Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Ludzie, co z Wami?!

Jestem w kilku grupach na fb - wszystkie dotyczą urządzania wnętrz i rękodzieła. Każdego dnia z coraz większym przerażeniem obserwuję, co się na nich dzieje. Te drobne szpileczki, wbijane pod adresem twórców, kąśliwe uwagi i uszczypliwości pisane pod płaszczykiem dobrej rady. Te pozory troski i zgryźliwe komentarze usprawiedliwiane szeroko rozumianą wolnością słowa są czymś, co naprawdę potrafi skutecznie podkopać poczucie własnej wartości.



Pod jednym z moich postów (w mediach społecznościowych, nie na blogu) również pojawił się ostatnio komentarz o podobnym charakterze. I nie - nie odebrałam go jako krytyki, nie wzruszył mnie on specjalnie - ot, zwykłe ludzkie gadanie bez znajomości moich pierwotnych pobudek. Typowe ocenianie po pozorach. I być może kiedyś (z racji mojej introwertycznej natury) by mnie to wzruszyło - ale nie teraz. Dzisiaj, po roku kopania się z losem, mam (przepraszam za wyrażenie) dupę twardą jak stal - i nie jest to zasługa Ewy Chodakowskiej (a szkoda, chciałabym :D) - to efekt naszych przeżyć z ostatnich kilku miesięcy, zwłaszcza w kombinacji z prawdziwością powiedzenia "kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę". Podobne komentarze kwituję dziś pobłażliwym uśmiechem. Jeśli komuś jest lepiej z tego powodu - proszę bardzo, niech się podbuduje moim kosztem. Mnie to już nie rusza, ale jest całe mnóstwo osób, które podobny komentarz wezmą sobie głęboko do serca - zwłaszcza, jeśli  musiały wyjść ze swojej strefy komfortu, przełamać swoje lęki, bariery i wewnętrzny wstyd przed uzewnętrznieniem się.

Mam taką naczelną zasadę: jeśli coś mi się nie podoba, to nie komentuję. Proste rozwiązanie, a o ile przyjemniej się żyje. Jeśli ktoś mnie wywoła do tablicy i pyta o zdanie na temat już dokonany, zawsze staram się robić wszystko, by nie urazić osoby pytającej. Jeśli coś mi się nie podoba, to szukam choćby najmniejszego punktu zaczepienia, który pozwoli mi nie zranić drugiej osoby.

I tak np. na pytanie o własnoręcznie wykonaną dekorację, nie odpowiem wprost, że mi się nie podoba - raczej powiem coś w stylu: "Ojej, ale gdzie Ci się udało upolować taką śliczną wstążkę? Do mojego stroika też by pasowała idealnie!"

Na pytanie o kolor włosów - dodajmy, że nieudany, odpowiem raczej w stylu: "Ale zaszalałaś! Ale ta nowa grzywka! To jest prawdziwe mistrzostwo!"

Wynika to z dwóch bardzo, bardzo prostych rzeczy: mojej pokory wobec życia i czegoś, co obecnie zanika, a nazywa się szacunkiem dla drugiego człowieka. Ponadto wyznaję zasadę, którą również (po dziś dzień) wpaja mi mama: jaki Ty będziesz dla drugiego człowieka, taki ten drugi człowiek będzie dla Ciebie. To z kolei namacalnie wiąże się z tym co bezustannie powtarzam ja: karma is a bitch i zawsze (ZAWSZE!) wraca. Tudzież, słyszałam również bardziej kościelną wersję która w naszej gwarze brzmi: "Pan Bóg nie jest rychliwy (tłum. śpieszący się z jakimiś działaniami; prędki), ale zawsze sprawiedliwy". Teraz z całej tej gamy powiedzonek i życiowych prawd możesz wybrać to, co Ci najbardziej odpowiada, ale sens będzie zawsze taki sam.



