Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zero waste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zero waste. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2020

Rękodzieło w czasach koronawirusa: ręcznie robiona kartka na chrzest

Aktualna sytuacja w kraju jest jak pogoda za oknem - każdy ją widzi. Każdy też dostosowuje do niej swoje życie, wdrażając wiele zapomnianych umiejętności i znacznie zwiększając poziom niezależności i samowystarczalności. Pieczenie chleba stało się w okresie największej izolacji wręcz sportem narodowym i właściwie głupio się było przyznać, że ja chleba nie piekłam, tylko kupowałam w pobliskiej piekarni. Nie zmienia to jednak faktu, że ilość wyjść na zakupy spożywcze została przeze mnie ograniczona do minimum i tak się do tego przyzwyczaiłam, że nawet teraz, po złagodzeniu zaostrzeń, nie robię ich zbyt często. Definitywnym znakiem, że należy wybrać się na zakupy, jest u nas brak sera żółtego w lodówce :D


Izolacja wpłynęła jednak bardzo pozytywnie na sferę rękodzielniczą w moim życiu. W tym czasie powstała moja kula ogrodowa z materiałów budowlanych, które miałam w domu (dokładnie TA), uszyłam sobie pierwsze płatki kosmetyczne zero waste - ze starej, zużytej piżamy. Resztka innej tkaniny (btw. ze starej spódnicy, którą częściowo wykorzystałam już do uszycia TEJ poduszki) posłużyła mi do uszycia maseczek ochronnych na twarz... Najświeższym wytworem moich rąk jest z kolei kartka na chrzest, która stanowiła komplet do prezentu.



Z racji tego, że uroczystość odbywała się krótko po ponownym uruchomieniu sklepów, zdawałam sobie sprawę, że ich oferta będzie ograniczona. Ponadto kartki pod względem wizualnym i cenowym pozostawiają często wiele do życzenia, a ich jedyną zaletą jest gotowa treść. Co więc zrobiłam? Ano postanowiłam wrócić do źródeł i zrobić kartkę własnoręcznie. Przyznam, że trochę wyszłam z wprawy, a zgrabiała palce nie chciały mnie słuchać, ale ostateczny efekt nie był chyba najgorszy i przyznam, że dobrze komponował się z resztą prezentu.

Wykorzystałam bardzo proste i ogólnodostępne materiały papiernicze. Zależało mi, żeby front kartki był dokładnie taki sam, jak papier do pakowania prezentów, którego zamierzałam użyć. Przykleiłam więc kawałek tego właśnie papieru na cieniutką tekturę, wycięłam pożądany kształt, a następnie przeszyłam brzegi. Nie wyszło idealnie, bo widoczne były leciutkie pofałdowania papieru, ale nie było to dużym problemem, bo i tak większość tej powierzchni została zakryta przez pozostałe elementy wykończeniowe kartki. Tym sposobem różowy papier stanowi wdzięczne, delikatne tło: robi dobrą robotę, ale nie jest pierwszoplanowym bohaterem.



Pozostałe elementy kartki to kawałki wycięte z białego papieru ozdobnego z postrzępionymi brzegami, własnoręcznie zrobione kwiatki z papieru (w kolorach tych samych, jakie zostały użyte na pozostałej części kartki) - robione dokładnie tym samym sposobem, jak w TYM wpisie oraz wstążka w dwóch delikatnych kolorach. 

Prosto i nieskomplikowanie - pod warunkiem, że ktoś ma jakieś 3 godziny wolnego czasu :D Ja się trochę przeliczyłam z czasem, ale pewnie wynikało to z kiepskiej organizacji miejsca pracy i materiałów. Byłoby prościej, gdybym nie miała wszystkiego pochowanego głęboko w szafkach, a biurko (pisałam o nim TU) byłoby choć odrobinę większe :D Zdążyłam dosłownie na ostatnią chwilę! Chrzest już za nami - idę więc sprzątać ten papierniczy bałagan, który sama zrobiłam, a Was zostawiam z gotową kartką. Inspirujcie się!

Do napisania
Marta

poniedziałek, 16 marca 2020

Resztkowe muffiny - czyli kuchnia zero waste

Poniższy tekst napisałam kilkanaście dni temu - nie przewidując, jakiego znaczenia nabierze dziś. Biorąc pod uwagę okoliczności, treść posta wydaje się być bardzo na miejscu. Gdy już skończy się koszmar obecnych i nadchodzących dni, sytuacja trochę się uspokoi, a nasze półki w szafkach uginać się będą od marnującego się jedzenia - ten post będzie jak znalazł.

