Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papier. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2020

Rękodzieło w czasach koronawirusa: ręcznie robiona kartka na chrzest

Aktualna sytuacja w kraju jest jak pogoda za oknem - każdy ją widzi. Każdy też dostosowuje do niej swoje życie, wdrażając wiele zapomnianych umiejętności i znacznie zwiększając poziom niezależności i samowystarczalności. Pieczenie chleba stało się w okresie największej izolacji wręcz sportem narodowym i właściwie głupio się było przyznać, że ja chleba nie piekłam, tylko kupowałam w pobliskiej piekarni. Nie zmienia to jednak faktu, że ilość wyjść na zakupy spożywcze została przeze mnie ograniczona do minimum i tak się do tego przyzwyczaiłam, że nawet teraz, po złagodzeniu zaostrzeń, nie robię ich zbyt często. Definitywnym znakiem, że należy wybrać się na zakupy, jest u nas brak sera żółtego w lodówce :D


Izolacja wpłynęła jednak bardzo pozytywnie na sferę rękodzielniczą w moim życiu. W tym czasie powstała moja kula ogrodowa z materiałów budowlanych, które miałam w domu (dokładnie TA), uszyłam sobie pierwsze płatki kosmetyczne zero waste - ze starej, zużytej piżamy. Resztka innej tkaniny (btw. ze starej spódnicy, którą częściowo wykorzystałam już do uszycia TEJ poduszki) posłużyła mi do uszycia maseczek ochronnych na twarz... Najświeższym wytworem moich rąk jest z kolei kartka na chrzest, która stanowiła komplet do prezentu.



Z racji tego, że uroczystość odbywała się krótko po ponownym uruchomieniu sklepów, zdawałam sobie sprawę, że ich oferta będzie ograniczona. Ponadto kartki pod względem wizualnym i cenowym pozostawiają często wiele do życzenia, a ich jedyną zaletą jest gotowa treść. Co więc zrobiłam? Ano postanowiłam wrócić do źródeł i zrobić kartkę własnoręcznie. Przyznam, że trochę wyszłam z wprawy, a zgrabiała palce nie chciały mnie słuchać, ale ostateczny efekt nie był chyba najgorszy i przyznam, że dobrze komponował się z resztą prezentu.

Wykorzystałam bardzo proste i ogólnodostępne materiały papiernicze. Zależało mi, żeby front kartki był dokładnie taki sam, jak papier do pakowania prezentów, którego zamierzałam użyć. Przykleiłam więc kawałek tego właśnie papieru na cieniutką tekturę, wycięłam pożądany kształt, a następnie przeszyłam brzegi. Nie wyszło idealnie, bo widoczne były leciutkie pofałdowania papieru, ale nie było to dużym problemem, bo i tak większość tej powierzchni została zakryta przez pozostałe elementy wykończeniowe kartki. Tym sposobem różowy papier stanowi wdzięczne, delikatne tło: robi dobrą robotę, ale nie jest pierwszoplanowym bohaterem.



Pozostałe elementy kartki to kawałki wycięte z białego papieru ozdobnego z postrzępionymi brzegami, własnoręcznie zrobione kwiatki z papieru (w kolorach tych samych, jakie zostały użyte na pozostałej części kartki) - robione dokładnie tym samym sposobem, jak w TYM wpisie oraz wstążka w dwóch delikatnych kolorach. 

Prosto i nieskomplikowanie - pod warunkiem, że ktoś ma jakieś 3 godziny wolnego czasu :D Ja się trochę przeliczyłam z czasem, ale pewnie wynikało to z kiepskiej organizacji miejsca pracy i materiałów. Byłoby prościej, gdybym nie miała wszystkiego pochowanego głęboko w szafkach, a biurko (pisałam o nim TU) byłoby choć odrobinę większe :D Zdążyłam dosłownie na ostatnią chwilę! Chrzest już za nami - idę więc sprzątać ten papierniczy bałagan, który sama zrobiłam, a Was zostawiam z gotową kartką. Inspirujcie się!

