poniedziałek, 12 listopada 2018

Nauka szycia - moje początki

Od razu zaznaczam, że wciąż tkwię w fazie "nauka szycia - faza wstępna". Progresu nie ma - a przynajmniej ja uważam, że tego, co robię, nie można jeszcze absolutnie nazwać umiejętnością szycia. Tyle tytułem wstępu :)



Szyć chciałam od zawsze. Miałam nawet kilka zrywów, że maszyna już stała na stole, ale jakoś nigdy nic z nich nie wychodziło. Pierwsza poważna próba nastąpiła, gdy oddałam jakąś starą maszynę do szycia, która poniewierała się w domu, do naprawy. Pan ją naprawił - i owszem, ale jednocześnie trochę zniechęcił i podciął skrzydła słowami "Pani i tak sobie na tej maszynie nie poradzi". No cóż - miał rację. Nie wiem, jak rozwinęłaby się sytuacja, gdyby te słowa nie padły? Być może już od roku potrafiłabym wykorzystać potencjał maszyny do szycia - a tak po kilku niepowodzeniach rzuciłam ją w kąt - to tak w przenośni, bo w znaczeniu dosłownym spakowałam ją i wyniosłam tam, skąd przybyła, czyli na strych. A konkretnie w jego najgłębsze zakamarki.


Podejście numer dwa miało miejsce, gdy o moich nieśmiałych próbach dowiedziała się babcia. Wtedy właśnie w moje ręce trafiła nieużywana już przez nią maszyna do szycia. Babcia cierpliwie mi wszystko wytłumaczyła, ja udokumentowałam sobie pewne rzeczy w formie cyfrowej (no przecież, że chodzi o przebieg nitki - to coś, czego nigdy nie potrafię ogarnąć na chłopski rozum) i z tym pożyczonym nabytkiem wróciłam do domu. Tu jednak również nie uchroniłam się przed porażką - maszyna mnie nie słuchała, wydawało mi się, że nie potrafię jej okiełznać. Znów się zniechęciłam i odłożyłam maszynę na bok. Coś jednak nie pozwalało mi się tak szybko poddać i sukcesywnie, co jakiś czas wyciągałam ją i próbowałam swoich sił. Aż pewnego dnia przyszedł przełom: usiadłam do maszyny, a ona się nie zbuntowała. To była dla mnie ogromna motywacja, że może coś jeszcze z tego mojego szycia będzie. I tak trwałabym w tym samozachwycie, gdyby nie moja wybujała ambicja. No bo skoro już "potrafię" szyć, to mogę uszyć, co tylko zechcę. No po przecież "heloł! Jestem boginią szycia i mogę przenosić świat" :D

Teoretycznie.

Stan upojenia własnymi umiejętnościami trwał do momentu, gdy postanowiłam uszyć materiałowe choinki na święta (tak, już w listopadzie :D). I wtedy okazało się, że - cholera - jednak nie potrafię szyć :D Proste linie ogarniam, ale wykonanie narożników tak, żeby nie ciągnęły materiału, to wciąż jeden z wielu elementów, których muszę się nauczyć. Wiem, że to wymaga ćwiczeń i nie od razu Kraków zbudowano, ale  ja przecież nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od czegoś trudnego: w końcu po co się uczyć na najprostszych formach, gdy można od razu spróbować czegoś skomplikowanego :) Niezależnie od osiągniętych efektów czuję jednak, że było mi to potrzebne - to dało mi zastrzyk pozytywnej energii i wiarę we własne umiejętności :) Co z tego, że nie umiem w narożniki.(i właściwie w nic innego również...) - ale już się tej maszyny nie boję i stawię jej czoła!


Na nic jednak by się zdały jedynie moje chęci, jeśli nie miałabym duchowego wsparcia z zewnątrz:
joulenka i joanka_z - to dziewczyny, które inspirowały mnie w każdej chwili zwątpienia. To ich zapał, zaangażowanie i energia płynące z prowadzonych przez nie blogów motywowały mnie, by nie ustawać w próbach i wciąż walczyć o swoje marzenia. To one wciąż podsycały moje pragnienie, by nauczyć się szyć. Mimo częstego zniechęcenia każdorazowa wizyta na ich blogach owocowała nowym postanowieniem: "Nie poddam się, w końcu nauczę się szyć!" I chyba właśnie takie sytuacje są dowodem na to, że blogi są ogromną wartością i żal by było, gdyby zniknęły. Instagram - mimo, że piękny - oraz inne media społecznościowe nigdy nie byłyby w stanie wzniecić iskry i rozpalić ognia chęci do działania. Dzięki Wam, dziewczyny, bo mimo, że nie znamy się osobiście, wniosłyście do mojego życia bardzo wiele :)

