wtorek, 7 listopada 2017

Najprostsza metamorfoza stołka, jaką widział świat :)

Najprostsza, co nie znaczy, że mniej spektakularna. Chociaż w tym przypadku "spektakularna" to zdecydowanie zbyt mocne określenie. Widoczna - o tak, to odpowiednie słowo. Chodzi o mój własnoręcznie wykonany stołek, którym tak się cieszyłam latem. Moja duma i chluba stoi jeszcze - wyobrażacie to sobie? :) Stołek jest, żyje i ma się świetnie, tylko jego kolor zaczął mnie uwierać. Zwłaszcza, że powoli zaczynam planować dekoracje świątecznie i z pewnością ich bohaterem nie będzie kolor niebieski.

Co wtedy najłatwiej zrobić: przemalować!
Na jaki kolor: to zależy, jaką farbę masz w domu :D


Zważywszy na porę roku, mroczne i pochmurne dni i szybko zapadające ciemności, jakoś naturalne wydawało mi się, że trzeba go trochę przyciemnić.

A że miałam saszetkę z próbką czarnej farby, to decyzja została podjęta bardzo szybko. Farbę bardzo mocno rozrzedziłam i pomalowałam nią stołek, który uprzednio przetarłam bardzo drobnym papierem ściernym. O dziwo, zawartość jednej malutkiej saszetki wystarczyła mi (tak, jak poprzednio) na cały stołek. 


W tej chwili jego kolor zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Pięknie komponuje się z zielenią kwiatów, ładnie kontrastuje z naturalnym drewnem w postaci drabinki i osłonki na doniczkę...  Stołek w okresie świątecznym będzie też pewnie obszarem intensywnych działań dekoratorskich... Już nie mogę się doczekać, a Wy? :)

Marta

poniedziałek, 23 października 2017

Jesienny bukiet DIY - uda się każdemu!

Uwielbiam kwiaty. W tym roku po raz pierwszy przez całą wiosnę i lato nasz wazon wypełniony był kwitnącymi gałązkami i kwiatami. Muszę przyznać, że wyglądało to fenomenalnie! Wiem też, że to właśnie ich będzie mi zimą bardzo brakować. Fakt - kwiaty można kupić, ale jakoś nie pociąga mnie myśl, żeby wydawać pieniądze na coś, co zaraz zwiędnie - tylko dla własnego widzimisię. Jeśli już mam coś kupować, to wolę rośliny doniczkowe, które przynajmniej mają szansę na dłuższy żywot. Nie zmienia to faktu, że kwiaty są dobre na każdą okazję: na urodziny, imieniny, przeprosiny, zaręczyny... na narodziny dziecka i pogrzeb, na powitanie i pożegnanie - po prostu zawsze! 


Traf chciał, że w październiku urodziny obchodziła moja babcia. Nie byle jakie - bo już osiemdziesiąte. Wyjątkowy wiek wymagał wyjątkowej oprawy i wręcz nie wypadało pojawić się bez wiązanki. Postanowiłam więc zmierzyć się z tym wyzwaniem i w mojej głowie zakiełkowała myśl, by samodzielnie zrobić bukiet. Korzystając z pory roku i dobrodziejstw ogrodu powstał bukiet, który jeszcze długo będzie ozdobą - na czym mi najbardziej zależało. Chciałam, by jak najdłużej zdobił - nie szpecił. Wykorzystałam więc rośliny, które uroczo się starzeją: kwiaty hortensji, rozchodnika, zasuszony wrotycz - wszystko na modłę wiejsko-rustykalną owinięte jutowym sznurkiem. 


Bukiecik stanowił świetny komplet z prezentem zapakowanym w szary papier, zwieńczonym sznurkiem, z wetkniętym kwiatem hortensji. Ten jesienny bukiet nie mógł się nie udać - duże kwiaty hortensji stanowiły jego bazę, którą wystarczyło tylko uzupełnić. Wyglądał prosto, ale w rzeczywistości był bogaty - bo po brzegi napakowany miłością i szacunkiem do obdarowanej osoby.

Pozdrawiam ciepło,
Marta

niedziela, 8 października 2017

Szydełkowa poduszka z t-shirt yarn (DIY)

W taki dzień jak dziś, gdy nawet czubka nosa nie chce się wyściubić na dwór, nie pozostaje nic innego, jak zakopać się pod kocem i upić herbatą. Nie da się ukryć - jesień rozpanoszyła się na dobre. odebrała nam piękne, słoneczne dni, dając w zamian aurę kapryśną i chłodną. Człowiek marzy tylko o tym, by wrócić do domu. A tam... No właśnie, co czeka na Was po powrocie z jesiennego spaceru? 