Bardzo nie lubię marnować jedzenia. Boli mnie serce, gdy wyrzucam żywność mając świadomość, że na drugim krańcu świata ktoś właśnie umiera z głodu. Nie wspomnę też o tym, że każdy wyrzucony kęs to również wyrzucony pieniądz, na który każdy z nas musi przecież tak ciężko pracować. Coraz częściej więc zdarza mi się wyszukiwać przepisy, które pozwalają na wykorzystanie nawet tych produktów, które pozornie już nie nadają się do użycia. Bardzo zwiędłe owoce, pomarszczone papryki, o których świat zapomniał czy okruchy po płatkach kukurydzianych - to tylko nieliczne przykłady produktów, które z powodzeniem można jeszcze wykorzystać w kuchni, tworząc smakowite danie.


Ostatnio znalazłam przepis na ciasto "resztkowe" - wykorzystujące pomarszczone, nie pierwszej świeżości owoce.  Wiedząc, że i u mnie takie zalegają, postanowiłam spróbować, czy może z nich powstać coś na kształt smacznego wypieku. Na własnych kubkach smakowych przekonałam się, że tak - i aż szkoda byłoby zachować przepis tylko dla siebie. Zamiast ciasta zrobiłam jednak muffinki i to był strzał w 10-tkę! Częstujcie się więc przepisem i dzielcie z innymi, bo warto:

Przepis na ciasto/muffiny z tego, co masz w domu:
- 2 szklanki mąki (i tu mój patent: 1/3 szklanki mąki zastąpiłam zmielonymi kakaowymi płatkami kukurydzianymi. Kojarzycie: to te pokruszone resztki w opakowaniu, których ja osobiście nie lubię wsypywać do mleka. Zbierałam je więc przez jakiś czas, a później zmieliłam na pył i potraktowałam jako część mąki)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1 dojrzały banan
- kilka zwiędłych śliwek (w moim przypadku 1 śliwka i jedna bardzo miękka gruszka)
- 1 jajko
- 100g masła lub oleju
- garść posiekanych orzechów (pominęłam)
- pół szklanki suszonej żurawiny (dałam garść)
- 1,5 łyżeczki przyprawy do piernika (zastąpiłam cynamonem)

Śliwki pokroić w małą kostkę, banana rozdrobnić widelcem. Masło rozpuścić, a po ostudzeniu wymieszać z jajkiem. Mąkę połączyć z sodą i proszkiem, potem wlać masło, na końcu pozostałe dodatki i wymieszać. Przepis wskazuje, by tak przygotowaną masę przelać do wysmarowanej masłem tortownicy i piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 55 minut. Ja jednak zdecydowałam, że upiekę muffiny zamiast ciasta i to było super posunięcie. Muffiny piekłam 30 minut w temperaturze 180 stopni - miały fantastyczną, chrupiącą "skorupkę" i miękki środek i oczywiście najlepiej smakowały jeszcze ciepłe.


Smacznego!
Marta

czwartek, 5 marca 2020

Torba codzienna (DIY)

Miałam niedawno tę (nie)przyjemność zawitać do galerii handlowej. To dla mnie niecodzienne wydarzenie, bo na palcach jednej ręki mogłabym policzyć swoje wizyty w „świątyni zakupów” w ostatnim roku. Jako, że wizyta ta przypadła na gorący czas wyprzedaży, z przerażeniem patrzyłam na piętrzące się w każdym sklepie ubrania: przerażała mnie zarówno skala zatowarowania, jak i ilość plastiku, w jaki te produkty są zapakowane. Nie było sklepu, w którym nie byłoby bieżącej dostawy nowego towaru. Hałdy ubrań, które rano pracownice sklepu, spiesząc się jak w ukropie, starają się we względnym porządku poukładać na półkach, a które później dziki tłum napalonych klientów i tak rozwali… Straszne to było doświadczenie, ale jednocześnie jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że droga, którą kroczę, jest słuszna. Nie mówię, że nie kupuję ubrań – bo kupuję. Ale na zakupy wybieram się wtedy, kiedy czegoś potrzebuję, a jeśli już zdarza mi się wybrać na „shopping” bez większej potrzeby, to i tak zazwyczaj kończy się on fiaskiem – nawet w lumpeksach. 


