia. Dość późno jednak dotarło do mnie, że te sfery zainteresowań można połączyć, a więc dekoracje i elementy wyposażenia robić własnoręcznie. Boom nastąpił krótko po ślubie, gdy otrzymałam do dyspozycji niewielką, ale stosunkowo pustą przestrzeń. Wtedy czułam się jak w niebie: mogłam działać i efekty moich działań były nie tylko ładne (subiektywnie, oczywiście!), ale i przydatne. Niestety ja się rozkręciłam, a tu trzeba było przyhamować. Niestety nasze cztery kąty mają ograniczony metraż, a dodatkowo pojawił się konkurent do zajmowania przestrzeni w postaci Syna i Jego zabawek.


W tej chwili nastąpiło więc nasycenie. I nie chodzi o moje potrzeby, ale o wnętrze, które już więcej dobra nie przyjmie. Z pewnością rozwinę skrzydła ponownie, gdy tylko przekroczymy próg naszego Starego Domu po remoncie. A tymczasem zadowolić się muszę drobnymi elementami, na które czasem pojawia się zapotrzebowanie. Tak też było z koszyczkiem, który miał stanąć w niskiej wnęce szafki RTV. Wnęka ta - przez jakiś czas niezagopodarowana - została przejęta przez naszego pierworodnego. Miejsce zajęły drobne zabawki Playmobil, które mnie strasznie irytowały swoimi jaskrawymi kolorami. Ponadto, żeby je trochę ujarzmić, zostały wrzucone do miseczki - nie dość, że mi jej brakowało, to jeszcze nie wyglądało. Sytuacji nie poprawiał fakt, że nasz stary telewizor nie jest zbyt urodziwy - co prawda na potrzeby bajek i powtórek programów w zupełności wystarcza, ale jednak temu niewielkiemu kącikowi nie dodaje uroku.


Wymyśliłam sobie, że to nieszczęsne puste miejsce pod telewizorem zajmie koszyczek i będzie on świetnym schowkiem na rzeczone zabaweczki. A że wpadłam ostatnio w szał skręcania tutek, to postanowiłam, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Połączę przyjemne z pożytecznym robiąc koszyczek z papierowej wikliny (element przyjemności) na zabaweczki (pożytek!), nie wydając przy tym ani grosza i korzystając z dostępnych w domu materiałów (recycling i zero waste!). W efekcie moich rozmyślań i działań powstał organizer, który cudownie wpasował się w niewielką, lecz zagraconą przestrzeń. Nareszcie nie irytuje mnie ten chaos. Co ważne, była to też doskonała okazja do nauki i weryfikowania tego, co już umiem. Bo - umówmy się - daleko mi do tych najzdolniejszych rękodzielniczek. Z każdą jednak pracą, z każdym kolejnym projektem wiąże się doskonalenie swoich umiejętności. Czy tego chcemy czy nie - ćwiczymy i nabywamy pewności siebie, a nasze prace są coraz lepsze. 


Ja sama widzę ogromny progres w stosunku do prac sprzed 10 lat. Nie powinnam ich pokazywać, bo to trochę wstyd, ale wstawiam zdjęcie (mimo, że mnie ono kompletnie skompromituje) - jako dowód, że ćwiczenie czyni mistrza. Mimo, że Twoja pierwsza praca może nie być idealna, to już 10-ta ten ideał prześcignie! Nigdy, przenigdy się nie poddawaj, gdy coś Ci za pierwszym razem nie wyjdzie - i dotyczy to każdego aspektu Twojego życia!

Marta

wtorek, 8 maja 2018

Papierowa wiklina - co to jest, po co to jest i dlaczego to jest takie fajne :)

Chyba nie ma nikogo, kto - interesując się choć w niewielkim stopniu rękodziełem - nie słyszałby o papierowej wiklinie. A ten ósmy cud świata to nic innego, jak technika odpowiedniego skręcania cieniutkich rurek z pasków papieru, a następnie łączenie ich (poprzez wyplatanie) w odpowiedni kształt. I uwierzcie mi: ludzie potrafią z tego niepozornego surowca zdziałać prawdziwe cuda!



Do wykonania papierowej wikliny najczęściej wykorzystuje się stare czasopisma, ulotki czy gazetki reklamowe, katalogi, uzupełnione krzyżówki czy też książki telefoniczne. To sprawia, że ich użycie doskonale wpisuje się w modny obecnie nurt "zero waste", ale ponadto jest również bardzo tanią formą robótek ręcznych. Niedrogie, łatwo dostępne materiały są zdecydowanie argumentem przemawiającym za tym, by spróbować swoich sił w tej dziedzinie.