Bo na mnie czekają poduszki. Cała góra poduszek...
Jestem od nich uzależniona - muszę to przyznać. Wszędzie widzę poduszki, lub materiał na nie. Ich ilość w naszym domu rośnie w tempie zastraszającym, szerzy się jak jakaś zaraza. Pocieszam się jednak, że bywają gorsze nałogi, a minimalistką i tak nigdy nie zostanę. Bo choć uwielbiam ład i porządek wokół siebie, to jednak nie lubię, gdy wnętrze nie jest przytulne i wieje w nim "chłodem". Ja kocham tkaniny - za to, jak potrafią odmienić każdy kąt i sprawić, by zawsze chciało się do niego wracać. Nie dla mnie ascetyczny narożnik z jedną poduszką, bez przytulnych pledów i koca "pod ręką". Nie dla mnie okna bez zasłon - choćby tych najdelikatniejszych i eterycznych.
Nie mam już na te moje poduszki miejsca - to też muszę przyznać, ale nie potrafię z tym walczyć.Wciąż więc ich przybywa, a ja nieustannie wymyślam nowe. Co rusz przychodzą mi do głowy pomysły na kolejne egzemplarze, a ja nie potrafię im się oprzeć. Nikt z domowników już nawet nie pyta, co nowego robię, bo odpowiedź jest nader oczywista.

Najnowszym przychówkiem w tym całym stadzie jest szydełkowa poduszka zrobiona z bawełnianej, mięsistej włóczki. To prototyp, z którego nie jestem do końca zadowolona - ale taka próba była potrzebna, by w przyszłości ustrzec się popełnionych błędów. 
Dzięki niej wiem, jak zachowuje się materiał. Nauczyłam się też, jak łączyć poszczególne kawałki włóczki, by łączenie było jak najmniej widoczne. Dowiedziałam się, jaka jest wydajność takiej włóczki. To daje mi solidne podstawy i być może sprawi, że następny egzemplarz będzie dużo, dużo ładniejszy - mimo, iż zrobienie tej poduszki było czasochłonne, czuję, że powstaną następne :)


SKRÓCONA INSTRUKCJA WYKONANIA SZYDEŁKOWEJ PODUSZKI Z T-SHIRT YARN (DIY)

Do zrobienia tej poduszki użyłam bawełnianej, własnoręcznie robionej włóczki (tzw. t-shirt yarn, o której pisałam TU) przy użyciu szydełka 10mm. Podstawą było zwykłe kółko, na które przepis znalazłam tu. Trochę zmodyfikowałam początek robótki, robiąc magic ring zamiast początkowych 4 oczek łańcuszka. Sama robótka jest prosta, bo opanować trzeba jedynie umiejętność robienia słupków na szydełku. Dzięki mięsistej włóczce, robótki szybko przybywa, ale jednocześnie włóczki  ubywa w tempie ekspresowym - miejcie to na uwadze :) Trzeba jej sporo, by skończyć projekt. Z tego też powodu tył mojej poduszki jest gładki i wykonany z materiału, który pozyskałam ze zbyt krótkiej dla mnie bluzy dresowej - wszak nic się nie może zmarnować :) Całkiem przypadkiem na poduszce wyszedł mi lekki efekt ombre - a to za sprawą nierównomiernie spranych t-shirtów. Jeśli więc zależy wam na jednakowej kolorystyce, to niestety macie dwa wyjścia: albo kupujecie gotową włóczką (która też nie gwarantuje jednolitego wybarwienia), albo farbujecie białe t-shirty w potrzebnej Wam ilości.

Zachęceni? Spróbujecie swoich sił ? :)
Marta

środa, 4 października 2017

DOMOWE POTYCZKI #2: Stary człowiek w starym domu

Stary dom to wyzwanie. To niekończące się pasmo wyrzeczeń i kompromisów. To też finansowa studnia bez dna. Odczuwamy to za każdym razem, gdy podejmujemy pracę na naszej budowie. Szczęście, że sezon budowlany się kończy, bo zdecydowanie potrzebujemy oddechu. Godzenie pracy z remontem dało nam w tym roku w kość. Za chwilę nadejdzie zima. Na kilka miesięcy zamkniemy więc za sobą drzwi naszej budowy, by powrócić wiosną - z nowymi siłami, energią i entuzjazmem. Cieszymy się zarówno z wizji odpoczynku, jak i z tego, co udało nam się zrealizować. A udało się dużo.