Marta

czwartek, 8 listopada 2018

Kaktusy w szkle. Powrót do przeszłości

Czasem pewne przedmioty przywodzą na myśl wspomnienia. Tym razem ani przedmiot, ani wspomnienia nie dotyczą mojej osoby, a kogoś mi bardzo bliskiego. Śmiałabym rzec: najbliższego ;) Tą osobą jest mój mąż i coś, co towarzyszyło mu przez całe dzieciństwo i młodość. Trochę to nietypowe, ale sprawa dotyczy tego magicznego szklanego terrarium w kształcie zamku, które było stanowiskiem dla kaktusów. Może to wydawać się dziwne, ale mój mąż miał zawsze pokój pełen kwiatów i dobrą do nich rękę. Do dziś pamiętam ten zastawiony parapet w jego pokoju kawalerskim. I dodać trzeba, że o te kwiaty dbał sam, a one odwdzięczały mu się cudownym wzrostem. Fakt - większość stanowiły kaktusy, ale ja nawet kaktusa byłabym w stanie uśmiercić, więc słowa uznania się należą :) Szczerze mówiąc, ja tego zamku nie kojarzę w ogóle, chociaż wszyscy mnie przekonują, że przez 10 lat naszego bycia ze sobą on niewzruszenie stał na tym parapecie pełnym kwiatów - no nie pamiętam, przysięgam (widocznie miałam inne priorytety niż ocena wystroju pokoju mojego przyszłego męża ;P)




Po jego wyprowadzce z domu rodzinnego wiele się zmieniło, pokój zyskał inną funkcję, a zamek powędrował na strych, niechciany przez nikogo. Teraz - przy okazji remontu poddasza i generalnych porządków z tym związanych - jego piękno ujrzało światło dzienne :) Teściowa dobrodusznie zaproponowała mi jego przyjęcie, z czego ja oczywiście zachwycona skwapliwie skorzystałam. Jednocześnie mojemu mężowi włączył się tryb "wspomnienia" - to cudowne, jak jeden przedmiot potrafi nas przenieść do przeszłości! Z relacji P. terrarium zostało przywiezione z Niemiec przez jego ciocię, gdy on był jeszcze dzieckiem. Zawartość stanowiły kaktusy, który pięknie rosły i cieszyły jego oczy. Towarzyszyły mu przez całe dzieciństwo i młodość i właściwie nie wiem, dlaczego wcześniej (jakieś 10 lat temu :D) nie dostrzegłam potencjału tego szklanego cuda. Na szczęście, teściowa nie pozwoliła mu wylądować w koszu na śmieci i dziś szczerze cieszy nasze oczy. Moje - bo to piękny przedmiot. Mojego męża - bo przywołuje miłe wspomnienia z dawnych lat.


Żeby więc dalej trwała ta dobra historia, postanowiłam również posadzić w nim kaktusy. Pasują tam wspaniale. I nie do wiary, że coś, co ma już co najmniej 20 lat, tak bardzo wpisuje się w obecne trendy i świetnie się prezentuje na naszym parapecie. Oby przetrwało kolejnych 20 lat i w przyszłości stanowiło jedno ze wspomnień szczęśliwego domu naszego Syna - tego sobie życzę :)

Marta

piątek, 2 listopada 2018

Synu!

Wokół Ciebie kręci się cały mój świat. Ty swoim pojawieniem się na świecie ustanowiłeś nowy porządek rzeczy, odmieniłeś priorytety, uporządkowałeś hierarchię...

Już zawsze będę żyć z niekompletnym sercem - bo ogromna jego część przypadła w udziale Tobie. Jak nikt inny rozumiem Twoje emocje - osiągnęłam poziom empatii level pro. Pewnie dlatego, że widzę, jak bardzo jesteś do mnie podobny i rozumiem, jak trudno jest introwertykowi funkcjonować w tym ekstrawertycznym świecie. Ja rozumiem jak działa genetyka, ale ze wszystkich możliwych cech akurat tej nie musiałeś odziedziczyć po mnie. Gdybym tylko mogła, obdarzyłabym Cię przebojowością, z którą dużo łatwiej iść przez życie.