A naprawdę warto, gdyż spod wyćwiczonych rąk tych najbardziej uzdolnionych rękodzielniczek wychodzą naprawdę niezwykłe przedmioty... Bo papierowa wiklina to tworzywo, dla którego jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia: z papierowej wikliny powstać mogą przedmioty dekoracyjne, akcesoria codziennego użytku, a nawet meble! Zaletą papierowej wikliny jest niewątpliwie sztywność produktu po wypleceniu. Jeśli gotowy produkt zabezpieczymy dodatkowo lakierem akrylowym, to zyska on również trwałość. W zakresie kolorystyki przedmiotów wykonanych z papierowej wikliny istnieją dwie szkoły: jedni twórcy dopuszczają malowanie gotowego produktu na wybrany kolor, inny akceptują tylko naturalne kolory pochodzące z wykorzystanej makulatury. Aby spełnić to rygorystyczne kryterium, już w trakcie rozcinania papieru na paski odpowiednio je segregują, by uzyskać odpowiednią kolorystykę tutek (tutki to nic innego, jak pasy papieru poskręcane w cienkie rurki, wykorzystywane później do wyplatania).


Największą frajdę przy zabawie w papierową wiklinę daje fakt, że jest praktycznie za darmo: czasopisma, gazetki czy ulotki reklamowe ma w swoim domu praktycznie każdy z nas. Do tego potrzebny jest tylko klej w sztyfcie i patyczek do szaszłyka, by móc zacząć działać. Pierwsze rurki wychodzą zazwyczaj trochę koślawe, a samo ich skręcanie jest powolne i nie zawsze daje odpowiednie efekty, ale przy odrobinie wprawy czynność ta będzie dla nas coraz łatwiejsza.

Pamiętam swoją pierwszą przygodę z papierową wikliną: najwięcej problemów sprawiało mi właśnie skręcanie rurek - wyplatania koszyczka było już potem prawdziwą przyjemnością - choć z perspektywy czasu widzę, jak bardzo nieudolna była to próba :) Następną rzeczą, którą robiłam z tego tworzywa, był kosz w kształcie gwiazdy (możecie zobaczyć go TUTAJ). Potem długo, długo nie robiłam nic, aż wreszcie ostatnio przypomniałam sobie o tej technice i postanowiłam trochę odświeżyć swoje dawne, niewielkie umiejętności :)


Tym razem do pracy z papierową wikliną wykorzystałam starą książkę. Nie jestem zwolennikiem niszczenia książek i staram się ratować je zawsze, ale czasem już naprawdę nie wiadomo, co z nimi zrobić: zwłaszcza z tymi wiekowymi, branżowymi, które mają obecnie godnych następców w księgarniach. Z takimi książkami zawsze mam nie lada problem: biblioteki ich nie chcą, znajomi znajomych również nie, a na OLX nie mogą przecież wisieć w nieskończoność. Postanowiłam więc co jakiś czas zużywać po jednej książce, której okres świetności już minął, a niepotrzebnie zajmuje miejsce na półce. Nie bez znaczenia jest też fakt, że mam w domu małego obserwatora, który od najmłodszych lat uczy się, że książki (i nie tylko) należy traktować z szacunkiem. Staram się mu wpajać, że dobra materialne nie są najważniejsze, jednak ich pozyskanie wymagało pewnego wysiłku, dlatego też wymagają poszanowania. Co za tym idzie, warto również zastanowić się dwa razy, zanim się czegoś bez namysłu pozbędziemy: być może da się tę rzecz do czegoś wykorzystać? Może przerobić? I właśnie przykład tej książki był ostatnio dla mojego 3-latka namacalnym dowodem na to, że z pozornych śmieci może jeszcze powstać coś wartościowego.

Papierowa wiklina ma praktycznie same zalety: jest tania, łatwo dostępna, trwała, wpisuje się w nurt zero waste, a przy tym jest niepowtarzalna - nie ma dwóch takich samych przedmiotów. I zanim powiesz, że to nie dla Ciebie, bo Ty nie potrafisz i masz dwie lewe ręce do robótek - to chociaż spróbuj! Naprawdę nic nie stracisz, bo z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę powiedzieć, że większość potrzebnych rzeczy masz w domu, a najpotrzebniejszą z nich są Twoje chęci i zaangażowanie. Warto - nawet dla samego siebie. To jak będzie, spróbujesz? :)

Marta