Jednak nie osiągnęlibyśmy tego wszystkiego bez pomocy rodziny i znajomych. Nie stalibyśmy w tym miejscu, w którym stoimy, gdyby nie Ci ludzie, którzy wyciągnęli do nas pomocną dłoń. I choć każdy z nich zasługuje na uznanie i słowo podziękowania, to jednak szczególne uściski należą się mojemu dziadkowi.
Wyobraźcie sobie siebie w wieku lat 80. Co widzicie? Osobę schorowaną, powłóczącą nogami, bez sił i ochoty do życia? A ja nie: ja mam przed oczami mojego dziadka, który swoją sprawnością fizyczną przewyższa niejedną młodą osobę. To człowiek, którego jest wszędzie pełno, który nie może usiedzieć w miejscu, którego zawsze gna do pracy, który angażuje się we wszystko na 100% - tak, jak w przypadku naszej budowy.
Zaczęło się niewinnie - dziadek miał tylko pomóc przy jakiejś drobnostce. Skończyło się cosobotnią pracą przez praktycznie cały sezon. Dziadka musieliśmy wręcz wyganiać do domu, bo on uważał, że "jeszcze przecież trzeba to zrobić..." - jakby ta praca nie mogła poczekać do następnej soboty.
Dzięki niemu wiele prac posunęło się do przodu. Często robił to, czego nikt inny nie chciał się podjąć - w myśl zasady, że co trzeba zrobić, to trzeba zrobić, bo samo się nie zrobi. Dziadek włożył w naszą budowę mnóstwo pracy i serca.


Nie da się ukryć, że dziadek młody nie jest. W kwiecie wieku - to określenie też nie bardzo na miejscu. W podeszłym wieku - tak to powinno być ujęte, ale jakoś zdecydowanie lepiej brzmi: "stary człowiek w starym domu", niż "człowiek w podeszłym wieku w starym domu", nie sądzicie? :) Mimo, że słowo "stary" ma zabarwienie pejoratywne, to jednak jest dosadne, treściwe i w pełni ukazuje dysonans pomiędzy wiekiem a podejściem do życia mojego dziadka. Bo stary to on jest tylko ciałem, ale na pewno nie duchem!

Mam nadzieję, że za rok o tej porze będzie nam dane znów mu dziękować za to, ze jest naszym cichym bohaterem. Bo choć on prawdopodobnie nigdy tego nie przeczyta, to jestem mu niezmiernie i dozgonnie wdzięczna za wszystko, co dla nas zrobił. Dziękuję dziadku! 

Marta

środa, 27 września 2017

Co wynika z jesiennych porządków w szafie? T-shirt yarn (DIY)

Tak jak wiosną, tak i jesienią, nachodzi mnie ochota na odświeżanie swojej garderoby. Nie wiem, czy to syndrom przygotowywania się do zimy - ale faktem jest, że od kilku dni sukcesywnie przerzedzam zawartość swoich półek. O ile wiosną dosłownie odświeżam garderobę i doprowadzam ją do stanu używalności na najbliższe miesiące (pisałam o tym tu), o tyle teraz pozbywam się tego, co już niechciane. W odstawkę poszły przede wszystkim stare mężowskie T-shirty - zbyt sprane, pokręcone i zużyte, by je reanimować. 



Byłam bezlitosna dla tych części garderoby, które już od dwóch lat leżą i zajmują cenne miejsce. Nie noszę - pozbywam się. Nie mogłam jednak przejść obojętnie obok  zużytych ubrań, które stanowiły świetny surowiec do dalszego przerobu. Nie wiecie, co mam na myśli? Już tłumaczę:

Od jakiegoś czasu furorę robi gruba włóczka. Nie ma jednej nazwy na nią - funkcjonuje pod pojęciami: Zpagetti, T-shirt yarn, TARN, włóczka bawełniana...  Teoretycznie gotowe motki takiej przędzy bawełnianej są dostępne w sprzedaży i pochodzą z recyklingu. Nie da się ukryć: są piękne i wygodnie się nimi pracuje... i oczywiście są horrendalnie drogie. Subiektywnie oczywiście. Bo może dla kogoś wydatek rzędu 30zł to niedużo, ale włóczka ta zazwyczaj służy do tworzenia większych projektów typu dywany, torby, pufy, kosze do przechowywania itd. W takiej perspektywie koszty rosną i niejednokrotnie przerastają wartość gotowego, nowego produktu, co trochę mija się z ideą recyklingu.