Dopóki nie założę czyichś butów i nie przejdę choć kawałka jego życia za niego - nigdy nie będę wiedziała, z czym musi się borykać i jak wygląda jego rzeczywistość. Nigdy nie wiem, kto stoi po drugiej stronie ekranu, jakie są jego przeżycia i doświadczenia oraz stan emocjonalny. Tak naprawdę nie muszę tego wiedzieć - wystarczy, że będę go szanowała, a przejawem szacunku może być m.in powstrzymanie się od pozornie niewinnych uszczypliwości.

Zazwyczaj nie wchodzę w polemikę z autorami takich komentarzy - tym razem jednak postanowiłam nie tylko odpowiedzieć na niego, ale również rozszerzyć ten temat na blogu. Widzę to ja i widzą to inni: coraz trudniej wystawiać się na ocenę, coraz bardziej wstyd popełniać błędy, coraz dogłębniej trzeba analizować wypuszczane w świat słowa i obrazy, żeby broń Boże nie narazić się na śmieszność...

Po ostatnich burzliwych wydarzeniach nie chce mi się już analizować, co zrobić, by zadowolić wszystkich. Zawsze ktoś będzie niezadowolony lub wiedzący lepiej. I dobrze - bądźmy różni, ale bądźmy też ludźmi - a nie wilkami sobie nawzajem.


Co myślicie?
Marta

poniedziałek, 30 września 2019

Pułapki czyhające na blogerów wnętrzarskich

Swojego bloga prowadzę już od kilku lat. Ze skutkiem takim, że na dzień dzisiejszy wciąż wie o nim stosunkowo niewiele osób. Dlaczego w ogóle powstał? Dla uzewnętrznienia mojego zamiłowania do ładnych wnętrz, rękodzieła i prostego, dobrego życia. Nigdy nie miałam aspiracji, by otaczać się szeroko pojętymi luksusami, nie dążyłam do życia zgodnego z aktualnymi trendami - ale też z pewną nutką zazdrości spoglądałam na inne blogerki, których blogi rozwijały się w zawrotnym tempie, mimo (w moim odczuciu) mniejszej wartości. Cóż - za ich sukcesem stały regularne i częste wpisy, a w nich opisane nowe nabytki do mieszkań: dodatki dekoracyjne z najnowszych kolekcji, meble czy inne wnętrzarskie akcesoria. Też tak mogłam - ale zawsze ograniczał mnie metraż, a podskórnie czułam, że to jednak nie to, czego oczekuję: nie chciałam kompletu nowych filiżanek czy modnego koca. Mocno kłóciło się to z moją ideą  less waste, która - choć wtedy jeszcze nie nazwana - już we mnie kiełkowała.


Nie zaprzeczę: istniała ogromna pokusa, by nabywać wciąż nowe przedmioty i dzięki temu móc rozpowszechnić swojego bloga - zawsze jednak coś mnie przed tym hamowało. Dziś sama jestem sobie wdzięczna za tę wstrzemięźliwość - dzięki temu nie zasypałam naszych czterech ścian zbędnymi przedmiotami, których teraz za żadne skarby świata nie dałabym rady upchnąć na tak małej przestrzeni.

Ponadto sito selekcji, przez które przechodziły wszystkie przedmioty, dopuściło do naszego domu jedynie te z nich, które wciąż niezmiennie mnie cieszą.


