wtorek, 18 września 2018

Pieczona ciecierzyca

Lato mi uciekło. Uciekło mi w tempie zastraszającym - szybciej nawet, niż jeszcze w czasach szkolnych. Uciekło mi tak, że ani się spostrzegłam, a już staliśmy w przededniu września. A z tegorocznym wrześniem to ja wiązałam ogromne nadzieje związane z pójściem naszej pociechy do przedszkola. Mimo, że etap ten był okupiony ogromnym stresem, to uważamy, że to w tej chwili najlepsze, co możemy dla naszego syna zrobić. Gdy więc pierwszy dzień w placówce okazał się niemałym sukcesem w postaci spokojnego porannego pożegnania i pozytywnych emocji po odebraniu go z przedszkola - łudziłam się, że stan ten potrwa przynajmniej przez chwilę. I pisząc "chwilę", miałam na myśli dłuższą chwilę - tydzień na przykład. Tymczasem już po dwóch dniach przyszło nam się zmierzyć z najgorszym koszmarem rodziców przedszkolaka: przyplątała się do nas pierwsza infekcja. I nie wiem, czy winę zrzucać na stres i związany z tym spadek odporności, czy zwyczajnie coś wisiało w powietrzu - ale faktem jest, że trafił nam się wirus bardzo zjadliwy i szybko rozwijający się. Jednego dnia mierzyliśmy się z bólem gardła, drugiego - z potwornym katarem, natomiast w trzecim dniu pojawił się kaszel. I wszystko to mogłoby nawet cieszyć - wieszcząc szybkie wyzdrowienie i powrót do przedszkola, gdyby nie fakt, że na skutek duszności trafiliśmy do szpitala.. Nasz bilans jest więc taki, że na dwa tygodnie funkcjonowania przedszkola w nowym roku szkolnym - nasz syn odwiedził je zaledwie 2 razy :D To z kolei oznaczało, że na prawie dwa tygodnie utknęłam z nim w domu - bez możliwości wychodzenia. Wyobraźcie sobie teraz groteskową sytuację: za oknem piękne słońce, cudowna złota jesień, aż by się chciało cały dzień spędzić na dworze... ale nie możecie, bo jesteście uziemieni przez choróbsko. Wasze życie toczy się pod dyktando inhalacji i usilnych prób nadrobienia zaległości - zarówno prywatnych, jak i na gruncie zawodowym. Nie narzekam - broń Boże: cieszę się, że w szpitalu przyszło nam spędzić tylko przysłowiową chwilę i że spotkaliśmy tam samych życzliwych ludzi (co tak naprawdę wcale nie jest takie oczywiste...).  
Cieszę się też, że wczoraj podjęliśmy kolejną próbę pójścia do przedszkola. Jedyne, co mnie martwi, to kolejne podejście do przedszkolnej adaptacji. Coś, co było dla naszego syna bardzo trudnym emocjonalnie przeżyciem - będzie musiało być powtórzone. I to boli mnie najbardziej. Nie pozostaje nam jednak nic innego, jak zagryźć zęby i przejść przez to ponownie - mam tylko nadzieję, że tym razem z dłuższym skutkiem :)
Ten czas przymusowego pobytu w domu skutkuje niestety również koniecznością wyzwolenia swojej pomysłowości i kreatywności. Bo co robić z dzieckiem, które przyzwyczajone do zabaw na zewnątrz teraz potwornie nudzi się w domu, jego zabawki już mu się opatrzyły, a do wszelkich prac plastyczno-artystyczno-technicznych podchodzi jak pies do jeża: no nie lubi zwyczajnie i tyle?


Rozwiązaniem okazało się wspólne gotowanie - bo cóż może być lepszego, niż zaproszenia dziecka do kuchni? My postawiliśmy na proste i sprawdzone przepisy, a jako dodatek przygotowaliśmy sobie coś zdrowego do pochrupania (powiedzcie sami, kto nie lubi sobie przegryźć czegoś w międzyczasie...?) Syn mój złożył zamówienie na chipsy z jarmużu, które robię mu od czasu do czasu - teraz jednak z braku podstawowego składnika musiałam wymyślić coś innego. Padło na pieczoną ciecierzycę - przepis jest banalnie prosty, szybki i chyba nie może się nie udać.


