środa, 2 stycznia 2019

Zeszłoroczny projekt, z którego jestem najbardziej zadowolona - małe podsumowanie rękodzielniczego roku. Plany na 2019.

Długo mnie nie było. Wiem, zdaję sobie z tego sprawę. Blogerka ze mnie marna, ale stawiam przede wszystkim obowiązki offline ponad te wirtualne. A poza tym blog to przecież nie obowiązek, prawda? :) Chyba pierwszy raz od czasu istnienia bloga nie złożyłam Wam życzeń świątecznych ani noworocznych, ale jednak czas mnie pokonał. W tym gorącym grudniowym okresie zdecydowanie Instagram wygrał nad blogiem. 


I tak, czas to coś, czego bym sobie i Wam życzyła w Nowym Roku - poza zdrowiem, oczywiście! Czas to w tej chwili towar wysokiej rangi, produkt deficytowy - coś, czego każdemu w dzisiejszych czasach brakuje. Paradoks naszych czasów polega na tym, że nawet stosunkowo małe dzieci odczuwają jego pęd - mimo, że przecież są tylko dziećmi. Czas - jego brak dobitnie odczuwałam w grudniu, a przecież powinien to być okres spokoju, uważnego przygotowania się do świąt, zwolnienia tempa. No niestety - w tym roku znów się nie udało. Dlatego czas, to coś, co postanowiłam w tym roku bardziej szanować i lepiej wykorzystywać. Nie traktuję tego postanowienia w kategorii postanowień noworocznych. To raczej umowa zawarta z samą sobą. Być może wtedy pozostanie mi więcej wolnych chwil na to, co naprawdę lubię, czyli rękodzieło. Chociaż prawda jest taka, że w dużej mierze ograniczyłam swoją hendmejdową działalność ze względu na brak miejsca - bo przecież ile można zmieścić na tak ograniczonej przestrzeni, jaką w tej chwili dysponujemy? I to nie tak, że nie potrafię rozstawać się z przedmiotami, ale ja z tyłu głowy mam to, że za jakiś czas przeprowadzimy się do naszego Starego Domu i wtedy to wszystko, co stworzyłam, znajdzie w końcu swoje należne miejsce. Dojrzewam do tego, by zacząć bardzo krytycznie podchodzić do swoich pomysłów i eliminować wszystkie, absolutnie wszystkie te, co do których mam choć cień wątpliwości, że mnie nie usatysfakcjonują. Z autopsji wiem, że tak właśnie jest: coś, co mnie nie przekonuje na 100%, leży później odłogiem. Natomiast projekty, w które od początku wierzyłam i w ich realizację włożyłam naprawdę całe serce - te autentycznie cieszą moje oczy przez długi czas. Już teraz staram się odsiewać pomysły pt. "chcę to zrobić, byle coś robić" od tych "zrobię to, bo ma to jakąś wartość". Pewnie mieszanka argumentów ("brak czasu, MIEJSCA, chęci") spowodowała, że mniej tej aktywności pokazywałam na blogu - a czasem zwyczajnie uważałam, że coś nie jest warte tego, by temu poświęcać cały wpis. Jest jednak pewna rzecz, z której jestem szczególnie dumna. Nie jest to może projekt na miarę wszechczasów, ale jego realizacja przyniosła mi wiele satysfakcji, a efekt końcowy jest więcej niż zadowalający. Mowa tu o metamorfozie lampki (którą opisywałam TU - klik). Ta lampka autentycznie mnie cieszy, z prawdziwą przyjemnością z niej korzystamy i wiem - jestem o tym przekonana - że doskonale wpisze się również w klimat wnętrz naszego przyszłego domu. Już nie mogę się tego doczekać! I nie, nie jest mi źle w rodzinnym domu, ale wszystkim nam doskwiera niedostatek miejsca. Każdy chciałaby już odetchnąć i mieć choć kawałeczek swojej własnej przestrzeni, do której nikt inny nie ma wstępu. W tej chwili taką świątynią samotności jest tylko toaleta :)