Do napisania
Marta

wtorek, 28 stycznia 2020

Osłonka na wazon z papierowej wikliny DIY

Łatwo jest siedzieć komfortowo na kanapie i beznamiętnym wzrokiem oglądać TV. Dużo wygodniej umościć się wśród miękkich poduch, z kubkiem ciepłej herbaty, otulając się puszystym kocem, aniżeli klęczeć na twardej podłodze i tutka za tutką, pleść COŚ. Tym bardziej, gdy to COŚ jest pierwszą rzeczą, która powstaje po dłuższym czasie rękodzielniczej bezczynności. Ręce jakieś niezgrabne, palce nie słuchają. W duchu przeklinam (na głos zresztą nierzadko też) niesforną materię, która nie chce tak, jak ja chcę, żeby ona chciała. Walczę z własną nieporadnością, ale ostatecznie wygrywam walkę zarówno nad materią, jak i własnymi słabościami. Bo pokonałam w końcu lenistwo, niechęć do wieczornych robótek i prokrastynację, które skutecznie odwlekały moment mojego powrotu do rękodzieła.


Co więc powstało w przypływie chęci i motywacji?

Nic wielkiego. Nawet nie ma dla tej rzeczy szczególnej nazwy. Bo jak nazwać to, co powstało? Koszyczek? Osłonka? Sama nie wiem. Wiem tylko, że jej powstanie miało na celu dwie rzeczy, z czego ta druga jest ważniejsza:

1. Po pierwsze: zbliża się sezon na kwiaty - a to oznacza, że mój wazon znów będzie w użytku 24/7. Jako, że to właściwie mój jedyny wazon i trochę mi się opatrzył, postanowiłam go odrobinę podrasować i przyodziać w "wiklinowe" ubranko. To o tyle fajna metoda, że całkowicie odwracalna, a w razie potrzeby osłonka może również służyć za koszyczek lub nawet tacę. Poza tym, ukryje stan wody, która stoi o dzień za długo bez wymiany ;)

2. Po drugie: mam w planach jeden większy projekt, którego realizacja pewnie rozwlecze się w czasie (jak zwykle zresztą :D). Przed jego rozpoczęciem postanowiłam jednak przypomnieć swoim palcom, jak pracuje z wikliną papierową. Jeśli są jeszcze jakieś osoby, które nie miały nigdy do czynienia z tą materią - polecam lekturę wcześniejszych wpisów na ten temat (TEN, TEN i TEN). Papierowa wiklina to materiał, który uwielbiam - ale żeby wyglądał tak, jak sobie tego życzę, wymaga pewnej wprawy. Tym bardziej, że to, co docelowo powstanie, ma stanowić element wyposażenia naszego Starego Domu ;P


W przypadku mojej osłonki, rurki zostały ukręcone z cieniutkich kartek pochodzących ze starego magazynku reklamowego, a całość - po wypleceniu - została pomalowana popielatą farbą (sama nie wiem: akrylową? lateksową? - nie mam pojęcia, bo to kolor, który namieszałam jakiś czas temu w wiaderku po maśle klarowanym i w tym pojemniku farba stała sobie aż do teraz. Wiaderka oczywiście nie podpisałam :D)


Koszt: zerowy - bo wszystkie niezbędne materiały już miałam. Zresztą - przyznajmy - nie potrzeba ich wiele, by stworzyć coś z papierowej wikliny. Najważniejsze to spróbować i nie zniechęcać się przy pierwszych niepowodzeniach. Przy odrobienie wprawy mogą powstawać cudowne przedmioty: cudowne z punktu widzenia estetyki i z punktu widzenia zawartości portfela. Wyplatanie z wikliny papierowej jest bowiem bardzo tanie, a daje tyyyle frajdy! To co, spróbujesz?