Moje wymagania znacznie wzrosły: już nie kupuję czegoś tylko dlatego, że jest tanie. Zdecydowanie częściej patrzę na skład, wybierając ubrania z naturalnych materiałów. Duże znaczenie ma też ponadczasowość ubrania: ma pasować do innych elementów w mojej szafie, bym mogła tworzyć niezliczoną ilość pasujących do siebie zestawów. Chyba mi się to udaje, bo już od długiego czasu nie powiedziałam: „nie mam się w co ubrać”. Wprost przeciwnie: ilość udanych zestawów, które tworzą moje ubrania, powoduje, że czasem mam aż za dużo pomysłów... Ale to chyba dobrze J

Przez długi czas moi ulubionym codziennym zestawem były dżinsy, koszula i obszerny kardigan. To był idealny zestaw na wiosnę, jesień i zimę. Problem w tym, że trochę mi się przejadł. W tym roku łaskawiej więc spojrzałam na sukienki: zestawione z ciepłymi rajstopami, kozakami i dżinsową kataną wyglądają świetnie i – co ważne – jest mi w tym zestawie bardzo wygodnie.


Z racji zbliżającej się rodzinnej uroczystości potrzebowałam ostatnio jakiegoś stroju na wyjście. Mój wybór padł na zwykłą, prostą, basicową czarną sukienkę, którą z powodzeniem wykorzystam teraz, jak i później. Uwielbiam takie zakupy – zwłaszcza, że kiecka kosztowała 13zł J Zestawiona z żakietem i wysokimi, eleganckimi kozakami sprawdziła się na eleganckim, zimowym przyjęciu, ale równie dobrze będzie wyglądać w połączeniu z dżinsową kataną (też sh – 7zł) i białymi trampkami. Całości dopełni pojemna torba – torbiszcze wręcz, którą postanowiłam sobie uszyć w tamtym roku.

Torba DIY

Ma wiele niedociągnięć i niedoskonałości, ale jest w całości moja, a do jej stworzenia wykorzystałam tylko półprodukty, które miałem w domu. Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłam jakąś nową torebkę – wszystkie, które mam, pochodzą z sh, są ze skóry i służą mi już bardzo długo. Przestałam kupować torebki z ekoskóry i innych imitacji, bo strasznie irytowało mnie, że tak szybko się niszczą: z daleka nie wyglądały jeszcze tak źle, ale gdy przyjrzeć się z bliska, można było zauważyć spękania i łuszczenie się w newralgicznych miejscach. Moje serce wtedy krwawiło: żal mi było dobrej jeszcze (pozornie) torebki, ale też nie chciałam chodzić jak obdartus. Wyjście było jedno: przestać kupować takie torebki. To było najlepsze z możliwych rozwiązań i praktykuję je do dziś. Gdy więc w tamtym roku stwierdziłam, ze potrzebuję dużej torby, postanowiłam uszyć ją sama – albowiem w sh akurat nie znalazłam żadnej odpowiedniej do moich potrzeb. 


Zdecydowanie brakuje mi w niej wewnętrznej kieszonki na telefon komórkowy – ale wszycie jej przewyższało moje nikłe umiejętności krawieckie. Pomijając to – torba jest super pojemna, ma zwijaną górną część, która w magiczny sposób powiększa pojemność torby w razie nieprzewidzianych zakupów i pasuje do większości moich stylówek. Gdybym miała kupować coś nowego, pewnie byłby to jakiś produkt naszej rodzimej marki Me&Bags, których produkty idealnie trafiają w mój gust. Tym razem jednak postanowiłam sama zmierzyć się z wyzwaniem, jakim było własnoręczne uszycie torebki. Nie jest idealna. Ja widzę jej defekty i Wy z pewnością również, ale noszę ją regularnie, chętnie i bez wstydu – i niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba :)

Do napisania
Marta

wtorek, 28 stycznia 2020

Osłonka na wazon z papierowej wikliny DIY

Łatwo jest siedzieć komfortowo na kanapie i beznamiętnym wzrokiem oglądać TV. Dużo wygodniej umościć się wśród miękkich poduch, z kubkiem ciepłej herbaty, otulając się puszystym kocem, aniżeli klęczeć na twardej podłodze i tutka za tutką, pleść COŚ. Tym bardziej, gdy to COŚ jest pierwszą rzeczą, która powstaje po dłuższym czasie rękodzielniczej bezczynności. Ręce jakieś niezgrabne, palce nie słuchają. W duchu przeklinam (na głos zresztą nierzadko też) niesforną materię, która nie chce tak, jak ja chcę, żeby ona chciała. Walczę z własną nieporadnością, ale ostatecznie wygrywam walkę zarówno nad materią, jak i własnymi słabościami. Bo pokonałam w końcu lenistwo, niechęć do wieczornych robótek i prokrastynację, które skutecznie odwlekały moment mojego powrotu do rękodzieła.


