sobota, 31 grudnia 2016

Życzę Wam czasu...

Minuta mija za minutą, godzina za godziną, tydzień goni tydzień, by wreszcie - nie wiedzieć kiedy - przebrzmiał kolejny miesiąc naszego życia. Czas ucieka nam przez palce, a my zdajemy się nawet tego nie zauważać. 
Wraz z nadejściem Nowego Roku przychodzi refleksja i chwila zadumy, ale później znów wracamy do starych przyzwyczajeń i nawyków. 

Jest coś, co chciałabym Wam w tym Nowym Roku podarować, ale nie potrafię. To CZAS.
Możecie go sobie jednak podarować sami, podnosząc głowy znad ekranów (telefonów, tabletów, komputerów czy telewizorów), by spędzić kilka chwil z rodziną. Mówię Wam: ci ludzie są całkiem fajni :)


W 2017 roku życzę sobie sobie i Wam...
... żebyśmy z rozmysłem gospodarowali czasem
... żebyśmy nie trwonili go na zbędne kłótnie, żale i wzajemne niesnaski.
... żebyśmy pamiętali, ze czas to najcenniejszy prezent, jaki ktoś może Ci podarować - bo tych chwili poświęconych Tobie nikt mu już nie zwróci.
... żebyśmy nie zagubili się w pędzie życia.


Czasu więc Wam życzę - byśmy wreszcie poczuli radość z życia.

Marta

piątek, 23 grudnia 2016

Idę do Was z życzeniami...

... zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Życzę Wam, by w Waszych sercach zagościły spokój i wytchnienie, na twarzach błogie uśmiechy, a w Waszych domach - same życzliwe Wam osoby.



Mam również maluteńki, skromny prezent: dla tych z Was, którzy chcieliby wysłać swoim znajomym i bliskim wirtualną pocztówkę z życzeniami, przygotowałam 4 zdjęcia. Zapisujcie na swoich dyskach i posyłajcie - niech dobra energia idzie w świat, a Duch Świąt Bożego Narodzenia dotrze do wszystkich!



Ze świątecznymi pozdrowieniami
Marta

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Świąteczna wishlista 2015 - podsumowanie rok później

Minął ponad rok od opublikowania mojej zeszłorocznej wishlisty i ze zdziwieniem stwierdzam, że większość moich zachcianek się spełniła. Powolutku, krok po kroku realizowaliśmy je wspólnie z moim ukochanym mężem.

Pierwszym zrealizowanym pragnieniem był szary narożnik: pamiętam jak dziś, gdy 14 stycznia znalazłam go na OLX w outlecie meblowym. Telefon z zapytaniem o wymiary ostudził jednak mój zapał, bo w moim odczuciu narożnik był za duży. Dobrze, że mąż czuwał i nie pozwolił mi tak łatwo porzucić myśli o wygodnym miejscu do siedzenia i spędzania wolnego czasu - dzięki temu od prawie roku wypoczywamy bardzo komfortowo :) A co ważniejsze, to miejsce, gdzie mieści się cała nasza trójka, gdzie możemy się do siebie poprzytulać czy powygłupiać, gdzie możemy się z poczuciem bezpieczeństwa zaszyć pod kocem i poczytać książkę, gdzie możemy być sobą i dla siebie. Cudowne uczucie - to chyba nic innego jak to popularne "hygge" :)


Chwilę później w prezencie urodzinowym dostałam wymarzony rower. A musicie wiedzieć, że wiosną, latem i jesienią jest to mój ulubiony środek transportu na krótkich dystansach. Co prawda okazało się, że jeżdżąc z synem i tak muszę korzystać z roweru męża (bo uchwyt na pompkę do roweru jest w moim jednośladzie umieszczony tak niefortunnie, że nie da się zamontować fotelika dla dziecka), ale nie zamieniłabym go na żaden inny :)


Z moździerzem już prościej być nie mogło: zwyczajnie kupiłam go w Ikei. I dzięki niemu spełniłam to marzenie, na które miałam bezpośredni wpływ: od czasu jego zakupu przestałam korzystać z gotowych produktów w proszku. Pierwszą próbą była domowa kostka rosołowa, ale dopiero domowa vegeta stała się prawdziwym sojusznikiem w walce z produktami instant w mojej kuchni.