Marta

piątek, 5 kwietnia 2019

Wielkanocny zając DIY

Sama się sobie dziwię: ja, która nie przepadam za Świętami Wielkanocnymi, z takim wyprzedzeniem zrobiłam świąteczną dekorację. Prawdę mówiąc, to czysty przypadek: zainspirowała mnie figura dużego, przepięknego zająca, którego zobaczyłam na Instagramie u @marzena.marideko. Wiedziałam, gdzie mogłabym kupić coś podobnego - ale zdawałam sobie również sprawę, że w tym roku ze względów finansowych z pewnością tego nie zrobię (dlaczego? Możecie przeczytać TUTAJ). 



Przez klika dni myśl o zającu wciąż jednak krążyła po mojej głowie, nie dając mi spokoju. W końcu mnie olśniło: przecież mogę sobie takiego zająca zrobić sama! Zdawałam sobie sprawę, że to nie będzie wierne odwzorowanie, ale koniecznie chciałam spróbować - chociaż trudno upodobnić papierowy twór do figury wykonanej z ceramiki. Zwłaszcza, jeśli robi się coś po raz pierwszy :)



Tak, dobrze czytacie: swojego zająca zrobiłam z papieru. Za bazę posłużyła mi pusta butelka po 1,5 litrowej wodzie mineralnej, do której dokleiłam odpowiednio zgniecione papierowe elementy. Wykorzystałam do tego celu gazetki reklamowe, które mają cienki, łatwy do kształtowania papier. W taki sposób powstała moja baza, na którą następnie za pomocą rozcieńczonego wodą wikolu przyklejałam kawałki ręcznika papierowego. W akcie desperacji sprawdził się też papier toaletowy :) choć szczerze mówiąc, lepiej się pracowało z ręcznikiem papierowym, który był grubszy i nie darł się tak szybko. Gotowego, suchego zająca pomalowałam szarą farbą, która została mi po metamorfozie lampki (tej TU).  Mój wielkanocny zając DIY nie kosztował mnie praktycznie nic, gdyż wszystkie surowce potrzebne do jego wykonania miałam w domu. Tak naprawdę potrzeba było bardzo niewiele materiałów, trochę zaangażowania i pracy, by w kilka wieczorów powstało coś niepowtarzalnego. 



Znając siebie i swoją niechęć do wielkanocnego dekorowania, pewnie ten zając będzie jedyną ozdobą naszych czterech kątów. Później zniknie w czeluściach kartonu, ale jestem pewna, że w przyszłym roku z przyjemnością go wyciągnę - być może już w naszym Starym Domu :)


Do napisania
Marta

środa, 10 października 2018

Październik w kolorze wrzosów

Rzadko mi się to zdarza - a prawdę mówiąc zdarzyło mi się teraz po raz pierwszy: że potrzeba wprowadzenia odrobiny koloru w domu naszła mnie jesienią, a nie wiosną. Dziwne to i nienormalne, ale podążyłam za tą wizją. Zmiany nie są wielkie ani spektakularne. Nie kosztowały mnie też ani grosza. Istotą moich wnętrzarskich modyfikacji jest umiejętne żonglowanie tym, co już posiadam. Wyciągnęłam więc delikatne, wrzosowe zasłony i właśnie one filtrują teraz pięknie jesienne słońce wpadające przez okno. Nie byłabym sobą, gdybym znowu czegoś nie ukręciła własnymi rękami: żeby w jakiś sposób nawiązać do tego niecodziennego dla mnie koloru, postanowiłam zrobić wiszący koszyczek na mojego patyczaka, który ma coraz dłuższe odnogi. Do tej pory stał sobie spokojnie na parapecie, ale mając na uwadze tempo jego wzrostu obawiam się, że już niedługo jego pędy sięgałyby do grzejnika - co, zważywszy na rozpoczynający się sezon grzewczy, raczej nie byłoby dla niego korzystne. 