Blogi wnętrzarskie rządzą się pewną specyfiką: wymagają ciągłej, nazwijmy to: "aktywności wnętrzarskiej". Nie mówię tu o blogach przedstawiających wnętrzarską teorię, lub też inspiracyjnych - pełnych zapożyczonych zdjęć. Mam na myśli blogi, za którymi stoją najczęściej dziewczyny lub kobiety, których pasją jest upiększanie własnych domów i mieszkań. Podstawowymi treściami przedstawianymi na takich blogach są te oparte na konkretnym domu lub mieszkaniu i jego ciągłym upiększaniu. Ale sami powiedzcie: ileż można jeździć meblami po pokoju, by wciąż pokazywać inspirujące zmiany? Już nie wspomnę o niewielkich mieszkankach, w których każdy mebel ma dokładnie przypisane miejsce, bo tylko taki system pozwala na okiełznanie chaosu związanego z niewielką przestrzenią użytkową. W tym miejscu należałoby oczekiwać głosów krytyki w stylu:

"No rzeczywiście, to są życiowe problemy!"
"Dramat, faktycznie dramat! Amazonia płonie, Ziemia ginie, a ona narzeka, że nie może efektywnie rozwijać swojego bloga"
"Dzieci w Afryce i innych zakątkach świata nie mają co jeść, a ta się martwi swoim blogiem"

Zgadzam się z takimi zarzutami. To oczywiste: w naszych głowach wciąż powinna mrugać iskierka świadomości, że mając dostęp do świeżej wody pitnej, posiadając zapasy jedzenia i dach nad głową,  powinniśmy się uważać za ludzi bogatych - co nie zmienia faktu, że można też chcieć żyć i mieszkać po prostu ładnie. Dostępność dóbr materialnych wszelkiej maści i wciąż wzrastające poczucie piękna powodują, że życie w estetycznym, ładnym otoczeniu staje się dla niektórych jedną z podstawowych potrzeb i nie należy tego uznawać za zbytek.

Ta chęć i zamiłowanie do zmian są często motorem napędowym do stworzenia i prowadzenia bloga - jednocześnie nie ma w tym nic złego, by z czasem móc go monetyzować. Wbrew pozorom prowadzenie bloga to ciężka i żmudna praca, wymagająca wielopłaszczyznowego przygotowania. Szczególną specyfiką odznaczają się blogi rękodzielnicze i wnętrzarskie, których autorzy najczęściej najpierw muszą coś stworzyć, by móc podzielić się efektami swojej pracy z czytelnikami.


W dobie less waste i zero waste pojawiła się tu dodatkowa pułapka: często różne przedmioty są tworzone wyłącznie na potrzeby wpisu, co generuje produkcję nikomu niepotrzebnych przedmiotów. Pal sześć, jeśli to coś jest estetyczne lub chociaż funkcjonalne - ale spotkałam się z tak wieloma tandetnymi i brzydkimi projektami, że aż żal mi było tego zmarnowanego na ich wytworzenia materiału.

Podobnie ma się rzecz z kupowanymi tylko na potrzeby sesji zdjęciowych dekoracjami, które później zalegają w szafach i pawlaczach. Niepotrzebnie zajmując cenną przestrzeń w domu, są również zamrożoną gotówką. Co prawda można ją chociaż w części odzyskać, sprzedając te przedmioty, ale jakiś procent pieniędzy ucieka bezpowrotnie.


W moich wpisach nigdy nie było bogatych aranżacji - zawsze opierałam się na tym, co posiadam i starałam się z moich zdjęć wycisnąć jak najwięcej. To pewnie jeden z powodów, dla których jestem dziś w tym miejscu, w którym jestem: w połączeniu z moją introwertczną naturą i brakiem umiejętności "sprzedania" samej siebie mój blog nigdy nie wspiął się na szczyty popularności . Czy żałuję? Nie, bo prowadząc bloga wnętrzarskiego nigdy nie postąpiłam wbrew swoim przekonaniom, co uważam za wartość samą w sobie. Wiele się w tym czasie nauczyłam i bardzo rozwinęłam, jednak widzę znaczącą różnicę w blogach sprzed kilku lat i tych prowadzonych w dzisiejszych czasach. To już nie są pamiętniki prowadzone z potrzeby serca - dziś, w gąszczu konkurencyjnych platform, trudno czymś zaimponować i się wybić, jednocześnie gromadząc wokół siebie życzliwą społeczność. Ale mimo wszystko warto próbować - tyle, że zawsze warto to robić zgodnie ze swym sercem i sumieniem.