W czerwcu udało mi się w końcu namierzyć na OLX krzesełko Tripp Trapp, które było tanie i sprzedający oferował możliwość wysyłki. Nie zastanawiałam się długo i dziś jego obecność przy stole ratuje mnie przed dylematem, czy zostawić jeszcze synowi dziecięce krzesełko do karmienia, czy też przesadzić go już na dorosłe krzesło i kombinować z poduszkami :) Co najważniejsze - młodzież lubi z niego korzystać. Krzesełko spełnia swoją funkcję, a ja mam spokojne sumienie, bo nie przepłaciłam i nie pozwoliłam, by moje wewnętrzne pragnienie posiadania zagłuszyło zdrowy rozsądek.


Idealnego zegarka szukałam długo, jakiś rok. I gdy niedawno znalazłam swój ideał, postanowiłam, że znajdzie się w tym roku pod choinką. To właśnie pudełko z zegarkiem znajduje się w tym cudownie zapakowanym prezencie :D


Wymarzona girlanda żarówek jest na mojej liście "to do" jednym z zadań priorytetowych. Mam tu sojusznika w postaci męża, któremu to źródło światła bardzo przypadło do gustu. Może jeszcze przed świętami, a może po świętach - nieważne kiedy, ale wiem, że to marzenie się spełni. I choć nie będzie to oryginalny sznur żarówek od House Doctor, to jednak wiem, że będę w 100% usatysfakcjonowana, bo to będzie nasz wspólny projekt handmade.

Te z zachcianek, które nie miały szansy spełnić się w tym roku to maszyna do szycia i łańcuszek z wisiorkiem. Słowem komentarza: moje duma nie ucierpiała przez to, że tych kilka poduszek w roku uszyłam ręcznie - wprost przeciwnie - niektóre nich wyszły mi tak urocze, że do tej pory nie mogę się na nie napatrzeć :) I powstały bez maszyny do szycia - dacie wiarę ? :) A naszyjnik? Cóż, to tylko błyskotka, nic nie znacząca w obecnym świecie. Zdecydowanie bardziej cieszy mnie to, że było nam dane spokojnie przeżyć ten rok. I tego właśnie spokoju i zdrowia sobie życzę na święta i 365 dni Nowego Roku. Dlatego dziś nie będzie wishlisty. Nie będzie listu do Świętego Mikołaja/Dzieciątka/Aniołka. Będą modlitwy za siebie i za najbliższych, by było nam dane cieszyć się sobą jeszcze bardzo, bardzo długo i żebyśmy nie zapomnieli o tym, co w życiu najistotniejsze.

Marta

sobota, 17 grudnia 2016

Recyclingowy wianek z szyszek - krótka instrukcja DIY

W tym roku wymyśliłam sobie, że nasze Boże Narodzenie będzie czerwone. Nic trudnego - bo elementów dekoracyjnych w tym kolorze mam sporo. "Problem" w tym, że ja nie lubię powielać rozwiązań z poprzednich lat. Stawiam na zmiany, bo wiem, że w przeciwnym razie te dekoracje szybko by mi się znudziły i byłby to pretekst do zakupu nowych - a tego za wszelką cenę chcę uniknąć. Nie stronię jednak od własnoręcznie wykonanych dekoracji. Warunek jest zawsze jeden: ma być jak najtaniej, a najlepiej za darmo, ale jednocześnie efektownie. Nie lubię też projektów jednorocznych - wolę zrobić coś, co będzie nam służyło i dobrze wyglądało jeszcze w następnych sezonach. Tym razem postawiłam na wianek z szyszek. Bardzo naturalny i prosty do wykonania. I co ważne: tani. Nawet bardzo! A jednocześnie wielosezonowy. No ideał po prostu.