Nie robię postanowień noworocznych, ale jednak w związku z deficytem miejsca za cel obrałam dalsze porządkowanie przestrzeni wokół nas. Nie jest to najłatwiejsze zadanie w sytuacji, gdy w zastraszającym tempie przybywa zabawek, a coraz większe ubranka dziecięce zaczynają zajmować coraz więcej miejsca w szafie. Właśnie jestem na etapie poszukiwania jakiegoś sprytnego systemu przechowywania zabawek, bo w tej chwili są one dosłownie WSZĘDZIE, a ja nie mam żadnego narzędzia do walki z nimi. Jestem bezbronna jak niemowlę :) Prawdopodobnie moje projekty DIY, których się podejmę w tym roku, będą miały dużo wspólnego z organizacją i planowaniem przestrzeni. Uwielbiam mieć wokół siebie porządek, ale brak miejsca do przechowywania i chyba trochę nadmiar rzeczy powodują, że nie zawsze udaje się utrzymać taki stopień ładu i harmonii, jaki by mnie satysfakcjonował :) 


Nastawiam się więc na zrobienie kilku rzeczy, ale daleka jestem od głębokiego i przemyślanego planowania. Zazwyczaj bowiem moje misternie ułożone plany trafia szlag tak gdzieś drugiego dnia ich realizacji. Mimo to jakieś wyobrażenie swojego nadchodzącego roku należałoby mieć, by wiedzieć do czego się dąży - po to, by z każdym spadkiem motywacji móc sobie przypomnieć, po co to wszystko właściwie robimy. A że wiele o mnie można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jestem mistrzem konsekwencji i samozaparcia, to ta odrobina wizji przyszłości bliższej lub dalszej jest dla mnie na wagę złota. W tym roku nasze cele - jako rodziny i jako firmy - są stricte budowlane. Mamy cichą nadzieję, że być może w tym roku uda nam się wymienić stolarkę okienną w naszym Starym Domu, a to zapoczątkuje szereg zmian wewnątrz... Kto wie? 

Do usłyszenia
Marta

piątek, 7 grudnia 2018

Stroik adwentowy 2018

Świątecznie inspirować zaczynam się gdzieś w sierpniu. Potem na szczęście mi przechodzi. Taki faktyczny dekoratorski zryw przed świętami zaczyna się u mnie w okolicy pierwszej niedzieli adwentu. To właśnie stroik adwentowy inauguruje u mnie przedświąteczną gorączkę. I tak - dobrze słyszycie: nie wieniec, a stroik właśnie. Wieńce robi moja babcia - one towarzyszyły mi podczas mojego dziecięcego oczekiwania na Wigilię i istnieją w moich wspomnieniach. Ta właśnie forma jest jedyną słuszną uznawaną przez moją babcię - gdy więc zrobiłam swój pierwszy stroik i nieopatrznie nazwałam go wieńcem, oberwało mi się po uszach i już do końca życia zapamiętam, że ta moja marna namiastka wieńcem nie może być nazwana, bo zwyczajnie nim nie jest :)


Ja poszłam w trochę inną stronę: moje stroiki to zazwyczaj proste i zwarte kompozycje, które odporne są na warunki grzewcze i dziecko - nie zajmują też dużo miejsca :) Mój zeszłoroczny egzemplarz z pewnością utkwi mi w pamięci z powodu perypetii z nim związanych (do poczytania TUTAJ). W tym roku postanowiłam, że przezornie nie ruszam się z domu, by nie powtórzyć zeszłorocznej przygody. Do stworzenia tegorocznego stroika adwentowego wykorzystałam więc wszystko to, co już miałam w domu.


Podstawą jest najzwyklejsza osłonka na doniczkę, wypełniona keramzytem. Do włożenia świec (sztucznych, z IKEA - dla bezpieczeństwa) użyłam tej samej tekturowej konstrukcji co w tamtym roku, po czym zasypałam ją jeszcze odrobiną keramzytu. Stworzyłam wianek z modrzewiowych gałązek, do którego poprzyczepiałam bombki (ważne: nie na kleju, tylko sznurkiem, żebym mogła je później bez problemu zdemontować i wykorzystać znów za rok). Nawet bawełnianą wstążkę wykorzystałam tę z poprzedniego roku. I gwiazdki z masy solnej też :) I muszę przyznać, że mimo niewielkiego wkładu pracy, efekt wyszedł więcej niż zadowalający. Wygląd naszego stroika podyktował również w jakim kierunku pójdę z dekoracjami: w tym roku będzie to więc biel, czerń, brąz, drewno i zieleń. Będzie pięknie :)