Do napisania
Marta

czwartek, 12 września 2019

"W jakim stylu urządzić dom w 2019 roku? Najmodniejszy styl we wnętrzach. Musisz to mieć!"

Chyba nie uwierzyliście, że rozwinę temat, który podałam w tytule?
Albo dobra, może jednak rozwinę, odpowiadając Ci jednoznacznie na pytanie, w jakim stylu urządzić dom w 2019 roku: w jakimkolwiek - byle takim, który Ci odpowiada. Żyjemy w takich dziwnych czasach, gdzie ludzie z zewnątrz (tak właściwie, to nawet nie wiadomo dokładnie, kto) narzuca Ci, jak ma wyglądać Twój dom. Po co? Jeśli się głębiej zastanowić, to dochodzimy do jednego jedynego słusznego wniosku: dla pieniędzy!


Nikogo nie obchodzi Twój gust i to, czy dobrze się czujesz np. we wnętrzach we wspomnianym stylu boho. W roku 2019 jesteś zobligowany do tego, żeby mieć w swoim domu lub mieszkaniu makramy, plecionki, wikliny, drewno, i jeszcze raz makramy. Tym sposobem wnętrzarski świat napędza się do ciągłych zmian, bez przerwy drenując Twój portfel.

Nie, żebym miała coś do boho - sama mam w domu mnóstwo roślin, drewna i plecionek. Chodzi mi raczej o fakt narzucania komuś pewnej "prawdy obiektywnej", że w tym roku to tylko boho i nic innego.


Żyjemy w takich dziwnych czasach, gdy odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania szukamy w internecie. Nie jestem wyjątkiem: gdy czegoś nie wiem, bez wahania zadaję pytanie wujkowi Google. Nie poszukuję jednak odpowiedzi na to, jak żyć - tutaj mam własne przekonania i nie potrzebuję podpowiedzi. Szukam odpowiedzi raczej na pytanie "Co je kowal bezskrzydły?" aniżeli "Co jest modne we wnętrzach w 2019r?". Widzicie absurd ostatniego pytania? Wynika z niego, że już nie mamy prawa mieć własnego zdania, tylko musimy podążać za tłumem. Nie możemy się wyłamać, bo przestaniemy wpisywać się w pewne kanony.

Skąd taki temat posta? Ano stąd, że nie dalej, jak kilka dni temu dane mi było pisać tekst na zlecenie i jego tytuł brzmiał właśnie "w jakim stylu urządzić wnętrze w 2019 roku". Pisząc go, cieszyłam się z tematyki, bo jest mi bliska - więc i stworzenie tekstu było szybkie i przyjemne. W miarę zapełniania edytora  kolejnymi linikami treści zaczęło do mnie docierać, że tak właśnie powstają trendy: przez ciągłe powielanie pewnych stwierdzeń! Założyć się mogę, że nie ja jedna stworzyłam taki tekst i nie ja ostatnia. Potem tylko kwestia odpowiedniego wypozycjonowania strony z taką treścią, kilka dobrych zdjęć do tego i voila!: mamy gotową odpowiedź, jaki jest najgorętszy trend we wnętrzach. I nieważne, czy nam się on podoba, czy nie: skoro odpowiedź na nasze pytanie jest jednoznaczna i umieszczona na pierwszej stronie w wyszukiwarce, to tak z pewnością musi być.


Zatraca się w nas jako w społeczeństwie umiejętność myślenia. Im częściej o tym rozmyślam, tym bardziej mam wrażenie, że internet nas ogłupia. Mimo szerokich możliwości, jakie daje - w zdecydowanej większości powoduje nasz intelektualny upadek.