Podobno taka pieczona ciecierzyca poza wersją "solo" nadaje się również jako dodatek do zup lub sałatek. Nie wiem - nawet gdybym bardzo chciała, to nie zdążyłabym spróbować, bo zniknęła w mgnieniu oka. Musicie wiedzieć, że to doskonała przekąska, prosta i szybka do wykonania i stanowi świetną alternatywę dla niezdrowych chipsów ziemiaczanych. Pieczoną ciecierzycę można przygotować nie tylko w wersji "na słono", ale również w wersji słodkiej oraz dowolnie modyfikować przyprawy.  

Ja użyłam ciecierzycy z puszki (bo miałam), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zastosować suchą po wcześniejszym namoczeniu i ugotowaniu.

Składniki:
- 1 puszka ciecierzycy
- 1 łyżka oliwy z oliwek 
- mieszanka dowolnych przypraw *

Ciecierzycę odsączyć na sicie, dobrze osuszyć, wymieszać z oliwą i przyprawami, przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i piec około 30 minut.

* ja jestem ogromną fanką Małgosi i jej Qchennych Inspiracji.
Jej przyprawa do pieczonej dyni o smaku pieczonej wołowiny to mój aktualny "must have" i takiej właśnie mieszanki użyłam do mojej ciecierzycy: 

Składniki przyprawy:
- łyżeczka suszonego czosnku
- łyżeczka soli
- łyżeczka suszonej cebuli
- pół łyżeczki wędzonej papryki
- pół łyżeczki słodkiej papryki
- szczypta ostrej papryki
- szczypta gałki muszkatołowej
- szczypta czarnego pieprzu

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Przechowywać w suchym i szczelnym pojemniku.

Smacznego
Marta

wtorek, 28 sierpnia 2018

Atrakcje Dolnego Śląska i czeskiego pogranicza

Uciekło mi to lato - jakoś wyjątkowo szybko w tym roku. Być może dlatego, że było intensywne i wyjątkowo emocjonalne. Były wzloty i upadki, były momenty cudowne i tragiczne, chwile dobre i złe. Sama nie wiem, jak to się mogło stać, że już za chwilę tegoroczne wakacje staną się przeszłością, skoro dopiero się rozpoczęły... A ten wrzesień będzie wyjątkowy i pewnie niełatwy. Nasze dziecko rozpoczyna bowiem swoją przygodę z przedszkolem. To oznacza, że życie całej naszej rodziny przewróci się do góry nogami - trzeba będzie nauczyć się tej nowej codzienności i na nowo zorganizować plan dnia, układając go pod dyktando przedszkola właśnie. To będzie trudny czas - i nikt mnie nie przekona, że będzie inaczej. Ale poradzimy sobie z tym, wyciągając z tych przejściowych trudności to, co dla nas najlepsze! Nie może być inaczej :)

Tym milej więc teraz, gdy wrzesień już puka do drzwi, przypomnieć sobie nasz króciutki urlop, o którym już tak naprawdę zdążyliśmy zapomnieć.

Wspominamy cudowne chwile przeglądając zdjęcia i cieszymy się bardzo, że ominęły nas te afrykańskie upały. Nie wyobrażam sobie, by maszerować na Szczeliniec Wielki w 30-sto stopniowym ukropie :) (choć dziś rześkie poranne powietrze bardzo dalekie było od tego letniego, oj bardzo!)


Planując nasz tegoroczny urlop, zdaliśmy sobie sprawę, że nasz poprzedni wyjazd był dokładnie 10 lat temu, w to samo miejsce. Wtedy również za cel obraliśmy Szczeliniec Wielki i Błędne Skały, wybraliśmy się do Skalnego Miasta w Czechach i spacerowaliśmy po urokliwych okolicach - z tą różnicą jednak, że tym razem jechaliśmy ze swoim własnym, prywatnym dzieckiem :) Te wyjazdy zdecydowanie się od siebie różniły ;)

Założyliśmy, że nasz urlopowy plan będzie wyglądał mniej więcej tak:
1 dzień - wyjazd z domu,wizyta w Kopalni Złota w Złotym Stoku, dojazd do pensjonatu
2 dzień - wyjazd do Czech, w planie wizyta w ZOO (Dvůr Králové) i Skalne Miasto (Adrspach)
3 dzień - wejście na Szczeliniec Wielki; Błędne Skały
4 dzień - Skywalk - spacer w chmurach (Dolni Morava - Czechy) + plac zabaw; powrót do domu