Marta

sobota, 24 listopada 2018

Metamorfoza lampki stołowej. Farba z efektem betonu (DIY)

Widzę potencjał tam, gdzie inni go nie dostrzegają. Świat rzeczy z drugiej ręki, używanych, starych, obrośniętych pajęczynami i kurzem to mój prywatny raj na ziemi. Wpuście mnie do jakiejś piwnicy czy na zagracone poddasze, to będę Was całować po rękach. Nie dla mnie błyskotki i świecidełka, nie dla mnie glamour czy klasyka - ja tam wolę wiejską surowiznę i nieprzytulność loftów. Beton, zniszczone drewno, rdza - ooo, tak: to coś, co tygryski lubią najbardziej! A że czasem szczęściu trzeba dopomóc? Cóż, życie :)

Nie potrafię wejść tak zwyczajnie, jak człowiek, do sklepu z wyposażeniem i artykułami dekoracyjnymi - a największym paradoksem jest to, że takie przybytki omijam szerokim łukiem (wyjątkiem jest jysk :D). Nie dla mnie przedmioty, które mogą mieć wszyscy - często marnej jakości, niewyszukane i trącące tandetą. Ja działam w inny sposób: nie szukam okazji - to okazje trafiają na mnie. Moje zakupy dekoratorskie są najczęściej bardzo przypadkowe i niespodziewane. Nigdy się nie nastawiam, że szukam czegoś konkretnego - to się i tak nie udaje. Gdy natomiast mam oczy i uszy szeroko otwarte - to nagle ukazują mi się takie perełki, o jakich nawet nie śniłam.


Takim moim szczęśliwym wnętrzarskim łupem w ostatnim czasie była niepozorna stołowa lampa. Znaleziona (wyjątkowo) po ludzku, w sklepie Bric-a-Brac - dokładnie tym samym, w którym w tamtym roku zakupiłam produkty na mój najdroższy w karierze stroik adwentowy (niewtajemniczonych odsyłam do wpisu z tamtego roku, o TU). Stała sobie taka lampka pośród wielu innych przedmiotów - niepozorna, niczym szczególnym się nie wyróżniała. Ot, zwykła lampka na drewnianej podstawie i z koronkowym abażurem. Na dodatek z angielską wtyczką i oprawką na żarówkę. Czyli że klops. ALE... mnie ujęła kształtem podstawy, tak bardzo przypominającym lampy we wnętrzach w stylu belgijskim, które zachwyciły mnie już jakiś czas temu. 

Bo wiecie: jestem uzależniona od Pinteresta. Żadne inne medium nie wywiera na mnie takiego wpływu jak to. To właśnie tam szukam inspiracji i ciekawych rozwiązań, tudzież rozwiewam swoje wnętrzarskie dylematy. To właśnie tam trafiłam na wnętrza w stylu belgijskim i zakochałam się bez granic w tych naturalnych kolorach i fakturach. Połączenie rustykalnych i nowoczesnych elementów oraz naturalne materiały stwarzają wrażenie pełnej harmonii. Już wiedziałam: to jest coś, do czego będę dążyć w swoim przyszłym domu

Często jakiś przedmiot zachwyca mnie już na pierwszy rzut oka - przy czym najczęściej ujmuje mnie jego wyobrażenie już po metamorfozie. Wyobraźnia zazwyczaj zaś kieruje mnie właśnie w stronę stylu belgijskiego. Zazwyczaj moja entuzjastyczna reakcja na widok jakiegoś przedmiotu przyjmowana jest ze zdziwieniem - większość osób nie potrafi dostrzec jego potencjału. Zdziwienie przechodzi w zaskoczenie, podziw, a czasem zachwyt na widok danej rzeczy po metamorfozie. Często wystarczy czyszczenie, malowanie czy zmiana funkcji, by wykorzystać jej potencjał i przywrócić jej dawny wdzięk.

Rzadko pozostawiam kupione przedmioty w ich pierwotnym stanie - najczęściej argumentem przemawiającym za ich kupnem jest - poza ceną - świadomość, że mogę z nich wyczarować prawdziwe cacka, odkryć ich ukryty potencjał i stworzyć coś, czego nie ma nikt inny.