Co więc powstało w przypływie chęci i motywacji?

Nic wielkiego. Nawet nie ma dla tej rzeczy szczególnej nazwy. Bo jak nazwać to, co powstało? Koszyczek? Osłonka? Sama nie wiem. Wiem tylko, że jej powstanie miało na celu dwie rzeczy, z czego ta druga jest ważniejsza:

1. Po pierwsze: zbliża się sezon na kwiaty - a to oznacza, że mój wazon znów będzie w użytku 24/7. Jako, że to właściwie mój jedyny wazon i trochę mi się opatrzył, postanowiłam go odrobinę podrasować i przyodziać w "wiklinowe" ubranko. To o tyle fajna metoda, że całkowicie odwracalna, a w razie potrzeby osłonka może również służyć za koszyczek lub nawet tacę. Poza tym, ukryje stan wody, która stoi o dzień za długo bez wymiany ;)

2. Po drugie: mam w planach jeden większy projekt, którego realizacja pewnie rozwlecze się w czasie (jak zwykle zresztą :D). Przed jego rozpoczęciem postanowiłam jednak przypomnieć swoim palcom, jak pracuje z wikliną papierową. Jeśli są jeszcze jakieś osoby, które nie miały nigdy do czynienia z tą materią - polecam lekturę wcześniejszych wpisów na ten temat (TEN, TEN i TEN). Papierowa wiklina to materiał, który uwielbiam - ale żeby wyglądał tak, jak sobie tego życzę, wymaga pewnej wprawy. Tym bardziej, że to, co docelowo powstanie, ma stanowić element wyposażenia naszego Starego Domu ;P


W przypadku mojej osłonki, rurki zostały ukręcone z cieniutkich kartek pochodzących ze starego magazynku reklamowego, a całość - po wypleceniu - została pomalowana popielatą farbą (sama nie wiem: akrylową? lateksową? - nie mam pojęcia, bo to kolor, który namieszałam jakiś czas temu w wiaderku po maśle klarowanym i w tym pojemniku farba stała sobie aż do teraz. Wiaderka oczywiście nie podpisałam :D)


Koszt: zerowy - bo wszystkie niezbędne materiały już miałam. Zresztą - przyznajmy - nie potrzeba ich wiele, by stworzyć coś z papierowej wikliny. Najważniejsze to spróbować i nie zniechęcać się przy pierwszych niepowodzeniach. Przy odrobienie wprawy mogą powstawać cudowne przedmioty: cudowne z punktu widzenia estetyki i z punktu widzenia zawartości portfela. Wyplatanie z wikliny papierowej jest bowiem bardzo tanie, a daje tyyyle frajdy! To co, spróbujesz?

Marta

czwartek, 3 października 2019

Nie uratuję Ziemi, ale mogę jej pomóc...


Jaki jest nasz świat - każdy widzi. Potrafi być piękny i ujmujący, choć często zdarza nam się tego nie zauważać. Ale jest też przerażająco brudny. Choć udajemy, że tego nie widzimy, prawda jest brutalna i straszna.

Nigdy nie kręciły mnie żadne eko-terrorystyczne działania, ale zawsze czułam, że nie mogę przechodzić obojętnie obok tego, co się dzieje. Postanowiłam więc wprowadzić pewne małe kroki w naszym domu, które mają choć w niewielkim stopniu pomóc naszej planecie. 