Największą niewiadomą była dla nas aura. To był jeszcze ten moment, by pogoda była bardzo zmienna, a na pewno nikt nie sądził, że już za chwilę zawitają do Polski takie tropikalne upały. Niestety - lub stety - pierwszy dzień wakacji, zgodnie z zapowiedziami meteorologów (jak na złość!), powitał nas deszczem. Wtedy jakoś szczególnie nam to nie przeszkadzało, bo i tak większość dnia spędziliśmy pod ziemią. Kopalnia Złota w Złotym Stoku to naprawdę świetna atrakcja dla całej rodziny, pod warunkiem jednak, że najmłodszy jej członek nie ma zbyt bujnej wyobraźni i nie oczekuje, że zaraz będzie szukał złota. Łopatką - dodajmy. Bo owszem, jedną z atrakcji jest przesiewanie piasku w poszukiwaniu złotego kruszcu, ale niestety było to niezgodne z wyobrażeniami najmłodszego, przez co wyjazd dał nam trochę do wiwatu :) Niewątpliwą atrakcją był przejazd kolejką - który wszystkim uczestnikom sprawił mnóstwo frajdy. Kopalnia Złota zapewnia wiele atrakcji, ale jest lepsza dla dzieci raczej 5+ niż 3+ :) Niewątpliwym atutem tego miejsca są przewodnicy, którzy barwnie i z humorem opowiadają o historii tego miejsca. Mi najbardziej utkwiła w pamięci anegdotka, że kopalnia w Złotym Stoku rozwijała się, dopóki "pewien znany malarz i pejzażysta, Adolf H., nie rozpoczął swojego tournee po Europie..." :) Absolutnie tragedia ówczesnych czasów nie jest powodem do śmiechu, ale sposób, w jaki przewodnicy potrafią przyciągnąć uwagę i rozweselić towarzystwo. Takie pełne żartu wtrącenia zdecydowanie lepiej zapadają w pamięć niż suche fakty. A przecież chodzi chyba o to, by coś zapamiętać, prawda? :) Zmęczeni całodziennymi atrakcjami z radością udaliśmy się po naszego miejsca docelowego, które na trzy noce stało się naszym domem. Willa Lawenda powitała nas ciepło, serdecznie i już bez deszczu :) Skorzystaliśmy więc z tego i po obiado-kolacji udaliśmy się na krótki spacer do przepięknego Parku Zdrojowego w Kudowie-Zdrój. Warto, naprawdę warto.

W kolejnym dniu naszym za cel obraliśmy ZOO w Czechach i Skalne Miasto.
Zachęceni wieloma pozytywnymi opiniami stwierdziliśmy, że być tak blisko i nie wybrać się do czeskiego ZOO byłoby grzechem. Podróż z Kudowy - Zdrój do miejscowości Dvůr Králové
 zajęła nam jakieś 45 minut, czyli stosunkowo niewiele. Na miejscu byliśmy około 10 i o tej porze parking praktycznie był pusty - w stosunku do ilości aut, które mijaliśmy wyjeżdżając z ZOO kilka godzin później. Oczywiście do kas ustawiły się krótkie kolejki, natomiast osobna kolejka na Safari-Truck trochę nas odstraszyła i stwierdziliśmy, że bilety kupimy później. I to był nasz błąd, bo po niespiesznym obejściu całego ZOO okazało się,że bilety zostały wyprzedane już do końca tego dnia. Nie chcąc tracić takiej atrakcji, by stanąć oko w oko z lwem, postanowiliśmy, że wjedziemy na teren ZOO własnym samochodem. Był to może kompromis, ale stosunkowo udany: dzikie zwierzęta biegające praktycznie wokół samochodów - niezapomniane przeżycie :)