W ruch poszła papierowa wiklina i próbki farb, które miałam w domu. Ten pomysł jest też poniekąd podyktowany chęcią zmniejszenia ilości niepotrzebnych czasopism. Postanowiłam skręcić z nich rurki i w ten sposób wykorzystać zalegające magazyny - żal mi je było wyrzucić, ale nie są mi już potrzebne. 
Z uzyskanych tą drogą papierowych rurek uplotłam najprostszą możliwą osłonkę na doniczkę. Planowałam ową osłonkę zawiesić na cienkim, skórzanym pasku, ale ten plan legł w gruzach, gdy pod wpływem ciężaru cała osłonka/koszyczek zaczęła się rozjeżdżać. Ostatecznie więc skończyło się na naturalnym sznurku. Całość wisi w oknie, na zawieszonej w jego świetle gałęzi. Stanowi jednocześnie ozdobę, jak i niewielką barierę dla wścibskich oczu sąsiadów. No i - co równie ważne - manewr ten spowodował zwolnienie przestrzeni na parapecie, a to pozwoli na legalne przeniesienie do domu kolejnej roślinki... ;)


Upleciony element pomalowałam najpierw czarną bejcą, a następnie (suchym pędzlem) potraktowałam farbą, którą sama wymieszałam. Połączyłam trochę próbki w kolorze "lilac" z odrobiną farby  w odcieniu grafitowym. Wiedziałam bowiem, że żaden gotowy kolor nie będzie odpowiadał moim wyobrażeniem - bo ja chciałam uzyskać przydymiony fioleto-róż :) Udało się - kolor wyszedł dokładnie taki, jak chciałam. Jest blady, nie do końca określony i świetnie wpasował się w ogólną (chwilową, oczywiście!) koncepcję kolorystyczną pomieszczenia.
Założyłam sobie, że wytrwam w tym kolorze do świąt - choć nie jest to takie oczywiste, bo kolory szybko mnie męczą. Niemniej jednak do świąt nie pozostało aż tak dużo czasu i być może nawet wytrzymam... W kolejce do zrobienia jest jeszcze taca, która również ma powstać z papierowej wikliny. Chciałabym bowiem, aby ten kolor pojawił się też jako akcent w innym miejscu pokoju, nie tylko w oknie :)


Tym sposobem, nie ponosząc żadnych, absolutnie żadnych kosztów, udało mi się delikatnie odmienić nasze cztery kąty. Ja jestem usatysfakcjonowana, mój portfel również :) Niech to będzie dowód, że zmiana aranżacji nie musi kosztować majątku - wprost przeciwnie! Dekorowanie domu może być doskonałym sposobem na ćwiczenie kreatywności i rozwijanie wyobraźni. 

No i lubię to, po prostu :)
Marta

niedziela, 24 czerwca 2018

Drugie życie starego słoika

Ileż to rzeczy wyrzucamy, nie zastanawiając się, jaki będzie ich dalszy los - to wie tylko Matka Ziemia, która te wszystkie śmieci musi udźwignąć. Bezrefleksyjnie pozbywamy się tego, co nam już niepotrzebne, wyrzucamy (nierzadko) gdzie popadnie, wodę marnujemy na potęgę a góra śmieci rośnie w zatrważającym tempie.


W odpowiedzi na ten stan powstała idea "zero waste", która w dość radykalny sposób ogranicza ilość wyprodukowanych śmieci, ale też w wielu przypadkach pozbawia zwykłej radości życia - gdy trzeba wciąż pokutować za (śmieciowe) grzechy swoje i innych. Mniej restrykcyjny wydaje się ruch "less waste", którego "wyznawcy" starają się ograniczyć ilość wyrzucanych śmieci. I to się chwali. I to jest krok w dobrą stronę. Teraz należałoby tę ideę rozpropagować. My jako społeczeństwo stoimy jednak na trochę straconej pozycji, bo przeciwko sobie mamy ogromne koncerny i ogromne pieniądze. Dopóki nie zmieni się świadomość społeczna, dopóty będziemy zalewani całą masą niepotrzebnych przedmiotów i zbędnych opakowań.