Jak być bardziej eko - proste działania

1. Jedna z najprostszych rzeczy, jakie można zrobić dla świata, to zakupy do własnych toreb i woreczków. O ile płatne, grube reklamówki zdarza mi się kupować bardzo, bardzo rzadko, o tyle cienkie "zrywki" przez długi czas były moją zmorą. Bardzo długo obiecywałam sobie, że uszyję sobie recyklingowe siatki z firanki i gdy pewnego dnia to nastąpiło, moje zakupy weszły w nowy wymiar! Mimo, że w naszym wiejskim Dino jestem chyba jedyną osobą, która korzysta z tego wynalazku, to wszystkie Panie (i Panowie) już się do nich przyzwyczaili. Co ważne - nigdy nikt mi nie powiedział złego słowa ani nie zaśmiał się prosto w twarz z tego powodu. Jeśli zdarzy mi się spontanicznie wejść do sklepu i nie mam przy sobie torby na zakupy - szukam alternatywy (np. pustego kartonu) - byle tylko nie przynosić plastiku do domu, bo moja niechęć to tworzyw sztucznych z roku na rok jest coraz silniejsza. Jeśli chodzi o torby, to warto wybrać takie, które mają wzmacniane uszy - takie modele nosi się wygodniej, bo nie wpijają się w palce ani w ramię. Najważniejsze jednak, by w ogóle je nosić: nieważne, czy będzie to darmowa torba reklamowa, czy taka, którą sama uszyłaś, czy kupiona (mnie urzekły te TUTAJ - no ale ja mam tendencję do nieświadomego wybierania najdroższych rzeczy :D)


2. Co mnie chyba najbardziej boli, to wyrzucanie jedzenia. Nie powiem, że nam się to nie zdarza - bo zdarza się. Na szczęście coraz rzadziej. Co jakiś czas robię przegląd lodówki i na podstawie zawartości tracącej swoją świeżość, staram się wymyślić jakieś sensowne i zjadliwe danie. Ze zwiędniętych warzyw można zrobić doskonałą zapiekankę lub sos warzywny, ze starego pieczywa pudding chlebowy lub chrupiące grzanki, z bardzo dojrzałych bananów upieczesz doskonały chlebek bananowy, a kilka zawieruszonych plasterków sera doskonale zwieńczy zapiekankę lub wzbogaci smak sosu serowego. Kreatywność to słowo - klucz, by nie marnować jedzenia lub marnować go jak najmniej.

3. Kiedy tylko mogę, rezygnuję z jazdy samochodem na rzecz roweru. Wiosna to moja ulubiona pora roku bo poza tym, że wszystko budzi się do życia, to jeszcze po długim okresie stagnacji mogę w końcu wsiąść na rower i poczuć przyjemny wiatr we włosach. Tak, wiem - nic nie stoi na przeszkodzie, by jeździć na rowerze również zimą, ale ja nie lubię. Jestem typem zmarzlucha i jest mi wtedy zimno i nieprzyjemnie - a nie o to chodzi, by swoje przyjemności sprowadzać do rangi przymusu i obowiązku. Przy okazji przypomniał mi się mój bardzo osobisty rowerowy wpis - jak macie ochotę, to zerknijcie TUTAJ.

4. W tym roku znacząco ograniczyłam zakupy. Prawdopodobieństwo, że spotkasz mnie "na mieście", jest praktycznie zerowe. Na zakupy udaję się tylko wtedy, gdy naprawdę muszę i nie sprawiają mi one żadnej przyjemności. Trochę inaczej wygląda sprawa zakupów w lumpeksach - tu dreszczyk emocji, gdy upolujesz jakąś perełkę powoduje, że bardzo je lubię, ale od stycznia również znacząco je ograniczyłam i mogę szczerze powiedzieć, że nie czuję się przez to gorzej. Ponadto moje zakupy są coraz bardziej przemyślane i coraz mniej zbędnych rzeczy trafia pod nasz dach. W sklepach nie kuszą mnie najnowsze kolekcje, a wszelkie jednosezonowe trendy omijam szerokim łukiem - nieważne, czy dotyczy to ubrań, czy wyposażenia wnętrz. Jestem odporna na nowinki i z pobłażliwym uśmiechem słucham reklam, które nawołują, że "musisz to mieć". Nie muszę. Nie oznacza to, że nie kupuję absolutnie nic. Owszem, kupuję - jak każdy, ale moje zakupy są przemyślane i zawsze poprzedzone absolutnie niezbędnym dla mnie pytaniem "czy na pewno?" - więcej o moim procesie zakupowym możecie przeczytać TUTAJ.