Ale...

jest też dobra wiadomość: taką włóczkę można zrobić samodzielnie i właśnie porządki w szafie są ku temu świetną okazją! Przyznaj, ile takich znoszonych t-shirtów zalega w Twojej szafie z czystego sentymentu, choć wiesz, że już nigdy ich nie założysz? Moment, w którym zdajesz sobie sprawę z tego, że swoje ubrania możesz przetworzyć, by dalej Ci służyły pod inną postacią, znacznie ułatwia podjęcie decyzji o pozbyciu się tego elementu z szafy.


T-shirt yarn (TARN, włóczka bawełniana, Zpaghetti) 

najlepiej wychodzi z koszulek, które nie mają bocznych szwów. Wtedy z jednej koszulki udaje się uzyskać jeden długi sznur. Teoretycznie z jednej koszulki wykorzystuje się materiał od dolnego szwu aż do linii pach. Taką tubę rozcinamy na paski (w zależności od pożądanej grubości włóczki) od 1 do 3-4 cm. Wiadomo - im węższy pasek, tym cieńsza włóczka. W praktyce, jeśli trafi nam się koszulka z nadrukiem i bocznymi szwami - nie załamujemy rąk, bo i na to jest rozwiązanie, które pokażę Wam w następnym poście :) Uzyskany pasek (lub paski) materiału ciągniemy za przeciwległe brzegi, starając się rozciągnąć materiał, co powoduje jego rolowanie. Za surowiec do domowej produkcji t-shirt yarn może nam posłużyć właściwie dowolny materiał - z tą różnicą, że w zależności od składu surowcowego jeden się będzie pięknie rolował, a inny nie. Wszystko zależy od tego, do jakiego projektu będziecie chcieli wykorzystać taką domową przędzę. Ja materiał z dwóch pierwszych koszulek wykorzystałam na zrobienie poduszki. Jaki jest tego efekt? Zobaczycie już niebawem! :)


Marta

wtorek, 26 września 2017

Moje kulinarne odkrycie tej jesieni: chowder kukurydziany

"Co to u licha jest?" - myślisz w pierwszym odruchu. Nie martw się - nie jesteś sam. Nawet teraz, gdybym miała przytoczyć definicję tej zupy - nadal bym nie wiedziała. Wiem za to, że jest smaczna, pożywna, rozgrzewająca, szybka w przygotowaniu i pewnie jeszcze nie raz zagości na moim stole tej jesieni. Paradoksalnie - mimo, że w założeniu jest wegańska - jest jednocześnie tak sycąca, że w żadnym wypadku po jej zjedzeniu nie odczujesz braku mięsa.



Choć na co dzień w naszym domu królują dania z dodatkiem mięsa, to czasem zapuszczam się w nieznane mi rejony świata wegańskiego, który obfituje w warzywa i owoce, a których często mam niedosyt po klasycznym obiedzie. Szukam wtedy pomysłów, jak wzbogacić naszą kuchnię, by skutecznie przemycić do jadłospisu więcej warzyw. I choć nie grozi mi rezygnacja z mięsa i produktów zwierzęcych, to jednak dużo częściej niż kiedyś zdarza mi się z niego rezygnować - nie tyle ze względów światopoglądowych, co w poszukiwaniu nowych smaków. Daleko mi do ortodoksji: mięso sama lubię i za jego jedzenie nikogo nie będę potępiać. Tak ten świat jest stworzony, że ludzie mięso jedli, jedzą i jeść będą. Amen.



Nie stronię jednak od ciekawych propozycji wegańskich i wegetariańskich. Lubię zatopić się w ciekawych przepisach i w myślach wyobrażać sobie, jak taka potrawy w rzeczywistości mogłaby smakować. Lubię przeglądać kolejne propozycje, by z zaskoczeniem odkrywać nowe połączenia produktów, które by mi nawet nie przyszły do głowy. Te kulinarne podróże prowadzą mnie jednak ostatecznie zazwyczaj do jednego miejsca w sieci: do Jadłonomii. Po krótkim namyśle z zaskoczeniem stwierdzam, ze już niezliczone ilości razy korzystałam z przepisów tam zawartych - i dzisiejszy wybór to również propozycja z ogromnego zbioru tamtejszych recept. 