Niestety - jedyne, co mogę zrobić, to pomóc Ci zbudować poczucie własnej wartości, które będzie Twoim orężem w nierównej walce ze światem, ale również z samym sobą. Jak nikt inny wiem, że każda zmiana i niewiadoma jest źródłem stresu, a wyjście ze strefy komfortu jest czasem ponad siły. Poznałam już te trudne emocje, które czasem ściskają mnie za serce i nie pozwalają na beztroskie cieszenie się życiem. Ciebie chciałabym przed tym uchronić - by było Ci lżej, łatwiej i przyjemniej, ale jedyne, co mogę zrobić, to przytulić Cie do serca i zawsze wspierać.

Synu: dziś, w dniu Twoich urodzin życzę Ci samych cudowności . Niech Ci świat będzie przyjazny: dziś i zawsze!

Kocham Cię
Mama

Co roku o tej porze...

1 listopada to taki szczególny i wyjątkowy dzień w roku, gdy chyba wszyscy na chwilę zatrzymujemy się w tym życiowym pędzie i nachodzi nas refleksja nad sensem istnienia. Tym bardziej więc cieszę się, że osoby, które kocham z całego serca, są wciąż obok mnie. 

Z roku na rok mamy coraz więcej grobów do odwiedzenia, coraz więcej zniczy do zapalenia i coraz więcej modlitw do odmówienia. Powiększa się grono Aniołów, które patrzą na nas z nieba. Niestety - z każdym rokiem będzie ich coraz więcej  - to smutne i przykre, ale prawdziwe. Każdy rok przynosi nam jakąś stratę - i często każda kolejna jest coraz bardziej dotkliwa. Nam, zostającym na Ziemi, nie pozostaje nic innego, jak uczcić ich pamięć. Niestety - dzień, który powinien być dniem zadumy, stał się kolejną okazją do zarobku. Bo tak jak wiele innych - tak i to święto dopadła komercja. Jedno, co mnie naprawdę przeraża, to jej skala: okres przygotowań zaczyna się właściwie już we wrześniu, a apogeum następuje na tydzień przed uroczystością "Wszystkich Świętych". Czego to wtedy nie można kupić: wiązanki zgodne z najnowszymi cmentarnymi trendami, znicze palące się przez miesiąc non-stop, bukiety sztucznych kwiatów w tak jaskrawych kolorach, że mogłyby służyć za odblaski... A w całym tym zamieszaniu ja: zagubiona, zdezorientowana, w pewnym momencie wysiadam z tego pociągu zwanego szaleństwem, odcinam się od wszystkiego i robię po swojemu. Bo dlaczego nie: skoro zazwyczaj preferują materiały naturalnego pochodzenia, to dlaczego miałabym w tym dniu odejść od swoich upodobań? Robię więc tak, jak uważam za stosowne, nie zważając na innych. Odkryłam to już dawno temu i trzymam się raz obranej drogi. Na grobie, na którego wygląd miałam wpływ, pojawiły się więc zaledwie 3 sztuczne kwiaty - reszta to naturalne gałązki, mech i chryzantemy. Tak niewiele, a wystarczająco - bo przecież liczy się pamięć i gest, a nie ilość wydanych banknotów, choć niektórzy widzą to zgoła inaczej...



Bo wyścig trwa po obu stronach: u kupujących przejawia się postawą pt.: "to u mnie musi być najbardziej dostojnie, z pompą i koniecznie lepiej niż u <somsiada>."
Sprzedający zaś prześcigają się w ilości plastiku w plastiku: wygląd niektórych wiązanek wręcz poraża i wciąż każe mi się zastanawiać, czy ludzie rzeczywiście za taki kicz i tandetę są w stanie zapłacić tyle pieniędzy? Najwyraźniej tak - co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe!

Nie krytykuję całkowicie sztucznych kwiatów - ale ich stężenie na polskich cmentarzach po prostu poraża: sztuczne wiązanki, sztuczne liście... (a na dodatek sztuczne uśmiech ludzi, którzy na co dzień nawet nie powiedzą Ci "Dzień dobry"). 