5. Uwielbiam czytać książki, ale czasem z premedytacją rezygnuję z tej przyjemności. Wszystko dlatego, że gdy już wciągnie mnie fabuła, to nie potrafię się oderwać od książki - co skutkuje nieprzespanymi nocami i zawalonymi obowiązkami. Jeśli jednak już się skuszę, to korzystam z dobrodziejstw naszej biblioteki, która - choć wiejska - jest całkiem przyzwoicie zaopatrzona. Wyjątek stanowią książki, do których zamierzam wracać - jak np. książki kucharskie, czy podręczniki (np. "Finansowy Ninja" Michała Szafrańskiego - kto nie zna, szczerze polecam! To książka, która mocno otworzyła mi oczy na świat finansów domowych i do której wracam bardzo często. Jeśli nie znacie Michała Szafrańskiego, to polecam Wam jego bloga "Jak oszczędzać pieniądze?", a jego książka jest warta każdych pieniędzy - możecie ją kupić TUTAJ)


6. Moje minimalistyczne zakupy dotyczą również kosmetyków. W tej chwili używam podstawowych kosmetyków do higieny osobistej (mydło, żel pod prysznic, szampon i maska do włosów, sporadycznie jakiś peeling, do tego dezodorant i woda toaletowa). Moja gama kosmetyków do makijażu jest jeszcze bardziej ograniczona: puder w kamieniu, pomadka i kredka do brwi (sporadycznie) i koniecznie pomadka ochronna (zawsze bebe różana lub klasyczna). Do tego płyn micelarny i już! Jeśli już mowa o płynie micelarnym i związanym z nim demakijażem, to usilnie myślę o płatkach kosmetycznych wielokrotnego użytku i nadejdzie kiedyś taki dzień, gdy sobie je w końcu uszyję. Dążę do tego, by moją pielęgnację uprościć jak tylko się da! Coraz częściej zamiast żelu pod prysznic używamy mydła w płynie, które podbieramy synowi. Kupujemy zawsze 5-litrowy zapas hipoalergicznego mydła "Biały jeleń" (dokładnie takiego jak TUTAJ) - dzięki czemu wystarcza na dłużej i wychodzi taniej. Jeszcze nie dorosłam do tego, by przerzucić się na mydła i szampony w kostkach - ale może i na to przyjdzie kiedyś czas.

7. Kupiłam sobie butelkę termiczną i korzystałam z niej przez całe lato. Okazało się, że to dla mnie rozwiązanie idealne! Lubię pić wodę, ale zimną - gdy więc zabierałam ze sobą butelkę wody, która w rozgrzanym samochodzie szybko się nagrzewała, byłam w stanie przez cały czas nic nie pić, albo szukałam miejsca, w którym mogłabym sobie kupić butelkę wody. Jedno i drugie rozwiązanie miało same minusy. Zakup butelki termicznej był dla mnie jak olśnienie i zdecydowanie uprzyjemnił mi funkcjonowanie latem, gdy temperatury oscylowały w okolicy 30 stopni Celsjusza. Takie butelki termiczne możecie kupić stacjonarnie (ja swoją kupiłam w TkMaxx) lub w internecie (np. TUTAJ). Butelka termiczna sprawdzi się również zimą, gdyż jest w stanie utrzymać ciepło napoju przez 12 godzin - w sam raz, by w ciągu dnia móc się napić czegoś ciepłego.


8. Nie umiem się przekonać do picia wody z kranu. Wizja brudnych rur, którymi płynie woda, jakoś mnie nie zachęca do picia kranówki. Nie zmienia to jednak faktu, że wybitnie irytowały mnie walające się wszędzie butelki plastikowe. Zrezygnowaliśmy więc z nich na rzecz wody i napojów w szklanych butelkach. W naszej okolicy najpopularniejszym dostawcą jest Fantic. Woda i napoje są na przyzwoitym poziomie, dowóz do domu jest mega wygodnym rozwiązaniem (tym bardziej, że zamawiamy jednorazowo większą ilość, która starcza nam na dłużej), skończył się też problem z niedopitymi i wylewanymi resztkami.

9. Dbałość o własne przedmioty. To może nie jest najbardziej oczywisty punkt tego zestawienia, ale rodzice od dziecka wpajali mi, że trzeba dbać o swoje rzeczy - dzięki czemu dłużej mi posłużą. Skoro dłużej posłużą - to dłużej nie będę czułą potrzeby kupienia kolejnego przedmiotu. I to się u mnie sprawdza: dopóki coś mi służy, to nie czuję takiej potrzeby, by to wymienić. Niezależnie od tego, czy dotyczy to sprzętu elektronicznego, czy artykułów dekoracyjnych do domu. Może komuś trudno w to uwierzyć, ale jeszcze do niedawna mieliśmy w domu telewizor kineskopowy, bo dopóki nam służył, nie chcieliśmy kupować nowego. 
Tutaj też można podjąć kroki zmierzające do przedłużenia żywotności sprzętów: w przypadku telefonów to etui i szkło ochronne, a ja dla mojej butelki termicznej zrobiłam szydełkowe etui, które chroni jest przed porysowaniem i zniszczeniem podczas moich wyjazdów. Dzięki temu dłużej mi posłuży w nienaruszonym stanie. Pozostając w temacie: nigdy nie zaginam rogów w książkach ani nie piszę po nich - a już z pewnością nie długopisem! Wnikliwe oko dopatrzy się na zdjęciach zakładki do książki, którą kiedyś zrobiłam i pokazywałam Wam TUTAJ.