Ponadto, obserwuję również pewien niepokojący trend: treści naprawdę wartościowe są spychane gdzieś na samo dno beczki zwanej internetem, a na wierzch, niczym oliwa, wypływają dwie frakcje:
po pierwsze intelektualny bełkot, pełen absurdów i bzdur, naszpikowany błędami językowymi do granic możliwości - często tak, że nawet trudno zrozumieć, o co chodziło autorowi.
Po drugie - treści pisane na zamówienie. Dziś, po kilku miesiącach pracy jako copywriter mogę z całą stanowczością powiedzieć, że pół internetu to ten sam cukierek, opakowany w różne papierki. Kłują mnie w oczy treści, które kiedyś stanowiły dla mnie zwyczajny opis produktów - dziś wiem, że za ich napisaniem stoi taki sam szary człowieczek jak ja. Internet opiera się na odpowiednim doborze słów kluczowych. Najważniejszą rolę grają pojęcia takie jak content, SEO, newsletter czy właśnie słowa kluczowe. Dziś nie liczy się autentyczność i chęć przekazania czegoś od siebie - wszystkie działania internetowych twórców mają ten sam cel: dotrzeć do jak najszerszej publiki i ją przy sobie zatrzymać. Nie mówię, że coś złego jest w zarabianiu, bo za coś chleb trzeba kupić (choć i chleb jest dzisiaj wysoce niepoprawny), ale zwyczajnie zbrzydła mi taka forma internetu. Nawet fora internetowe przestały był źródłem w miarę szczerych opinii - do zleceń copywriterów należy bowiem również wyrażanie "pozytywnych" opinii dotyczących konkretnego produktu w dyskusjach na różnych forach.


Jesteś blogerem, youtuberem czy też innym influencerem? Musisz znać się na SEO!
Chcesz prowadzić sklep internetowy? - musisz podjąć szereg działań! Nie wystarczy witryna internetowa. Do tego obowiązkowo wszystkie możliwe social media. Opisy produktów naszpikowane słowami kluczowymi,  a i koniecznie blog - którego treści możesz dodatkowo nafaszerować kolejnymi słowami kluczowymi. Kiedyś było jakby prościej. Dziś - w epoce nadmiaru wszystkiego, trudno się przebić nawet dużemu graczowi, a co dopiero mówić o małej jednostce. Wszystko jednak sprowadza się do tego samego: konsumpcjonizmu!

Byle sprzedać, wciąż więcej i więcej. Człowiek, który się temu sprzeciwia - zostaje zepchnięty na margines jako taki dziwak, który nie korzysta z życia. Jakiego życia, ja się pytam? Nie tak chcę żyć...

Marta

poniedziałek, 11 marca 2019

Co u nas?

W wielu sferach mojego własnego, prywatnego życia osiadłam na laurach: odpuściłam wszelkie projekty DIY, przestałam poszukiwać inspiracji zarówno wnętrzarskich, jak i kulinarnych, zaniedbałam też fotografię i czytanie książek, które przecież tak lubię - ale to wszystko nic. Wszak całą swoją energię skierowałam teraz na co innego, a wszystko to w szczytnym, wspólnym rodzinnym celu. Trochę mi żal, bo naprawdę to lubię - ale i na to wróci kiedyś pora.


Teraz jest nasz czas - czas walki o naszą przyszłość, więc mimo wszelkich przeciwności losu, nie poddajemy się i walczymy zaciekle, mimo kłód rzucanych pod nogi przez los (albo złych wróżb rzucanych przez tych mniej życzliwych... kto wie...).