Sprzeciwiam się temu - i na szczęście nie jestem w tym sama :) Podobną zasadę wyznaje moja ulubiona ekipa Pracowni Florystyki: Oni inspirują mnie zawsze. Często wyszukuję sobie błahe powody, by choć na chwilę przestąpić progi tej pracowni i napawać się pięknem, którego u nich pod dostatkiem. Nawet ich florystyka funeralna robi piorunujące wrażenie. Inspirowałam się więc w tym roku mocno robiąc dekorację na grób - mam nadzieję, że mi to wybaczą :) A gdy kiedyś będę mogła sobie na to pozwolić, to z największą przyjemnością przestanę udawać, że znam się na florystyce :D i pozostawię to im, bo to prawdziwi mistrzowie w swoim fachu.




Żyjmy więc najpiękniej, jak się da! Uważam bowiem, że życie jest za krótkie, by żyć byle jak: w brzydocie, tymczasowości i bylejakości - z dużą dozą prawdopodobieństwa będziemy mieć tego wystarczająco dużo na własnych grobach po śmierci...



Marta

wtorek, 23 października 2018

Po co mi ten blog?

Wiele razy już zastanawiałam się, po co mi właściwie ten cały blog?

Korzyści materialnych żadnych mi nie przynosi.
Przy wpisach trzeba się narobić.
Przy zdjęciach jeszcze bardziej.
A składanie tego w sensowną całość to już w ogóle orka na ugorze.

Poza tym internetowy świat wymaga od blogerów coraz więcej - jeśli nie ma cię w social media, to w sieci praktycznie nie istniejesz. A to wymaga poświęcenia (znów) swojego cennego czasu. Wymaga również pewnej otwartości i wyjścia ze swojej strefy komfortu. Dla mnie - osoby raczej zamkniętej w sobie, to nie lada wyzwanie. Nie należę do osób krzyczących wszem i wobec: "Tutaj jestem! Tutaj! To ja i mój blog - patrzcie i podziwiajcie!" - to oczywiście pewne przerysowanie, ale jednak ma w sobie coś z prawdy.
Poznawanie kolejnych narzędzi, które są wręcz niezbędne do prowadzenia bloga, sprawia, że w pewnym momencie przychodzi moment zniechęcenia i pada sakramentalne pytanie: "I po co mi to wszystko?".



Gdy tak patrzę na spisy niezbędnych narzędzi do pracy dla blogera, to myślę sobie, że jestem daleko w tyle i raczej nie przeskoczę do czołówki. Bo w dzisiejszych czasach nie wystarczy tylko napisanie tekstu - o nie! To jest dopiero marny początek! Wypadałoby wpis okrasić zdjęciami, bo taki jest lepszy w odbiorze. Oczywiście zdjęcia najlepiej swoje, ewentualnie darmowe  z banku zdjęć. Jeśli chcesz napisać post inspiracyjny, to zwykła ludzka przyzwoitość, ale również przepisy prawa autorskiego nakazują, by uzyskać zgodę na publikację zdjęcia od jego twórcy. Tekst wpisu musi być oczywiście poprawny ortograficznie, interpunkcyjnie i stylistycznie, ale również napisany zgodnie z SEO - czyli zoptymalizowany pod kątem wyszukiwarek. Przyznaję, że ten jakże ważny punkt traktuję trochę po macoszemu - biję się w pierś i obiecuję poprawę. Tekst musi być również odpowiednio długi, a aktywność na blogu powinna być regularna i systematyczna - to kolejny z moich grzeszków :) Po publikacji przychodzi czas na media społecznościowe - najlepiej wszystkie możliwe :) Tymi kanałami bowiem czytelnicy "spływają" na bloga i istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostaną na dłużej. Mało tego - najlepiej, by w social media przeprowadzać płatne kampanie, które znacznie zwiększą zasięg naszego wpisu. Bo - nie oszukujmy się, Facebook rzeczywiście znacznie tnie zasięgi. Pamiętam moje początki tam - gdy moje wpisy docierały do znacznej części moich znajomych na Fb. Teraz mogę tylko o tym pomarzyć. Optymalnie, gdy należymy do różnych facebook'owych grup, w których możemy udostępnić swoje posty, co również poprawi nam statystyki. Mało tego, idealnie, gdybyśmy mieli jeszcze swój kanał na You Tube - bo ponoć filmy to przyszłość internetu - słowo pisane powoli ustępuje miejsca szybkim formom filmowym. A ja się przyznam, że nagrań nienawidzę - wolę coś przeczytać, niż słuchać i oglądać. Wyjątkiem są tutoriale - czyli kursy, które mi pokazują od A do Z jak coś zrobić. Te naprawdę i szczerze cenię.
A to tylko namiastka tego, co powinno się robić, by zaistnieć w internetowym świecie. Z przyjemnego zajęcia wypełniającego wolne chwile prowadzenie bloga staje się więc trochę przykrą powinnością. To chyba powoduje, ze blogi umierają. Tempo życia i to, że chcemy szybkiej i przystępnej informacji - nie sprzyja ich funkcjonowaniu.
Na dodatek każdy szanujący się blog powinien posiadać własną domenę - a tu już wkraczamy w pierwsze namacalne koszty związane z hobby. Tylko czy to jeszcze hobby, czy już obowiązek?