Nie inaczej było z moim najnowszym nabytkiem. Ta urocza lampka stołowa już pierwotnie była ciekawa, ale jednak moja głowa od razu zobaczyła ją w udoskonalonej wersji :) Wahałam się między dwoma wariantami - przeważyła jednak opcja z ciemną podstawą i jasnym kloszem. Drugą opcją, którą brałam pod uwagę, była podstawa w kolorze jasnego drewna i ciemny, grafitowy klosz. Po zastanowieniu stwierdziłam jednak, że z dużą dozą prawdopodobieństwa do wystroju naszego Starego Domu lepiej będzie pasować to, na co się zdecydowałam - czyli imitacja surowego betonu i zgrzebny len.

Metamorfoza lampki była prosta i przyjemna:


1. W pierwszej kolejności zdemontowałam klosz, którym zajęłam się w późniejszym etapie prac.

2. Następnie zmatowałam drewnianą podstawę, na którą następnie nałożyłam farbę.

Przy czym sama farba to też niezła mikstura, składająca się z grafitowej i kremowej farby akrylowej oraz gipsu szpachlowego (wszystkie proporcje "na oko"). Farbę nanosiłam na dwa sposoby. Po pierwsze tradycyjnie: pędzlem, a po drugie: za pomocą gąbki kuchennej. To właśnie ten drugi sposób, w połączeniu z konsystencją farby, pozwoliły mi uzyskać na podstawie lampy efekt betonu. Mokrą (pomalowaną wstępnie farbą) powierzchnię tapowałam gąbką. Na koniec malowania przybrudziłam gąbkę plamkami świeżej grafitowej farby i miejscowo tapowałam do uzyskania satysfakcjonującego mnie efektu. Moim założeniem było uzyskanie efektu betonu. Dużo łatwiej byłoby kupić gotową farbę - ale ta była droższa i niedostępna, a ja chciałam JUŻ! :) Z uzyskanego efektu jestem bardzo, bardzo zadowolona. Po wyschnięciu przetarłam podstawę miejscami lekko papierem ściernym, żeby dodatkowo wzmocnić efekt nierównomiernej kolorystyki

3. W czasie, gdy podstawa wysychała, ja zajęłam się kloszem. Ściągnęłam koronkę, a w jej miejsce przyszyłam cudowny, stary len. Len, który pochodził z naszych poszewek na jaśki - tak cudowny, że moje dziecko było zrozpaczone, gdy tkanina się zwyczajnie podarła ze zużycia. Wykorzystałam więc to, co się dało i z dwóch poszewek powstała jedna, resztę natomiast, którą jeszcze dało się odzyskać, potraktowałam jako osłonę abażuru - wyszło tanio i po mojemu :)

4. Do prawidłowego działania lampy potrzebowałam jednak jeszcze paru rzeczy. Z racji tego, że lampa to produkt marki HOUSE OF FRASER wywodzący się z Wielkiej Brytanii, to i elektrykę miała brytyjską. Z przejściówką do kontaktu sprawa rozwiązała się sama - dostałam ją do kompletu podczas zakupu. Co natomiast zrobić z żarówką? Niestety pobliskie markety i sklepy elektryczne nie dysponowały takim towarem, pozostały mi więc zakupy w sieci. Mój wybór padł na stronę ledzik.pl: nie zastanawiając się długo, z ich oferty wybrałam przejściówkę z żarówki angielskiej na nasz swojski gwint E27 - dzięki temu drobiazgowi będę mogła kupować standardowe, dostępne u nas żarówki. Przy okazji do zamówienia dorzuciłam sobie żarówki, a gdy przesyłka dotarła do mnie po dwóch dniach, z ulgą stwierdziłam, że lampa działa jak należy :)

I jeszcze małe "before & after" - na zakończenie tego przydługiego wpisu:


I jak Wam się podoba? Bo ja jestem zachwycona :)
Marta

poniedziałek, 12 listopada 2018

Nauka szycia - moje początki

Od razu zaznaczam, że wciąż tkwię w fazie "nauka szycia - faza wstępna". Progresu nie ma - a przynajmniej ja uważam, że tego, co robię, nie można jeszcze absolutnie nazwać umiejętnością szycia. Tyle tytułem wstępu :)