Do jego wykonania potrzebne są:
- stare gazety (możecie też wykorzystać gazetki reklamowe)
- brązowa taśma
- nożyczki
- pistolet do klejenia na gorąco + wkłady (ja zużyłam jakieś 5-6)
- szyszki. Duuużo szyszek, zwłaszcza, jeśli wybierzecie małe modrzewiowe


1. Zwijacie papier i formujecie z niego okrąg. Stopniowo dodajecie warstwy gazet. Po uzyskaniu odpowiedniej grubości oklejacie całość szczelnie i mocno taśmą, by wasza baza była spójna i się nie odkształcała.


2. Do powstałej bazy przyklejacie ściśle szyszki. Ważne, by nie zostawiać zbyt dużo szpar - w przeciwnym razie będzie Wam prześwitywać taśma, którą okleiliście gazety.


3. Dekorujecie wianek według uznania. Ja już latem miałam taki wianek w planach. Zrobiłam więc na drutach czerwoną kokardę i co się okazało: nie wykorzystałam jej, bo na dzień przed skończeniem wianka znalazłam w sh szalik w kolorach, które bardzo mi się ze świętami kojarzą. Całkiem spontanicznie ten właśnie szalik został użyty do dekoracji wianka. Do tego kilka pierniczków w kształcie gwiazdek i już: recyklingowy wianek z szyszek gotowy. Moim zdaniem najładniej prezentowałby się na drzwiach, ale u nas powędrował na drabinkę w sypialni. Tym sposobem codziennie rano budzi nas zapach pierniczków, a wianek przypomina, że święta tuż, tuż!


Dekoracji świątecznych powoli u nas przybywa, a ja cieszę się, że aż do dziś jedynym moim świątecznym "grzeszkiem" zakupowym były światełka LEDowe i filcowy skrzat. Cały zakup (w JYSK) nie przekroczył 20 zł. - teraz jest świetny czas, by upolować coś ciekawego w korzystnych cenach, bo sklepy wyprzedają już asortyment świąteczny, wiec za stosunkowo niewielkie pieniądze można sobie sprawić mały drobiazg i ładny prezent do domu.
Tymczasem koszt mojego wianka to maksymalnie jakieś 10zł. (z czego 3,5zł. przypadło na szalik. Resztę potrzebnych rzeczy miałam w domu.)


Do tej pory skupiałam się na tym, by dekoracje powoli zaczynały nas nastrajać świątecznie, ale te stricte świąteczne dopiero zostaną wyciągnięte przed samymi świętami. Jak widzicie, królują u nas motywy naturalne i surowe materiały. Na wyciągnięcie czekają czerwone bombki, usilnie staram się skończyć papierowe gwiazdy, które również miały zawisnąć w oknach. Nie wiem czy zdążę, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, to bliscy, z którymi mogę się do tych świąt przygotowywać. Tego się trzymajmy i nie dajmy się ponieść świątecznej panice :)

Marta

czwartek, 15 grudnia 2016

"Pierniczycie"?

Pieczenie pierników nie jest u nas obowiązkową tradycję, raczej kolejnym przedświątecznym zadaniem, które w zależności od ilości czasu albo się realizuje, albo nie :) Nie mogę jednak zaprzeczyć, że jednym z moich najmilszych i najbardziej utrwalonych wspomnień z dzieciństwa było pieczenie pierników u babci (hehe, tak teraz sobie myślę, że moja mama to cwana była, że mnie do babci wywoziła i to u niej robiłyśmy ten cały majdan :D). Coś więc chyba jest w tym magicznego, że większość naszego społeczeństwa łapie za te foremki i wykrawa, aż miło.