Najgorzej, gdy już wydaje Ci się, że zaczynasz ogarniać życie - wtedy zawsze, bezwarunkowo musi się coś posypać. Aktualnie żyję więc w zgodzie z sentencją "dobrze, jak nie za dobrze" - to gwarancja, że mi się przypadkiem od dobrobytu w głowie nie poprzewraca :) Cieszę się z drobnostek i tych większych osiągnięć - a do takich z pewnością należą cztery tygodnie przedszkolnej przygody bez przerwy na chorobę :) I choćby młodzież teraz poległa (zgodnie z zasadą "jak pochwalisz, to się zepsuje") - to tych czterech tygodni już nam nikt nie odbierze :) Po 5 miesiącach ciągłych infekcji uznaję to za niebywały sukces i poważny krok naprzód w przedszkolnej karierze :)


Ostatnie tygodnie zaowocowały jednak również dużo poważniejszym odkryciem: po wielu miesiącach drogi przez mękę i występowaniem takich, a nie innych objawów u F., okazało się, że powodem naszych problemów jest... alergia na kota. Tego nikt z nas się nie spodziewał, ale jednocześnie diagnoza uzmysłowiła nam, że chyba czekają nas bardziej radykalne kroki w kierunku zamieszkania w naszym Starym Domu. Doraźnie więc wyciszamy objawy, ale wiemy, że to tylko rozwiązanie tymczasowe.


W międzyczasie staramy się normalnie funkcjonować, mierzymy się - jak każdy - z mniejszymi i większymi problemami dnia codziennego, staramy się ogarniać życie i codziennie poznajemy nowe stopnie rodzicielskiego wtajemniczenia. Te owocują wieloma rozmowami na szczeblu rodzice - syn, a wszystkie one mają na celu utemperowanie jego specyficznego charakteru. Walka jest nierówna, bo nasz pierworodny to najbardziej wyszczekana istota, jaką było mi dane do tej pory poznać. Po głębszej analizie przypadku dochodzę jednak do wniosku, że politykami powinni zostawać czterolatkowie: to taki wiek, gdy na poczekaniu znajduje się rozwiązanie na każde pytanie i problem tego świata. BTW, przeszkodą nie do przeskoczenia jest w tym wieku tylko bałagan, który sami zrobili :)

Siedzimy więc sobie ostatnio, trwa przyjemny niedzielny wieczór, a w pamięci mamy nieznośne zachowanie Młodego przez cały dzień. Tłumaczymy spokojnie i mniej spokojnie - bez rezultatu. W końcu więc, doprowadzona do ostateczności, mówię do niego:
- "Filip, życie to nie są same przyjemności: że się jest szczęśliwym i wszystko jest pięknie i ładnie, leżymy na łące i wąchamy kwiatki..."
Na co mój mąż, który do tej pory nie zabierał głosu:
- "Czasem trzeba powąchać gówienka" :D
Kurtyna.

Życzę Wam więc, byście jednak wąchali te kwiatki. Sobie zresztą też :)

Do napisania
Marta

środa, 6 lutego 2019

Gdzie jestem, jak mnie nie ma i dlaczego mnie (chwilowo) nie będzie?

Nie zliczę, ile godzin spędziłam nad klawiaturą, pisząc do Was posty. Nie wiem, ile cennego czasu poświęciłam, robiąc i obrabiając zdjęcia. Nie był to czas stracony, bo wiele zyskałam (TUTAJ możecie przeczytać więcej), ale jednak nie przyniosły mi te moje działania żadnego zysku. A ja przyznaję dziś: potrzebuję pieniędzy jak nigdy wcześniej. Po to, by móc dalej pracować, by odzyskać niezależność i spokój ducha, by nie zamartwiać się o jutro. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo nie o to chodzi, ale potrzebuję ich. Dużo. Na już. A bank nie jest rozwiązaniem. Dlatego też znikam na jakiś czas. Uciekam stąd i idę tam, gdzie za swoje umiejętność będę wynagradzana w takiej walucie, jaka mi teraz odpowiada najbardziej. I wiecie co? Nie jest mi z tym dobrze, ale przynajmniej mam poczucie, że robię coś dobrego dla domowego budżetu.