A może zwyczajnie wystarczyłoby zastanowić się, czy my, w prostych krokach nie wymagających od nas nadmiernych poświęceń - nie moglibyśmy w jakiś sposób środowisku i - całkiem przy okazji - naszemu portfelowi?

Robiąc porządki w naszym Starym Domu wiele przedmiotów byliśmy zmuszeni wyrzucić - bo były stare, zniszczone i zużyte. Wiele rzeczy jednak zostawiliśmy z myślą o tym, by dać im drugie życie. I choć część z nich może się wydać absurdalna (jak np.stare słoiki czy blat stołu), to jednak się nie zrażamy. Ze starych słoików można zrobić wiele urokliwych rzeczy, a na deski z owego dębowego blatu pomysł ma mój mąż. Czasem wystarczy odrobina wyobraźni, by z niczego zrobić coś nietuzinkowego.


Słoiki to zresztą wdzięczny przedmiot do przeróbek. Chyba najpopularniejszym kierunkiem zmian jest przekształcenie słoika w świecznik. Nie mniej popularne są wazony ze słoików czy pojemniki do przechowywania. Oczywiście nie mówię o tym, by przerabiać wszystko jak leci i mieć cały dom zasypany tylko słoikami pod każdą postacią. Bardziej chodzi mi o refleksję, gdy trafi nam się słoik o ładnym kształcie lub gdy planujemy kupić np. nowy świecznik. Zastanówmy się w tym momencie, czy naprawdę potrzebujemy tego nowego świecznika? A jeśli tak, to czy nie moglibyśmy zrobić go sami? Zaś ciekawy słoik, czy mógłby nam się do czegoś przydać? Np. do zrobienia prezentu w słoiku? Pomyśl, wysil swoją wyobraźnie i wyzwól kreatywność - zobaczysz, efekty mogą być zaskakujące!

Ja takie stare słoiki uwielbiam od zawsze, wiedziałam więc, że te właśnie zostaną z nami na dłużej. Pomysłów na ich metamorfozę mam mnóstwo, ale jeden szczególnie przypadł mi do gustu. A że mam teraz fazę na papierową wiklinę, to realizacja była niezwykle prosta: trochę skręconych rurek, trochę bejcy, odrobina lakieru akrylowego, kawałeczek czarnej skóry i owy słoik - daje nam w efekcie przedmiot dwufunkcyjny. W moich wyobrażeniach miał być świecznikiem, ale okazało się, że doskonale sprawdza się również jako wazonik - i sama nie wiem, w której wersji mi się bardziej podoba...

Nie każdy musi mieć zmysł dekoratorski. Nie każdemu musi się chcieć dawać przedmiotom drugie życie. Nie każdy czuje taką potrzebę i nie każdy dobrze się czuje w takiej stylistyce i wśród staroci. Ja to rozumiem i szanuję.


Sama nie jestem bez winy. Nie wyznaję "zero waste", bo chcę korzystać z życia i cieszyć się nim. Serce mnie jednak boli, gdy widzę, jak moje ulubione produkty pakowane są w zbędne opakowania, a ja jako konsument nie mam możliwości wyboru. Jak wyrzucane są dobrze zachowane drewniane meble. Jak wszędzie zalewa nas fala plastiku, którego szczerze nienawidzę... Staram się więc walczyć z tym na swój sposób. Jeśli czegoś naprawdę nie potrzebuję - to staram się nie kupować. Jeśli mogę zrobić coś samodzielnie, to robię - mój portfel (i mąż też!) jest mi wtedy wdzięczny. Jeśli robię - to staram się używać materiałów z odzysku i korzystać z tego, co już mam. Jeśli mogę naprawić - naprawiam. To naprawdę niewiele, a daje ogromną satysfakcję!

A jak Wy podchodzicie do tematu recyklingu?

Marta