czwartek, 30 listopada 2017

DOMOWE POTYCZKI #3: co można odzyskać ze starego domu. Podsumowanie sezonu remontowego 2017

Rozpoczynając remont wiedzieliśmy, że z tego starego domu będziemy chcieli wycisnąć jak najwięcej - nie tylko ze względu na ewentualne oszczędności, ale też, by jak najwięcej ocalić i aby "ten dom" pozostał "tym domem" - by można w nim było poczuć ducha historii.

Wiadomo - nie da się ocalić wszystkiego, a też nie o to chodzi w remoncie, by po nim nie został żaden ślad :) Postanowiliśmy jednak pochylić się nad tym, co można odzyskać.


Pierwszą rzeczą, jaka przychodzi na myśl, to:

MEBLE. W starych domach zazwyczaj są też stare meble. Solidne, drewniane, z duszą i historią. Nie inaczej było u nas. Wiedzieliśmy, że część z nich z nami zostanie - te zostały przeniesione w inne miejsce, natomiast pozostałe dzięki OLX trafiły do nowych właścicieli. Ci, którzy wykazali się refleksem, mogli cieszyć się starymi, drewnianymi meblami za grosze. Zależało nam na tym, by jak najszybciej opróżnić pomieszczenia - więc i cena mebli była bardzo zachęcająca - wszystkie rozeszły się na pniu, delikatnie tylko zasilając nasz budżet.



Nie bez znaczenia są też materiały "budowlane", jak:

CEGŁY. Tak się składa, że zawsze marzył mi się spory salon. A że była ku temu możliwość - to grzechem byłoby nie skorzystać. Na przeszkodzie stała tylko ściana. Ot, ścianka taka - ścianeczka wręcz :) Kto by się tam nią przejmował... Po wielu konsultacjach u niezależnych źródeł dowiedzieliśmy się, że możemy się jej pozbyć - oczywiście po uprzednim wstawieniu odpowiednio mocnego nadproża. Po tej operacji nastąpiła część, na którą najbardziej czekałam - wyburzanie. Wiedziałam, że będziemy próbowali odzyskać cegły, bo wiążę je z pewnym sporym projektem. Zamiast więc powyrzucać cały ten gruz i brud - my pieczołowicie oczyszczaliśmy każdą cegłę z warstwy starej zaprawy, po czym poukładaliśmy na palecie. Na pewno zostanie wykorzystana - pytanie tylko jeszcze: w jakiej postaci.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa część tych cegieł trafi na fragment elewacji - a konkretnie na nasz nowy wiatrołap, który stanął w miejscu starego. Dla jasności: stary wiatrołap nie został zniszczony, tylko trafił do muzeum, które z radością go przyjęło, a my z radością podarowaliśmy. Nie chcieliśmy niszczyć kawałka historii tego domu, ale niestety nie pasował nam do koncepcji :)



DREWNO. Przede wszystkim deski z podłóg, których jest całe mnóstwo. Plan jest taki, że staną się wypełnieniem naszych drewnianych drzwi. Z pewnością też nie zabraknie ich na jakiś jeszcze dodatkowy projekt DIY. Łaty, które stanowiły element konstrukcji starego dachu, a które teraz piętrzą się w "ogrodzie" - posłużyły nam do zrobienia płotu na czas budowy. W chwili obecnej udało nam się stary płot zastąpić nowym jedynie od strony sąsiada, część frontowa niestety musi poczekać na przyszły sezon. Stary płot stanowił bowiem zagrożenie - zwłaszcza dla naszego smyka, który zaczyna mieć coraz bujniejszą wyobraźnię i coraz dziwniejsze pomysły :)



DACHÓWKA. Długo, bardzo długo staliśmy przed dylematem, czy remontując dach wymieniać dachówkę na nową, czy też zostawić wiekową - ale uważaną za niezniszczalną - dachówkę "bunclówkę". Wahaliśmy się i do tej pory nie wiemy, czy decyzją, którą podjęliśmy, była słuszna. Ostatecznie stanęło na tym, że dachówka na domu została wymieniona, natomiast dachówka na budynku gospodarczym zostanie stara. Po przełożeniu dachu na stodole okaże się, ile nam jej zostało i prawdopodobnie resztę będziemy chcieli sprzedać. Szczerze mówiąc, żal nam było bardzo tej dachówki, ale przeważyły względy ekonomiczne: kupno nowej dachówki i jej ułożenie na dachu były tańszą opcją, niż gdybyśmy chcieli wykorzystać stare poszycie. To nie miało sensu i kłóciło się ze zdrowym rozsądkiem. Stara dachówka pozostanie więc jedynie na stodole i... w naszej pamięci :)