Może by mnie ominęło to piernikowe szaleństwo w tym roku, ale za punkt honoru postanowiłam sobie budować mojemu synowi jak najmilsze wspomnienia. Radość w jego oczach, gdy usłyszał, że będziemy razem piec "ciasteczka" - bezcenna. Choćby dlatego było warto poświęcić ten czas - dla Niego, dla Jego szczęśliwych wspomnień. Nie podam Wam przepisu, bo nie był najlepszy, a z pewnością w waszych rodzinach krążą jakieś sekretne, idealne i "zawsze-wychodzące" receptury :) Kto jeszcze nie zdążył zrobić pierników, albo mu się do tej pory nie chciało - jeszcze ma szansę. My już "pierniczyliśmy", teraz czas na Was :D

Marta

piątek, 9 grudnia 2016

W rytmie slow

Chociaż w tym roku obiecałam sobie, że nie będę znów kupować prezentów na ostatnią chwilę, to jednak krótkotrwałe przymusowe unieruchomienie w domu pokrzyżowało moje plany. Bo mimo, że dziś królują zakupy online - ja jestem z tych, co to lubią pomacać i podotykać. Wiem, że czas zaczyna mnie powoli gonić, ale jednak postanowiłam, że jeszcze w tym tygodniu nie dam się wciągnąć w przedświąteczną gonitwę. Na przekór temu i wbrew kalendarzowi - my wczoraj wystawialiśmy buzie do słońca i cieszyliśmy się wiosenną aurą. Wybraliśmy się z synem na cudowny, spokojny spacer. Nikt nas nie poganiał, mieliśmy czas tylko dla siebie. zbieraliśmy żołędzie i obserwowaliśmy krowy :)


To nie tak, że nie chodzimy na spacery, ale wczoraj wybraliśmy miejsce wyjątkowe. Park Dworski - bo o nim mowa, urzeka swoją urodą, a mojego syna tym razem zafascynował tym, że żołędzie wrzucane do wody nie tonęły, tylko sunęły po tafli lodu, której na pierwszy rzut oka nie było widać :) Jego zdziwiona mina - bezcenna!
Do domu przyjechała z nami gałąź zabrana z parku, która posłuży za element świątecznej dekoracji, ale przy okazji przypomni nam te beztroskie chwile - namiastkę prawdziwego slow life.


Sobie i Wam życzyłabym samych takich cudownych chwil. 

Ściskam
Marta

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Świąteczny papier do pakowania DIY

Tytuł nie do końca odzwierciedla zawartość posta. Nie wyprodukowałam przecież tego papieru sama. Ja go tylko trochę podrasowałam i nadałam mu świątecznego charakteru. Dodałam trochę miłości i zostawiłam serce, bo przecież o to w tym wszystkim chodzi: by zarówno prezent, jak i jego opakowanie były takie "od serca". Istotą świątecznych podarunków nie jest nieprzemyślany prezent i bezduszna, mało gustowna torebka - tylko podarek, na którego wybranie lub wykonanie poświęciliśmy chwilę swojego cennego czasu i postaraliśmy się, żeby opakowanie było na tyle interesujące, że osobie obdarowanej aż żal będzie otwierać :) 


Nie trzeba dużo - wystarczy odrobina czasu i trochę dobrych chęci, a także minimum akcesoriów papierniczych, które z dużą dozą prawdopodobieństwa macie w domu.

Co jest potrzebne:
- papier pakowy
- ołówek z gumką (ważne: gumka musi być nowa)
- mały, ostry nożyk
- farby akwarelowe  lub tusz do stemplowania
- pędzelek

Z gumki na ołówku wycinacie nożykiem interesujący was kształt (ja wybrałam gwiazdkę). Następnie maczacie wasz stempel w farbie lub tuszu i odbijacie na papierze. Czekacie, aż wyschnie i już! Wasz zindywidualizowany świąteczny papier jest gotowy! 