10. Segregacja śmieci jest dla mnie tak oczywistym działaniem, że przypomniałam sobie o nim dopiero na końcu mojego zestawienia. To oczywiste, że oddzielamy papier, szkło i tworzywa sztuczne od pozostałych odpadów niesegregowanych. Resztki organiczne kompostujemy i robimy to już od wielu, wielu lat.


Co mnie strasznie denerwuje, to ocenianie w formie zero - jedynkowej: skoro już podjęłam jakieś działania, to w mniemaniu innych muszę być w nich stuprocentowo konsekwentna. Tymczasem:

- to, że staram się kupować do własnych siatek zamiast do jednorazówek, nie oznacza, że nie kupię żadnej rzeczy w plastikowym opakowaniu.
- to, że na zakupy chodzę ze swoją torbą, nie oznacza, że czasem nie zdarzy mi się jej zapomnieć. Szukam wtedy alternatywy (w postaci np.pustego kartonu po towarze w sklepie), ale jeśli jej nie znajduję, to po prostu biorę płatną reklamówkę.
- jeśli skończyło mi się picie dla dziecka na mieście, to nie znaczy, że będę mu kazała umierać z pragnienia - zwyczajnie kupię mu coś do picia, nie robiąc z tego tragedii.


Nie piętnuję ludzi wokół siebie, którzy z różnych powodów wciąż kupują sklepowe reklamówki czy często chodzą na zakupy. To ich wybór i siłą nie mogę wpłynąć na zmianę ich nawyków. Pewnie mają jakiś powód takiego, a nie innego postępowania i tylko drogą własnego przykładu chcę innych zachęcać do naśladowania. 

Gdyby każdy z nam podejmował choć niewielki trud walki ze zbędnym plastikiem, śmieci wokół nas byłoby dużo mniej.

A Wy jakie macie sposoby na bycie bardziej eko?
Marta


poniedziałek, 30 września 2019

Pułapki czyhające na blogerów wnętrzarskich

Swojego bloga prowadzę już od kilku lat. Ze skutkiem takim, że na dzień dzisiejszy wciąż wie o nim stosunkowo niewiele osób. Dlaczego w ogóle powstał? Dla uzewnętrznienia mojego zamiłowania do ładnych wnętrz, rękodzieła i prostego, dobrego życia. Nigdy nie miałam aspiracji, by otaczać się szeroko pojętymi luksusami, nie dążyłam do życia zgodnego z aktualnymi trendami - ale też z pewną nutką zazdrości spoglądałam na inne blogerki, których blogi rozwijały się w zawrotnym tempie, mimo (w moim odczuciu) mniejszej wartości. Cóż - za ich sukcesem stały regularne i częste wpisy, a w nich opisane nowe nabytki do mieszkań: dodatki dekoracyjne z najnowszych kolekcji, meble czy inne wnętrzarskie akcesoria. Też tak mogłam - ale zawsze ograniczał mnie metraż, a podskórnie czułam, że to jednak nie to, czego oczekuję: nie chciałam kompletu nowych filiżanek czy modnego koca. Mocno kłóciło się to z moją ideą  less waste, która - choć wtedy jeszcze nie nazwana - już we mnie kiełkowała.


Nie zaprzeczę: istniała ogromna pokusa, by nabywać wciąż nowe przedmioty i dzięki temu móc rozpowszechnić swojego bloga - zawsze jednak coś mnie przed tym hamowało. Dziś sama jestem sobie wdzięczna za tę wstrzemięźliwość - dzięki temu nie zasypałam naszych czterech ścian zbędnymi przedmiotami, których teraz za żadne skarby świata nie dałabym rady upchnąć na tak małej przestrzeni.

Ponadto sito selekcji, przez które przechodziły wszystkie przedmioty, dopuściło do naszego domu jedynie te z nich, które wciąż niezmiennie mnie cieszą.