STARE NACZYNIA, DONICE, GARNKI. Jasnym jest, że dom, który remontujemy, był kiedyś domem zamieszkałym przez kogoś innego. Tak się złożyło, że ten ktoś musiał w czymś gotować, na czymś jeść i generalnie jakoś funkcjonować. Pierwszą rzeczą więc, jaką zrobiliśmy przed rozpoczęciem remontu, była selekcja: te rzeczy, które były naprawdę stare i zniszczone, zostały od razu wyrzucone. Są też takie, z którymi jeszcze nie wiem, co zrobić, więc na razie czekają, aż mnie olśni. Jest jednak kilka perełek, których wyrzucać żal, więc prawdopodobnie zostaną z nami, reszta powędruje w inne ręce. Definitywnie nie oddam za to starych glinianych donic, kamionkowych naczyń, dużych słojów - jeśli nie do użytku zgodnego z przeznaczeniem, z pewnością wykorzystam je do celów dekoracyjnych.



Stary dom to olbrzymie wyzwanie. Skrywa wiele niespodzianek i co rusz zaskakuje. Nie inaczej jest i w naszym przypadku. Ten sezon rozpoczęliśmy z wieloma niewiadomymi, a kończymy bogatsi o nowe decyzje i plany.

W tym roku już zamknęliśmy za sobą drzwi naszego starego domu. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu mojego męża i innych osób, udało nam się zrobić więcej, niż planowaliśmy:
- zaczęliśmy od dachu, który był ogromną inwestycją - niestety potrzebną, by móc w ogóle myśleć o dalszych pracach. Z dachem wiązała się też wymiana komina
- stanęły ścianki działowe, wyznaczające dwie łazienki
- w miejscu starego stanął nowy wiatrołap
- wymieniliśmy płot od strony sąsiada
- stopniowo porządkujemy piwnicę, która również skrywała różne wątpliwe "skarby"
Nie wliczam tu niezliczonej ilości innych, drobnych prac, których być może nie widać na pierwszy rzut oka, ale zrobione być musiały. 



Marzy nam się, by w przyszłym sezonie wymienić okna - tylko w końcu musimy podjąć decyzję, jakie chcemy: czy ze szprosami, czy bez. Jeśli ze szprosami, to jaki miałby być ich układ? Jeśli bez szprosów, to czy okna dzielone w połowie (ze względu na duży otwór okienny) będą nam wizualnie odpowiadać? Pytania się mnożą, a pewni jesteśmy tylko koloru: interesuje nas wyłącznie dąb winchester. W tym wyborze utwierdził nas kolor drzwi, jakie tymczasowo (dzięki OLX :D) do nas trafiły, a który jest bardzo zbliżony do naszego wymarzonego wybarwienia stolarki drzwiowej i okiennej.

Plany są, marzenia są - czekamy na wiosnę!


Marta

poniedziałek, 27 listopada 2017

Muffiny z jabłkiem i kruszonką

Tak niewiele, a tak wiele znaczą:

Ciepłe promienie jesiennego słońca...
Dziecko śpiące z otwartą buzią...
Weekend spędzony w towarzystwie wspaniałych ludzi...
Muffiny z jabłkiem i kruszonką...

... a co Ciebie dziś uszczęśliwiło?
Co wywołało uśmiech na Twojej twarzy?


Nie potrzeba mi wiele, wystarczą proste radości. Rzeczy materialne cieszą tylko przez chwilę, ale prawdziwa radość życia rodzi się w Twojej głowie. Rozejrzyj się: zacznij doceniać to, co Cię otacza - uwierz mi, są tacy, którym jest na tym świecie gorzej!

Słońce muskające Twoją twarz, pocałunek bliskiej osoby, śpiew ptaków czy spacer po lesie - to rzeczy, które masz za darmo, a które traktujesz jako coś tak oczywistego, że przestałeś zwracać na nie uwagę. A jeśli miałeś naprawdę zły dzień, to ja na poprawę humoru polecam Ci muffiny z jabłkiem i kruszonką. Koniecznie w dobrym towarzystwie - a uśmiech masz gwarantowany!


Muffiny z jabłkiem i kruszonką:


Składniki:
- 2 szklanki mąki
- 2 czubate łyżeczki proszku do pieczenia
- 0,5 szklanki cukru
- szczypta soli
- szczypta cynamonu
- 2 jajka
- 1 szklanka mleka
- 0,5 szklanki oleju
- 1 jabłko
+ dodatkowo na kruszonkę:
- 45g zimnego masła
- 60g mąki
- 50g cukru
- 0,5 łyżeczki cynamonu

Wykonanie:
W jednej misce mieszamy suche składniki, w drugiej mokre (zaczynając od rozmącenia widelcem jajka). Do mokrych składników dodajemy suche i mieszamy. Nie należy tego robić zbyt dokładnie - tylko do połączenia się składników. 
W osobnej miseczce rozcieramy ze sobą składniki kruszonki - tak, by powstała kruszonka miała postać porównywalną do okruchów chleba
Napełniamy papilotki do 3/4 wysokości, posypujemy kruszonką i wstawiamy do nagrzanego piekarnika (ok. 200 stopni Celsjusza) na ok. 20 minut (do suchego patyczka).