Jednak gdy patrzę na efekty "sesji zdjęciowej" z poprzedniego roku, to jednak cieszę się, że ten mój blog wciąż istnieje. Jest dla mnie ogromnym motywatorem: żaden inny argument nie jest w stanie zadziałać mocniej, niż publiczna deklaracja, że coś zrobię :) To wystarczy, bym miała wystarczająco dużo samozaparcia do zakończenia danego projektu - mimo, że chętnie bym go rzuciła w kąt i zapomniała :)
Mobilizuje mnie również do pewnej dbałości i estetyki - w końcu nasze cztery kąty, które pokazuję na blogu, to moja wizytówka. I choć nierzadko z porządkiem jesteśmy na bakier, to jednak sesje zdjęciowe skutecznie zmuszają mnie do odgruzowania przestrzeni. A jak już zacznę - to potem leci lawinowo.
A skoro już przy sesjach zdjęciowych jesteśmy, to dotarliśmy do najważniejszego punktu, zwanego samorealizacją i samodoskonaleniem. Gdy wracam do starych postów i starych sesji zdjęciowych, a potem porównuję je z tym, co udaje mi się fotograficznie osiągnąć obecnie - widzę olbrzymią różnicę.

Coraz częściej robiąc zdjęcia korzystam z trybu półautomatycznego, coraz mniej mnie satysfakcjonuje tryb manualny. Mam większe wymagania względem efektu ostatecznego i nie zadowalam się półśrodkami.Widzę własny progres. To jeszcze nie doskonałość, jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale bezustanne próby na przestrzeni lat skutkują rzeczywistym podniesieniem moich umiejętności.



Gdyby nie blog, nigdy nie udałoby mi się tego osiągnąć - bo i po co. Konieczność wykonywania zdjęć do postów budzi we mnie jednak potrzebę zrobienia tego jak najlepiej - w sposób najbardziej estetyczny, na jaki w danym momencie mnie stać. Wyzwala również kreatywność - by z dostępnych mi rzeczy stworzyć ciekawe tło i aranżację do fotografii.

Gdyby nie blog, to czekałabym...no właśnie - nawet nie wiem na co. Blog jest moją odskocznią, moim światem, do którego nikt inny nie ma wstępu. Moim azylem, moim sensem fotografowania. Bo musicie wiedzieć, że bardzo lubię robić zdjęcia - ale rzeczom, nie ludziom. Pewnie wynika to z mojej introwertycznej natury - ciężko mi przekazać swoją wizję komuś, kto ma inne poczucie estetyki niż ja. Łatwiej mi fotografować produkty, do których nie muszę mówić, które mogę przestawiać w nieskończoność, które się nie niecierpliwią, gdy poprawiam po raz setny ułożenie, bo to obecne wciąż wydaje mi się nieidealne. Rozmowa mnie dekoncentruje i nie potrafię skupić się na osiągnięciu zamierzonego efektu.

To, co widzicie dzisiaj, to efekty sesji wykonanej w lipcu 2017 roku. Tylko rok, a sama sobie postawiłam poprzeczkę wysoko i dziś miałam ogromny problem z wyborem zdjęć, które by spełniały oczekiwania. To, co widzicie, to mój kompromis z samą sobą :D Zaledwie rok, a widzę prawdziwy postęp. I cieszę się z tego, bo to oznacza, że wolne chwile spędzam na czymś więcej niż scrollowaniu Facebooka - czyli nie jest ze mną jeszcze aż tak źle :) Progres jest - tylko czy ja będę umiała to w jakiś sensowny sposób wykorzystać?...