Blogi wnętrzarskie rządzą się pewną specyfiką: wymagają ciągłej, nazwijmy to: "aktywności wnętrzarskiej". Nie mówię tu o blogach przedstawiających wnętrzarską teorię, lub też inspiracyjnych - pełnych zapożyczonych zdjęć. Mam na myśli blogi, za którymi stoją najczęściej dziewczyny lub kobiety, których pasją jest upiększanie własnych domów i mieszkań. Podstawowymi treściami przedstawianymi na takich blogach są te oparte na konkretnym domu lub mieszkaniu i jego ciągłym upiększaniu. Ale sami powiedzcie: ileż można jeździć meblami po pokoju, by wciąż pokazywać inspirujące zmiany? Już nie wspomnę o niewielkich mieszkankach, w których każdy mebel ma dokładnie przypisane miejsce, bo tylko taki system pozwala na okiełznanie chaosu związanego z niewielką przestrzenią użytkową. W tym miejscu należałoby oczekiwać głosów krytyki w stylu:

"No rzeczywiście, to są życiowe problemy!"
"Dramat, faktycznie dramat! Amazonia płonie, Ziemia ginie, a ona narzeka, że nie może efektywnie rozwijać swojego bloga"
"Dzieci w Afryce i innych zakątkach świata nie mają co jeść, a ta się martwi swoim blogiem"

Zgadzam się z takimi zarzutami. To oczywiste: w naszych głowach wciąż powinna mrugać iskierka świadomości, że mając dostęp do świeżej wody pitnej, posiadając zapasy jedzenia i dach nad głową,  powinniśmy się uważać za ludzi bogatych - co nie zmienia faktu, że można też chcieć żyć i mieszkać po prostu ładnie. Dostępność dóbr materialnych wszelkiej maści i wciąż wzrastające poczucie piękna powodują, że życie w estetycznym, ładnym otoczeniu staje się dla niektórych jedną z podstawowych potrzeb i nie należy tego uznawać za zbytek.

Ta chęć i zamiłowanie do zmian są często motorem napędowym do stworzenia i prowadzenia bloga - jednocześnie nie ma w tym nic złego, by z czasem móc go monetyzować. Wbrew pozorom prowadzenie bloga to ciężka i żmudna praca, wymagająca wielopłaszczyznowego przygotowania. Szczególną specyfiką odznaczają się blogi rękodzielnicze i wnętrzarskie, których autorzy najczęściej najpierw muszą coś stworzyć, by móc podzielić się efektami swojej pracy z czytelnikami.


W dobie less waste i zero waste pojawiła się tu dodatkowa pułapka: często różne przedmioty są tworzone wyłącznie na potrzeby wpisu, co generuje produkcję nikomu niepotrzebnych przedmiotów. Pal sześć, jeśli to coś jest estetyczne lub chociaż funkcjonalne - ale spotkałam się z tak wieloma tandetnymi i brzydkimi projektami, że aż żal mi było tego zmarnowanego na ich wytworzenia materiału.

Podobnie ma się rzecz z kupowanymi tylko na potrzeby sesji zdjęciowych dekoracjami, które później zalegają w szafach i pawlaczach. Niepotrzebnie zajmując cenną przestrzeń w domu, są również zamrożoną gotówką. Co prawda można ją chociaż w części odzyskać, sprzedając te przedmioty, ale jakiś procent pieniędzy ucieka bezpowrotnie.


W moich wpisach nigdy nie było bogatych aranżacji - zawsze opierałam się na tym, co posiadam i starałam się z moich zdjęć wycisnąć jak najwięcej. To pewnie jeden z powodów, dla których jestem dziś w tym miejscu, w którym jestem: w połączeniu z moją introwertczną naturą i brakiem umiejętności "sprzedania" samej siebie mój blog nigdy nie wspiął się na szczyty popularności . Czy żałuję? Nie, bo prowadząc bloga wnętrzarskiego nigdy nie postąpiłam wbrew swoim przekonaniom, co uważam za wartość samą w sobie. Wiele się w tym czasie nauczyłam i bardzo rozwinęłam, jednak widzę znaczącą różnicę w blogach sprzed kilku lat i tych prowadzonych w dzisiejszych czasach. To już nie są pamiętniki prowadzone z potrzeby serca - dziś, w gąszczu konkurencyjnych platform, trudno czymś zaimponować i się wybić, jednocześnie gromadząc wokół siebie życzliwą społeczność. Ale mimo wszystko warto próbować - tyle, że zawsze warto to robić zgodnie ze swym sercem i sumieniem.

Do napisania
Marta