Tak proste, a tak smaczne - nie mogą nie wyjść.

Smacznego!
Marta

wtorek, 21 listopada 2017

T-shirt yarn. I słowo o zero waste.

Zachęcona pierwszą w miarę udaną produkcją bawełnianego sznurka (możecie o tym poczytać TU) postanowiłam wziąć na warsztat materiał, który miał być tym docelowym.
Zdawałam sobie sprawę, że w czasie nauki błędy się zdarzają, i nie wszystko wychodzi za pierwszym razem tak, jak powinno. Miałam rację: w czarnej poduszce nieumiejętnie łączyłam ze sobą paski materiału - tak, że łączenie jest widoczne, choć da się je zrobić dużo dyskretniej. Przypadkowo też wyszedł mi efekt ombre, bo okazało się, że koszulki nie były równomiernie zużyte i sprane. Nauczona doświadczeniem już wiedziałam, że najlepiej korzystać z jednego kawałka/jednej partii odzieży i dopracowałam sobie system łączenia pasków materiału.



Cały wic polega bowiem na tym, że materiał, którego chciałam użyć do następnego projektu, miał pochodzić z mojej starej piżamy. Była bardzo wygodna, bawełniana, komfortowa w noszeniu i wprost ją uwielbiałam, ale zwyczajnie zużyła się. Widząc, że zarówno na koszulce, jak i spodniach samoczynnie zaczynają się robić małe dziurki - już wiedziałam, że nadszedł jej kres. Nie mogłam jej jednak tak zwyczajnie wyrzucić - nie pozwolił ma na to jej jednolity, szary kolor i świadomość, że będzie stanowiła świetny surowiec do dalszych prac.

Niestety (albo stety-sama już nie wiem) nie potrafię tak zwyczajnie czegoś wyrzucić. Zawsze patrzę na daną rzecz pod kątem jej dalszej przydatności do użycia/przetworzenia. Czy to zużyte ubranie, czy tekstylia domowe - zawsze 5 razy muszę obejrzeć daną rzecz, zanim ostatecznie zadecyduję, że ma wyglądać w kontenerze na śmieci. Ta moja postawa całkiem przypadkowo w jakiś sposób nawiązuje do filozofii zero waste, która ostatnimi czasy staje się coraz bardzie popularna. Zdarza mi się myśleć o tym, jak wiele śmieci produkujemy całkiem niepotrzebnie. Najbardziej irytują mnie produkty "wielokrotnie opakowane": np. czteropak jogurtów (zawartość oczywiście w plastikowych kubeczkach) opakowany folią, a wokół jeszcze papierowa banderola (np. z informacją o promocji). Wyobrażacie sobie: 3 opakowania dla jednego produktu! Na zakupy staram się chodzić z własną torbą i gdy zdarza mi się jej zapomnieć, to jestem zła sama na siebie, że niepotrzebnie muszę kupić reklamówkę w sklepie. Przymierzam się do uszycia sobie lekkich woreczków na warzywa i owoce, bo w moim przypadku to właśnie te małe, cieniutkie reklamówki generują największy "reklamówkowy" ruch w domu. Od dawna też uskuteczniam zakupy "z drugiej ręki": dotyczy to zarówno ubrań, jak i mebli czy akcesoriów domowych. Świetnym tego przykładem jest np. zegarek kupiony w sh (do poczytania TUTAJ) czy nasze używane krzesełko Tripp Trapp (o którym możecie poczytać TUTAJ i TUTAJ).

Tutaj jednak moja filozofia zero waste się tak jakby kończy, bo w jej myśl powinnam tylko krzesełko umyć i koniec. Ja natomiast postanowiłam je przemalować, generując tym samym śmieci - np. puszkę po farbie. W tym momencie ten skądinąd pożyteczny i jakże potrzebny ruch zaczyna rozmijać się z moim zmysłem estetycznym i przestaje nam być po drodze. Uważam, że nie powinniśmy popadać ze skrajności w skrajność, a robić to, co podpowiada nam intuicja. Każdy mały kroczek jest ważny i to, że pewne rzeczy są dla mnie oczywiste (np.własna torba na zakupy), nie znaczy jednocześnie, że zacznę się umartwiać i zostanę ortodoksyjnym eko- i vege-freakiem. W pełni utożsamiam się ze słowami Agnieszki Sadowskiej - Konczal (autorki bloga EkoLogika.edu.pl):

"Żeby wyjść ze strefy komfortu, trzeba trochę wysiłku, ale nie ma co robić z życia niekończącej się pokuty."