Marta

sobota, 13 października 2018

Brownie z... fasoli

Przyznam, że idea ciast pieczonych z niekonwencjonalnych składników nie jest dla mnie ani nowa, ani zaskakująca, ani zniechęcająca. Nie ukrywam - chętnie eksperymentuję, jeśli uważam, że efekt może być tego wart. W tym przypadku również miałam taką nadzieję, tym bardziej, że nie było to moje pierwsze cukiernicze starcie z czerwoną fasolą. 

Swoje pierwsze ciasto - z czerwonej fasoli właśnie - upiekłam będąc w ciąży i stojąc przed obliczem zagrażającej mi cukrzycy ciążowej. A miałam wtedy taką ogromną ochotę na coś słodkiego! Ostatecznie wertując internet wzdłuż i wszerz dokopałam się do jakiegoś przepisu, który obiecywał, że w takim przypadku jak mój - to ciasto będzie jak znalazł. I faktycznie: fizycznie moje ciało nie odnotowało żadnych zaburzeń, za to psychika odżyła wraz ze świadomością, że jednak nie wszystko jest zabronione :) Bo muszę przyznać, że ciasto było całkiem w porządku i nikt nawet nie zorientował się, z czego jest zrobione. Czyli że OK.


Tym chętniej więc postanowiłam wypróbować przepis na brownie z fasoli, który znalazłam u Mrs.PolkaDot. Ciacho wyglądało mega apetycznie, a pozytywne opinie o nim tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto je upiec. Zgromadziłam więc składniki, wymęczyłam to ciasto i co? Ano trochę rozczarowanie: ciasto w czasie pieczenia pachnie fajnie - w przybliżeniu jak klasyczne ciasto czekoladowe. Niestety lekka konsternacja nastąpiła u mnie po pierwszym kęsie, kiedy to - wbrew obietnicom - wyczułam smak, a co gorsza zapach - fasoli, choć jej woń miała być niewyczuwalna. Tyle osób chwalących ten przepis nie mogło się jednak mylić - postanowiłam więc się nie zrażać. Pomyślałam, że dodatek masła orzechowego może trochę poprawić odbiór wypieku i powiem Wam, że rzeczywiście! Masło orzechowe spowodowało, że smak fasoli został przygłuszony i z przyjemnością zjadłam cały kawałek ciasta, a potem jeszcze dokładkę. Niestety, masło orzechowe ma to do siebie, że powoduje u mnie bóle brzucha, więc w moim przypadku nie jest to rozwiązanie idealne. Niemniej jednak połączenie tego udawanego brownie z masłem orzechowym okazało się być całkiem smaczne. 


Wobec tego ciasta mam więc odczucia ambiwalentne: zdaję sobie sprawę, że jest fajną alternatywą dla klasycznego, niezbyt zdrowego i pożywnego brownie, ale jednak jak dla mnie za bardzo wyczuwalna jest fasola. Ponadto, niezbyt dobrze się czuję po jego zjedzeniu. Ale kto wie, być może dla Was ta propozycja byłaby kulinarnym strzałem w dziesiątkę? Pamiętajcie, że smak jest zmysłem baaardzo subiektywnym i to, że coś mi nie smakuje, nie oznacza, że nie posmakuje Wam :) Zawsze warto się przekonać na własnej skórze :)


Gdyby ktoś chciał spróbować - podaję przepis:

Brownie z fasoli 

(na formę o wymiarach 20x30cm lub odrobinę większą)

- 2 puszki czerwonej fasoli
- 40dkg daktyli
- 4 jajka
- 5 łyżek gorzkiego kakao
- 2 łyżki masła orzechowego (arachidowe, migdałowe lub z nerkowców, ostatecznie nada się też olej kokosowy lub masło)
- 100g orzechów
- szczypta soli
- opcjonalnie: łyżeczka ekstraktu z wanilii

Przygotowanie:

- daktyle umieścić w misce i zalać wrzątkiem. Odstawić na 15 minut, by zmiękły
- fasolę odcedzić i opłukać
- nagrzać piekarnik do 180 stopni Celsjusza
- w misce umieścić: fasolę, odcedzone z wrzątku daktyle (niezbyt dokładnie - dobrze by było, gdyby jeszcze lekko ociekały wodą), jajka, kakao, masło orzechowe, wanilię i sól i zmiksować blenderem na gładką(!) masę (uwaga, masa będzie gęsta, więc i blendowanie potrwa chwilę)
- gdy masa będzie już gładka, wsypać do niej orzechy, wymieszać i przełożyć do formy (wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej delikatnie masłem i oprószonej kakao)
- piec 20 minut
- dla mnie niezbędnym elementem jest warstwa kremu orzechowego, który nakładamy na kawałek ciasta bezpośrednio przed zjedzeniem