Szyć chciałam od zawsze. Miałam nawet kilka zrywów, że maszyna już stała na stole, ale jakoś nigdy nic z nich nie wychodziło. Pierwsza poważna próba nastąpiła, gdy oddałam jakąś starą maszynę do szycia, która poniewierała się w domu, do naprawy. Pan ją naprawił - i owszem, ale jednocześnie trochę zniechęcił i podciął skrzydła słowami "Pani i tak sobie na tej maszynie nie poradzi". No cóż - miał rację. Nie wiem, jak rozwinęłaby się sytuacja, gdyby te słowa nie padły? Być może już od roku potrafiłabym wykorzystać potencjał maszyny do szycia - a tak po kilku niepowodzeniach rzuciłam ją w kąt - to tak w przenośni, bo w znaczeniu dosłownym spakowałam ją i wyniosłam tam, skąd przybyła, czyli na strych. A konkretnie w jego najgłębsze zakamarki.


Podejście numer dwa miało miejsce, gdy o moich nieśmiałych próbach dowiedziała się babcia. Wtedy właśnie w moje ręce trafiła nieużywana już przez nią maszyna do szycia. Babcia cierpliwie mi wszystko wytłumaczyła, ja udokumentowałam sobie pewne rzeczy w formie cyfrowej (no przecież, że chodzi o przebieg nitki - to coś, czego nigdy nie potrafię ogarnąć na chłopski rozum) i z tym pożyczonym nabytkiem wróciłam do domu. Tu jednak również nie uchroniłam się przed porażką - maszyna mnie nie słuchała, wydawało mi się, że nie potrafię jej okiełznać. Znów się zniechęciłam i odłożyłam maszynę na bok. Coś jednak nie pozwalało mi się tak szybko poddać i sukcesywnie, co jakiś czas wyciągałam ją i próbowałam swoich sił. Aż pewnego dnia przyszedł przełom: usiadłam do maszyny, a ona się nie zbuntowała. To była dla mnie ogromna motywacja, że może coś jeszcze z tego mojego szycia będzie. I tak trwałabym w tym samozachwycie, gdyby nie moja wybujała ambicja. No bo skoro już "potrafię" szyć, to mogę uszyć, co tylko zechcę. No po przecież "heloł! Jestem boginią szycia i mogę przenosić świat" :D

Teoretycznie.

Stan upojenia własnymi umiejętnościami trwał do momentu, gdy postanowiłam uszyć materiałowe choinki na święta (tak, już w listopadzie :D). I wtedy okazało się, że - cholera - jednak nie potrafię szyć :D Proste linie ogarniam, ale wykonanie narożników tak, żeby nie ciągnęły materiału, to wciąż jeden z wielu elementów, których muszę się nauczyć. Wiem, że to wymaga ćwiczeń i nie od razu Kraków zbudowano, ale  ja przecież nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od czegoś trudnego: w końcu po co się uczyć na najprostszych formach, gdy można od razu spróbować czegoś skomplikowanego :) Niezależnie od osiągniętych efektów czuję jednak, że było mi to potrzebne - to dało mi zastrzyk pozytywnej energii i wiarę we własne umiejętności :) Co z tego, że nie umiem w narożniki.(i właściwie w nic innego również...) - ale już się tej maszyny nie boję i stawię jej czoła!


Na nic jednak by się zdały jedynie moje chęci, jeśli nie miałabym duchowego wsparcia z zewnątrz:
joulenka i joanka_z - to dziewczyny, które inspirowały mnie w każdej chwili zwątpienia. To ich zapał, zaangażowanie i energia płynące z prowadzonych przez nie blogów motywowały mnie, by nie ustawać w próbach i wciąż walczyć o swoje marzenia. To one wciąż podsycały moje pragnienie, by nauczyć się szyć. Mimo częstego zniechęcenia każdorazowa wizyta na ich blogach owocowała nowym postanowieniem: "Nie poddam się, w końcu nauczę się szyć!" I chyba właśnie takie sytuacje są dowodem na to, że blogi są ogromną wartością i żal by było, gdyby zniknęły. Instagram - mimo, że piękny - oraz inne media społecznościowe nigdy nie byłyby w stanie wzniecić iskry i rozpalić ognia chęci do działania. Dzięki Wam, dziewczyny, bo mimo, że nie znamy się osobiście, wniosłyście do mojego życia bardzo wiele :)

Marta