W punkt.



Mając w świadomości to, że mam ograniczoną ilość surowca, a ambicje zawsze duże, staram się go maksymalnie wykorzystywać. Tak było też tym razem: z całej piżamy zostały dosłownie skrawki, które ledwo zakryły dno pudełka po butach mojego syna. Z racji tego, że piżama nie była niestety bezszwowa, nie mogłam sobie jej od razu pociąć na jeden długi kawałek. Odcinałam więc po paseczku, starając się ciąć tak, by tnąc wzdłuż nitki (włókien?) uzyskiwać jak najdłuższe odcinki. Uprzedzam, że cięcie po skosie powoduje, że materiał nie chce się rolować i ostateczny efekt na robótce jest inny.



Uzyskane paski łączyłam ze sobą, tworząc ciągłą "przędzę" - bez przeszyć i bez supełków.

Zapytacie: "Jak więc łączyć ze sobą t-shirt yarn?"
Odpowiem: "Ja Wam pokażę!" :)

Myślę, że zdjęcia pokażą Wam to dużo lepiej niż słowo pisane:

1. Technika odpowiedniego łączenia pasków tkaniny rozpoczyna się już na etapie cięcia. Po odcięciu paska robimy w końcówce dziurkę (zaginając koniec paska i robiąc niewielkie nacięcie - po jego wyprostowaniu mamy prościutkie przecięcie), a następnie przycinamy jego końcówki pod kątem (ścinając rogi):



2. Następnie rozciągamy paski tkaniny, która nam się roluje, powodując powstanie bawełnianej "przędzy": 


3. Pora na łączenie: bierzemy dwa paski. Cała sztuka polega na "przeplataniu" pasków przez poszczególne dziurki. Najlepiej zobrazują to zdjęcia:


4. Pociągamy za oba paski "przędzy", zaciągamy niewidoczny supeł, ewentualnie odcinamy odstające fragmenty i prawie niewidoczne łączenie t-shirt yarn gotowe gotowe!


Ten sposób łączenia przędzy pozwolił mi uzyskać zdecydowanie lepszy efekt wizualny. Gotowy wyrób ma dużo mniej odstających elementów i wygląda zdecydowanie bardziej estetycznie. Być może nacinanie końcówek i przeplatanie pasków trwa dłużej niż inne metody łączenia, ale wygląda moim zdaniem najbardziej estetycznie. 



Nasza poduszka jest już skończona - pokażę ją kiedyś w osobnym poście. Wygląda o niebo lepiej niż prototyp. I chociaż kosztowała mnie dużo pracy, to uważam, że było warto. Cięcie tkaniny to żmudny etap i robiąc to, masz wrażenie, że końca nie widać. Efekt ostateczny wart jest jednak tego "poświęcenia", zwłaszcza, że takiej poduszki jak Ty - nie ma nikt :) 

Marta

wtorek, 7 listopada 2017

Najprostsza metamorfoza stołka, jaką widział świat :)

Najprostsza, co nie znaczy, że mniej spektakularna. Chociaż w tym przypadku "spektakularna" to zdecydowanie zbyt mocne określenie. Widoczna - o tak, to odpowiednie słowo. Chodzi o mój własnoręcznie wykonany stołek, którym tak się cieszyłam latem. Moja duma i chluba stoi jeszcze - wyobrażacie to sobie? :) Stołek jest, żyje i ma się świetnie, tylko jego kolor zaczął mnie uwierać. Zwłaszcza, że powoli zaczynam planować dekoracje świątecznie i z pewnością ich bohaterem nie będzie kolor niebieski.

Co wtedy najłatwiej zrobić: przemalować!
Na jaki kolor: to zależy, jaką farbę masz w domu :D


Zważywszy na porę roku, mroczne i pochmurne dni i szybko zapadające ciemności, jakoś naturalne wydawało mi się, że trzeba go trochę przyciemnić.

A że miałam saszetkę z próbką czarnej farby, to decyzja została podjęta bardzo szybko. Farbę bardzo mocno rozrzedziłam i pomalowałam nią stołek, który uprzednio przetarłam bardzo drobnym papierem ściernym. O dziwo, zawartość jednej malutkiej saszetki wystarczyła mi (tak, jak poprzednio) na cały stołek. 


W tej chwili jego kolor zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Pięknie komponuje się z zielenią kwiatów, ładnie kontrastuje z naturalnym drewnem w postaci drabinki i osłonki na doniczkę...  Stołek w okresie świątecznym będzie też pewnie obszarem intensywnych działań dekoratorskich... Już nie mogę się doczekać, a Wy? :)

Marta