Chowder kukurydziany
(składniki na 4 - 5 porcji)


- 2 kolby kukurydzy
- ½ małego kalafiora
- 1 młody por
- 5 suszonych pomidorów z oleju
- 2 liście laurowe
- 1 ziele angielskie
- ¼ łyżeczki chili
- ¼ łyżeczki wędzonej papryki
- kilka łyżek oleju z pomidorów

- 1 pęczek szczypiorku z cebulkami
- 1 litr mleka roślinnego niesłodzonego (ja użyłam zwykłego, krowiego)
- 1 szklanka bulionu warzywnego
- spora szczypta świeżo startej gałki muszkatałowej
- sól i czarny pieprz


Przygotowanie:
Każdą kolbę kukurydzy oskrobać z nasion przy pomocy ostrego noża, suszone pomidory posiekać w kostkę, kalafiora pokroić na bardzo małe różyczki, a pora w talarki. Na dnie dużego garnka rozgrzać kilka łyżek oleju z suszonych pomidorów, dodać tam pokrojone warzywa razem ze wszystkimi przyprawami poza gałką. Dusić na oleju przez 10 minut co jakiś czas mieszając.
W międzyczasie posiekać szczypior razem z cebulkami. Do podduszonych warzyw wlać mleko i gotować na małym ogniu przez około 15 – 20 minut do czasu, aż kalafior będzie miękki.
Jeśli gotowa zupa jest za gęsta, wlać bulion w całości lub tylko część. Doprawić szczyptą świeżo startej gałki, dodać sól i czarny pieprz do smaku, wsypać ¾ posiekanego szczypioru i dokładnie zamieszać. Podawać z łyżką świeżego szczypioru i ulubionym pieczywem.


Spróbujecie? :)
Marta

wtorek, 19 września 2017

Dekoracje niskobudżetowe - beton cz. 3 - mini doniczka (DIY)

To pomysł stary jak świat. Oklepany strasznie, znany w całej blogosferze, nudny i mało odkrywczy. Nawet u mnie już kiedyś zaistniał. Ale to była pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, gdy na budowie rzucono hasło: "To co, resztkę zaprawy możemy chyba wyrzucić, co?"

Chyba tylko mojego męża nie zdziwiło, gdy ochoczo zaproponowałam, że ja się tym zajmę, a później jeszcze na ochotnika umyję wszystkie brudne narzędzia :) Tylko on wyczytał z mojego wzroku, co mi siedzi w głowie. On już wiedział, że coś się dzieje :)


No powiedzcie sami - dla miłośnika betonu wyrzucenie gotowej zaprawy, która aż się prosi, by coś z niej zrobić - byłoby prawdziwym grzechem. Tyle tylko, że ja nie byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nagle przyszło otrzeźwienie: przecież ja nawet nie mam żadnej formy...

W popłochu zaczęłam szukać czegoś, co by mogło spełnić tę funkcję. I znalazłam: plastikowe kubki - takie same jak te, od których zaczynałam kiedyś swoją przygodę z betonem (o, tu). Nie miałam zbyt wiele czasu, więc niewiele myśląc wypełniłam je mieszanką do 3/4 wysokości, włożyłam do środka drugi kubek, obciążyłam kamieniami i... zapomniałam na kilka dni.


Przy okazji następnej wizyty na budowie oczom moim ukazały się suche już elementy, które wystarczyło uwolnić od plastikowych form. I tu przechodzimy do niezbyt miłej konkluzji: beton mnie chyba nie lubi. Chociaż ja jego bardzo! Z trzech form udało mi się uzyskać zaledwie jedną - i doprawdy nie wiem, co jest  tego powodem. Pierwsze moje próby z betonem też nie były udane - ale wydawało mi się, że znalazłam tego przyczynę. Następne projekty - doniczka i podstawa stroika - to pierwsze zakończone pełnym sukcesem próby. Myślałam, że ujarzmiłam bestię - a teraz znów klops!

Na pocieszenie została mi jedna mini doniczka wypełniona małymi, ale wdzięcznymi sukulentami. Zostawię ją sobie na pamiątkę tego (kolejnego) niepowodzenia :)

Marta