Ja uwielbiam również naturalne akcenty, takie jak modrzewiowe lub zimozielone gałązki czy szyszki. Sznurek jutowy też jest mile widziany. Niewielkim nakładem pracy i kosztów możecie osiągnąć efekt szczerego wzruszenia i radości na widok tak pieczołowicie zapakowanego prezentu. Dacie się skusić na taką opcję? :)

Marta

czwartek, 1 grudnia 2016

Adwent - gorzka prawda i kalendarz na osłodę

Adwent. Teoretycznie czas radosnego oczekiwania i przygotowywanie się na narodziny Jezusa. W praktyce czas chaosu, nerwów, zabiegania, stresu i zakupów ponad stan.


Bardzo bym chciała się wyrwać z tego błędnego koła i wrócić do świata mojego dzieciństwa, gdy naprawdę czułam atmosferę zbliżających się świąt. Być może przyczyniły się do tego codzienne roraty z babcią, a może to, że instytucja centrów handlowych nie była jeszcze tak popularna, a konsumpcjonizm tak rozwinięty... Nie wiem, ale tęsknię za tamtymi czasami. Wiem też niestety, że już nie wrócą i nawet nie mam szans, by choć namiastkę tego oczekiwania stworzyć mojemu dziecku. Musiałabym go chyba zamknąć w domu i wyrzucić telewizor, by odciąć go od świątecznych reklam i kampanii, które pojawiają się już po Wszystkich Świętych i skutecznie niszczą uczucie podniecenia na myśl o świętach, jako o wyjątkowym, rodzinnym czasie. 


Choćbym nie wiem, jak się starała, nie mogę przecież przestać chodzić na zwykłe, codzienne zakupy, a sklepy nas nie oszczędzają, oj nie: one wciąż nawołują: KUP to, KUP, przecież potrzebujesz tego na święta! Och, a ja tak bardzo chciałabym się od tego odciąć i spędzić adwent naprawdę w rytmie slow. Ale wiem, że to jest niewykonalne również z racji pracy męża: przedświąteczny czas to najgorętszy okres.  Nie da się nie zauważyć, że mój ukochany wraca teraz z pracy dużo później niż zwykle - wszystko po to, by podołać zleceniom. Wszystkie te czynniki sprawiają, że do adwentu i świąt z wiekiem podchodzę z coraz większą niechęcią. Lepiej mi podczas dni powszednich, gdy osoba najbliższa mojemu sercu może spokojnie spędzić wieczór w domu niż pracować w pocie czoła, aby zaspokoić oczekiwania innych. 


Gorzka prawda jest taka, że przez prawie 2 miesiące żyjemy świętami, które de facto trwają 2 dni. Jaki w tym sens?  Żeby jednak nie było tak całkiem gorzko i aby choć trochę osłodzić mężowi ten ciężki czas, przygotowałam dla niego kalendarz adwentowy. Jak zwykle prosty i skromny, bez zbędnego mnożenia kosztów. Syn z kolei ma swój materiałowy kalendarz, którego kieszonki wypełnione są krakersikami, herbatnikami, orzechami i mandarynkami. Nie widzę powodu, by podążać za obecną modą i codziennie obdarowywać do drobnymi podarunkami. Mam wrażenie, że w ten sposób już całkowicie zatracę w nim poczucie oczekiwania na gwiazdkowe prezenty: cóż w nich może być niezwykłego, skoro przez miesiąc codziennie dostawał prezenty? Powoli, powoli staram się wprowadzać akcenty zimowo-świąteczne, by być może rozbudzić w sobie uśpioną dziecięcą radość oczekiwania na nadchodzące święta. W klimaty wprowadzają nas więc kalendarze adwentowe, stroik aspirujący do miana wianka adwentowego (ze sztucznymi świeczkami - dla bezpieczeństwa. Niestety.) oraz prościutki wianek z zimozielonych gałązek zawieszony na drabinie. Powolutku będziemy wprowadzać inne elementy, ale na to jeszcze mamy trochę czasu...

Z ciepłymi pozdrowieniami
Marta