Znalazłam się w miejscu, o które bym się nigdy nie posądzała. Nie ma ono żadnego związku z moim wykształceniem ani upodobaniami. Robię to, bo muszę, ale nigdy nie sądziłabym, że umiejętność przelewania myśli na papier stanie się moim źródłem dochodu. Nie jestem profesjonalną copywriterką i nie aspiruję do tego miana, ale życie się tak potoczyło, że umiejętność sklecenia kilku zdań stałą się nagle całkiem przydatna. Nigdy też nie sądziłam, że to właśnie umiejętność parafrazowania tekstów wyniesiona ze studiów stanie się moją domeną!


Ponadto mój rzeczywisty świat kręci się aktualnie wokół lekarzy i aptek: nie zliczę, ile razy w tym krótkim czasie miałam do czynienia z szeroko pojętą służbą zdrowia... Zamknięta jestem w naszych czterech ścianach, życie urozmaicają mi wyjścia do lekarzy, a jedyną różnorodnością w tym zakresie są różne specjalizacje medyków, do których co rusz się wybieram. Domowy krajobraz upstrzony jest oczyszczaczami, nawilżaczami, inhalatorami. Wokół piętrzą się leki i śmiem stwierdzić, że jesteśmy lepiej wyposażeni niż niejedna apteka. Wpadłam w pewien letarg i nie mam sił, by z tym walczyć. Mimo, że naprawdę lubię zimę - w tym roku czekam na wiosnę jak na zbawienie! Szczerze liczę na to, że moja ulubiona pora roku da nam trochę odetchnąć fizycznie i psychicznie - przynosząc nadzieję na spokojniejsze jutro.

A tymczasem spadam - trzymajcie za mnie kciuki i zerkajcie od czasu do czasu na IG - tam jest mnie trochę więcej. Do następnego!

Marta

środa, 2 stycznia 2019

Zeszłoroczny projekt, z którego jestem najbardziej zadowolona - małe podsumowanie rękodzielniczego roku. Plany na 2019.

Długo mnie nie było. Wiem, zdaję sobie z tego sprawę. Blogerka ze mnie marna, ale stawiam przede wszystkim obowiązki offline ponad te wirtualne. A poza tym blog to przecież nie obowiązek, prawda? :) Chyba pierwszy raz od czasu istnienia bloga nie złożyłam Wam życzeń świątecznych ani noworocznych, ale jednak czas mnie pokonał. W tym gorącym grudniowym okresie zdecydowanie Instagram wygrał nad blogiem. 