Tym, którzy się skusili - smacznego :)
Marta

środa, 10 października 2018

Październik w kolorze wrzosów

Rzadko mi się to zdarza - a prawdę mówiąc zdarzyło mi się teraz po raz pierwszy: że potrzeba wprowadzenia odrobiny koloru w domu naszła mnie jesienią, a nie wiosną. Dziwne to i nienormalne, ale podążyłam za tą wizją. Zmiany nie są wielkie ani spektakularne. Nie kosztowały mnie też ani grosza. Istotą moich wnętrzarskich modyfikacji jest umiejętne żonglowanie tym, co już posiadam. Wyciągnęłam więc delikatne, wrzosowe zasłony i właśnie one filtrują teraz pięknie jesienne słońce wpadające przez okno. Nie byłabym sobą, gdybym znowu czegoś nie ukręciła własnymi rękami: żeby w jakiś sposób nawiązać do tego niecodziennego dla mnie koloru, postanowiłam zrobić wiszący koszyczek na mojego patyczaka, który ma coraz dłuższe odnogi. Do tej pory stał sobie spokojnie na parapecie, ale mając na uwadze tempo jego wzrostu obawiam się, że już niedługo jego pędy sięgałyby do grzejnika - co, zważywszy na rozpoczynający się sezon grzewczy, raczej nie byłoby dla niego korzystne. 


W ruch poszła papierowa wiklina i próbki farb, które miałam w domu. Ten pomysł jest też poniekąd podyktowany chęcią zmniejszenia ilości niepotrzebnych czasopism. Postanowiłam skręcić z nich rurki i w ten sposób wykorzystać zalegające magazyny - żal mi je było wyrzucić, ale nie są mi już potrzebne. 
Z uzyskanych tą drogą papierowych rurek uplotłam najprostszą możliwą osłonkę na doniczkę. Planowałam ową osłonkę zawiesić na cienkim, skórzanym pasku, ale ten plan legł w gruzach, gdy pod wpływem ciężaru cała osłonka/koszyczek zaczęła się rozjeżdżać. Ostatecznie więc skończyło się na naturalnym sznurku. Całość wisi w oknie, na zawieszonej w jego świetle gałęzi. Stanowi jednocześnie ozdobę, jak i niewielką barierę dla wścibskich oczu sąsiadów. No i - co równie ważne - manewr ten spowodował zwolnienie przestrzeni na parapecie, a to pozwoli na legalne przeniesienie do domu kolejnej roślinki... ;)


Upleciony element pomalowałam najpierw czarną bejcą, a następnie (suchym pędzlem) potraktowałam farbą, którą sama wymieszałam. Połączyłam trochę próbki w kolorze "lilac" z odrobiną farby  w odcieniu grafitowym. Wiedziałam bowiem, że żaden gotowy kolor nie będzie odpowiadał moim wyobrażeniem - bo ja chciałam uzyskać przydymiony fioleto-róż :) Udało się - kolor wyszedł dokładnie taki, jak chciałam. Jest blady, nie do końca określony i świetnie wpasował się w ogólną (chwilową, oczywiście!) koncepcję kolorystyczną pomieszczenia.
Założyłam sobie, że wytrwam w tym kolorze do świąt - choć nie jest to takie oczywiste, bo kolory szybko mnie męczą. Niemniej jednak do świąt nie pozostało aż tak dużo czasu i być może nawet wytrzymam... W kolejce do zrobienia jest jeszcze taca, która również ma powstać z papierowej wikliny. Chciałabym bowiem, aby ten kolor pojawił się też jako akcent w innym miejscu pokoju, nie tylko w oknie :)


Tym sposobem, nie ponosząc żadnych, absolutnie żadnych kosztów, udało mi się delikatnie odmienić nasze cztery kąty. Ja jestem usatysfakcjonowana, mój portfel również :) Niech to będzie dowód, że zmiana aranżacji nie musi kosztować majątku - wprost przeciwnie! Dekorowanie domu może być doskonałym sposobem na ćwiczenie kreatywności i rozwijanie wyobraźni. 

No i lubię to, po prostu :)
Marta