O dziwo, o ile w ZOO mieliśmy piękną, słoneczną pogodę, o tyle Adrspach powitało nas chmurami i mżawką - na szczęście krótkotrwałą i przelotną. My przechodziliśmy tę trasę po raz kolejny - dla naszego syna była to nowość i prawdziwy sprawdzian wytrzymałości. Cudowne widoki, które za każdym razem robią na mnie ogromne wrażenie, o dziwo chyba też spodobały się naszemu pierworodnemu. Fakt - zupełnie inaczej patrzy się na widoki, gdy w międzyczasie musisz odpowiadać na setki pytać, ratować trzylatka z opresji i jeszcze motywować go, by walczył ze swoimi słabościami i zechciał pokonać trasę o własnych siłach. Nam się to wszystko udało :) Inna sprawa, że tatuś Młodego to prawdziwy Mistrz Manipulacji - nikt tak jak On nie potrafi wmówić dziecku, że potrzebuje pomocy i w ten sposób np.zmusić do podania ręki w niebezpiecznych sytuacjach :) Wieczór ten zakończyliśmy przepysznym obiadem w Starym Młynie i jest to zdecydowanie miejsce, do którego chciałabym kiedyś wrócić :)


Kolejny dzień powitał nas pięknym, bezchmurnym niebem. Pogoda tego dnia była zdecydowanie naszym sprzymierzeńcem: nie za gorąco, ale słonecznie - to idealne zestawienie zjawisk meteorologicznych na górską wycieczkę. Naszym celem był Szczeliniec Wielki i Błędne Skały. Jako pierwszy - bardziej wymagający dla naszego syna - cel obraliśmy Szczeliniec. Nie spodziewaliśmy się, że 650 stopni prowadzących na górę pokona bez zająknięcia, a później tak świetnie będzie się wczuwał w rolę naszego przewodnika po trasie widokowej :) Siły go opuściły dopiero w drodze powrotnej, pod koniec trasy, co i tak uważamy za duży sukces.
10 lat temu na Błędne Skały weszliśmy o własnych siłach - tym razem jednak, ze względu na Młodego, odpuściliśmy i podjechaliśmy na parking przy samych Błędnych Skałach
UWAGA: wjazdy i wyjazdy z parkingu odbywają się o określonych godzinach i trwają przez 15 minut. Jeśli więc źle zorganizujecie swój czas i spóźnicie się na wyjazd, to czeka Was 45-minutowa posiadówa - ale spokojnie, jest gdzie siedzieć i toalety też są :)
Sam labirynt w Błędnych Skałach był nie lada atrakcją dla naszego dziecka i bardzo, bardzo podobało mu się to, że On jako jedyny swobodnie przechodził między formacjami skalnymi, gdy tymczasem reszta towarzystwa musiała się przy tym trochę nagimnastykować. Uśmiech na Jego buzi - bezcenny.


Mimo tych wszystkich dotychczasowych atrakcji najciekawszy dla naszego F. okazał się był ostatni dzień: spora wysokość, przestrzeń dookoła, wiatr we włosach i paniczny strach matki - tak w skrócie można byłoby opisać nasz wjazd na wieżę widokową Sky Tower. Heheszki moich chłopaków (gdy spanikowana starałam się nie rozglądać za bardzo dookoła, a rękę naszego Syna prawie zmiażdżyłam ze strachu :D) zapamiętałam sobie natomiast bardzo dobrze i w odpowiednim momencie się zemszczę :) Powiem jedno: ta wieża robi wrażenie! Dla dzieci jednak zdecydowanie bardziej atrakcyjnym miejscem jest olbrzymi plac zabaw, znajdujący się o u podnóża góry. Tam utknęliśmy na dobrych kilka godzin - z czego najwięcej czasu spędziliśmy w ogromnej... piaskownicy. Tak, tak, wszystkie dzieci tego świata uwielbiają piasek, a tam mają go pod dostatkiem! Okazało się też, że dzień, który dla naszego Syna był najfajniejszy - dla nas był najbardziej męczącym dniem z całego wyjazdu. Nicnierobienie tak nas wykończyło, że późnym popołudniem z przyjemnością wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu (zahaczając tylko krótko na pyszny obiad w pobliskiej "Moravska Krcma").