I tak, czas to coś, czego bym sobie i Wam życzyła w Nowym Roku - poza zdrowiem, oczywiście! Czas to w tej chwili towar wysokiej rangi, produkt deficytowy - coś, czego każdemu w dzisiejszych czasach brakuje. Paradoks naszych czasów polega na tym, że nawet stosunkowo małe dzieci odczuwają jego pęd - mimo, że przecież są tylko dziećmi. Czas - jego brak dobitnie odczuwałam w grudniu, a przecież powinien to być okres spokoju, uważnego przygotowania się do świąt, zwolnienia tempa. No niestety - w tym roku znów się nie udało. Dlatego czas, to coś, co postanowiłam w tym roku bardziej szanować i lepiej wykorzystywać. Nie traktuję tego postanowienia w kategorii postanowień noworocznych. To raczej umowa zawarta z samą sobą. Być może wtedy pozostanie mi więcej wolnych chwil na to, co naprawdę lubię, czyli rękodzieło. Chociaż prawda jest taka, że w dużej mierze ograniczyłam swoją hendmejdową działalność ze względu na brak miejsca - bo przecież ile można zmieścić na tak ograniczonej przestrzeni, jaką w tej chwili dysponujemy? I to nie tak, że nie potrafię rozstawać się z przedmiotami, ale ja z tyłu głowy mam to, że za jakiś czas przeprowadzimy się do naszego Starego Domu i wtedy to wszystko, co stworzyłam, znajdzie w końcu swoje należne miejsce. Dojrzewam do tego, by zacząć bardzo krytycznie podchodzić do swoich pomysłów i eliminować wszystkie, absolutnie wszystkie te, co do których mam choć cień wątpliwości, że mnie nie usatysfakcjonują. Z autopsji wiem, że tak właśnie jest: coś, co mnie nie przekonuje na 100%, leży później odłogiem. Natomiast projekty, w które od początku wierzyłam i w ich realizację włożyłam naprawdę całe serce - te autentycznie cieszą moje oczy przez długi czas. Już teraz staram się odsiewać pomysły pt. "chcę to zrobić, byle coś robić" od tych "zrobię to, bo ma to jakąś wartość". Pewnie mieszanka argumentów ("brak czasu, MIEJSCA, chęci") spowodowała, że mniej tej aktywności pokazywałam na blogu - a czasem zwyczajnie uważałam, że coś nie jest warte tego, by temu poświęcać cały wpis. Jest jednak pewna rzecz, z której jestem szczególnie dumna. Nie jest to może projekt na miarę wszechczasów, ale jego realizacja przyniosła mi wiele satysfakcji, a efekt końcowy jest więcej niż zadowalający. Mowa tu o metamorfozie lampki (którą opisywałam TU - klik). Ta lampka autentycznie mnie cieszy, z prawdziwą przyjemnością z niej korzystamy i wiem - jestem o tym przekonana - że doskonale wpisze się również w klimat wnętrz naszego przyszłego domu. Już nie mogę się tego doczekać! I nie, nie jest mi źle w rodzinnym domu, ale wszystkim nam doskwiera niedostatek miejsca. Każdy chciałaby już odetchnąć i mieć choć kawałeczek swojej własnej przestrzeni, do której nikt inny nie ma wstępu. W tej chwili taką świątynią samotności jest tylko toaleta :)


Nie robię postanowień noworocznych, ale jednak w związku z deficytem miejsca za cel obrałam dalsze porządkowanie przestrzeni wokół nas. Nie jest to najłatwiejsze zadanie w sytuacji, gdy w zastraszającym tempie przybywa zabawek, a coraz większe ubranka dziecięce zaczynają zajmować coraz więcej miejsca w szafie. Właśnie jestem na etapie poszukiwania jakiegoś sprytnego systemu przechowywania zabawek, bo w tej chwili są one dosłownie WSZĘDZIE, a ja nie mam żadnego narzędzia do walki z nimi. Jestem bezbronna jak niemowlę :) Prawdopodobnie moje projekty DIY, których się podejmę w tym roku, będą miały dużo wspólnego z organizacją i planowaniem przestrzeni. Uwielbiam mieć wokół siebie porządek, ale brak miejsca do przechowywania i chyba trochę nadmiar rzeczy powodują, że nie zawsze udaje się utrzymać taki stopień ładu i harmonii, jaki by mnie satysfakcjonował :) 


Nastawiam się więc na zrobienie kilku rzeczy, ale daleka jestem od głębokiego i przemyślanego planowania. Zazwyczaj bowiem moje misternie ułożone plany trafia szlag tak gdzieś drugiego dnia ich realizacji. Mimo to jakieś wyobrażenie swojego nadchodzącego roku należałoby mieć, by wiedzieć do czego się dąży - po to, by z każdym spadkiem motywacji móc sobie przypomnieć, po co to wszystko właściwie robimy. A że wiele o mnie można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jestem mistrzem konsekwencji i samozaparcia, to ta odrobina wizji przyszłości bliższej lub dalszej jest dla mnie na wagę złota. W tym roku nasze cele - jako rodziny i jako firmy - są stricte budowlane. Mamy cichą nadzieję, że być może w tym roku uda nam się wymienić stolarkę okienną w naszym Starym Domu, a to zapoczątkuje szereg zmian wewnątrz... Kto wie? 

Do usłyszenia
Marta