Te cztery wspólne dni to było prawdziwe wytchnienie dla naszej trójki - mimo, ze zmęczyliśmy się fizycznie, to jednak psychicznie wypoczęliśmy. Oderwaliśmy się od naszej codzienności i chyba nabraliśmy trochę sił - choć lekki niedosyt pozostał, bo zdecydowanie chciałoby się więcej i dłużej. Ale to już sobie zostawimy na przyszły rok :)

Marta

poniedziałek, 30 lipca 2018

Małe biurko DIY

Gdzieś, kiedyś, w odległej galaktyce pojawił się na blogu wpis pokazujący stan naszego domowego mini-biura. W jego skład wchodziło mini-biurko wraz z całą jego zawartością oraz taboret, co by mieć gdzie posadzić swoje cztery litery :) Był to stan przejściowy, acz bardzo długotrwały. Wiadomo - prowizorki funkcjonują najlepiej. Już nawet przestałam biadolić na ten stan rzeczy, bo przecież drukarka jest schowana, plątaniny kabli nie widać, więc właściwie nie miałam się czego czepiać... :) Wraz z gromadzeniem się wszelkich rzeczy papierniczo-malarsko-artystycznych wspomagających jakże ważny przecież rozwój naszego Syna, biurko zaczęło się robić bardzo chaotyczne i mało estetyczne. Nastąpił więc moment, w którym należało je doprowadzić do takiego stanu, jak zakładałam w projekcie. 



A założyłam sobie, że szuflada, którą widzicie pod blatem roboczym, miała spełniać dwie funkcje: miała być miejscem do przechowywania (pojemnym - to ważne!), ale również dodatkowym miejscem do pracy. Bo - jak wiadomo - biurko to przecież świetne miejsce do odkładania wszystkich tych rzeczy, które będą nam za chwilę potrzebne ( "jeszcze nie teraz, ale już przecież nie opłaca się ich chować, odłożę je tu tylko na chwilę..." Taaa...akurat). Z biurka robi się więc graciarnia, a człowiek nie ma gdzie pracować... W tym momencie wysuwana szuflada jawi się jako zbawienie i powiem Wam, że rzeczywiście tak jest! To rozwiązanie sprawdza się genialnie w naszym biurku, zwłaszcza gdy przestrzeń robocza potrzebna już tu, teraz, natychmiast! Wysuwam sobie więc szufladę i już. 1-0 dla mnie :) 



Biurko zrobione jest ze sklejki pomalowanej...yyy...chyba jakąś lakierobejcą, prawdopodobnie w kolorze przypominającym orzech. Są to niestety tylko moje przypuszczenia, bo wszystkie elementy biurka były przygotowywane dawno temu i ani nie pamiętam dokładnie, ani nie zachowała się żadna puszka. Blat to nic innego jak blat kuchenny, który został mojemu mężowi po jakimś zleceniu. 

Ciekawostką są kable wychodzące przez dziurkę w tylnej części biurka: te przewody to nic innego jak kabel do ładowarki od telefonu oraz łącze do drukarki, bo nic mnie tak nie irytuje jak ich plątanina w obrębie miejsca pracy (zresztą nie tylko! Uwielbiam, gdy kabli nie widać - mam wrażenie, że bez nich przestrzeń jest bardziej uporządkowana i mniej chaotyczna...). Dzięki temu rozwiązaniu nie walają mi się po podłodze, a są zawsze w zasięgu ręki. 



Nie powiem, miałam na biurko wiele ciekawych pomysłów, w efekcie czego powstałby mebel trochę mniej ciężki i toporny, ale niestety wtedy jego zawartość nie byłaby tak dobrze ukryta i znów by mnie podgryzało przeświadczenie, że rzeczy "na wierzchu" stwarzają wrażenie braku porządku...Wolałam tego uniknąć, dlatego zdecydowałam się na taką, a nie inną bryłę mebla. Nie ma co się oszukiwać jednak, że to biureczko wystarcza na moje potrzeby - bo nie starcza. W przyszłości, w naszym bardzo dużym Starym Domu, marzy mi się ogroooomne biurko, które pozwoli mi w pełni rozwinąć skrzydła podczas prac różnych :) Na chwilę obecną wielkość biurka dostosowana jest do naszych możliwości lokalowych i to nam musi wystarczyć. 



Dojście do tego etapu prac nad biurkiem zajęło nam - wnioskując po poprzednich wpisach na blogu - jakieś prawie 3 lata. W tej chwili biurko prezentuje się już znacznie lepiej, ale skończone jeszcze nie jest: brakuje mu uchwytów, na które nie mam pomysłu (albo może raczej mam ich zbyt dużo) i półki wewnątrz szafki. Mimo tych braków, sprawuje się wyśmienicie - znacznie odciążając stół i narożnik :D

Jak myślicie: pasuje do nas?



Pozdrawiam Was ciepło
Marta