Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 stycznia 2022

"Co za dziwak!"

Teoretycznie wszyscy wiemy, że świat jest pełen różnic. Problem zaczyna się wtedy, gdy z tymi różnicami przychodzi nam się mierzyć. I nie chodzi tu bynajmniej o kontrowersyjne poglądy, wygląd czy nieakceptowalne społecznie zachowania – najgorzej, gdy krytycznej ocenie podlega charakter drugiego człowieka. Z tym właśnie muszą się mierzyć WWO.


Co to jest WWO?
Pod pojęciem WWO kryje się wysoko wrażliwa osoba, której mózg pracuje inaczej niż większości społeczeństwa. WWO odbierają bodźce ze świata inaczej, głębiej. Dostrzegają szczegóły, niezauważalne dla innych. Wykazują się dużym poziomem empatii i zrozumienia dla innych osób. Są raczej obserwatorami, niż aktywnymi uczestnikami wydarzeń - muszą dłużej się zastanowić, zanim zaczną działać, miewają trudności z podejmowaniem decyzji. Nie lubią niespodzianek, do których nie są przygotowani i nad którymi nie mają kontroli. Dużo analizują, rozważając różne możliwe warianty działania. W podejmowanych przez siebie aktywnościach są ostrożne, a wszelkie działania wykonują sumiennie i z należytą starannością. Należy przy tym zaznaczyć, że wysoka wrażliwość to nie choroba. Szacuje się, że w WWO stanowią 15-20% całego społeczeństwa, a więc wcale nie tak mało.


„Dziwak”
Wyobraź sobie, że na 10 osób aż 2 to WWO. Zaskoczony? Oczywiście, że tak. Wynika to pewnie z faktu, że większość WWO już we wczesnym dzieciństwie odkrywa swoją „inność”. Czując, że odstają od grupy, starają się przystosować do zachowania pozostałych, skrzętnie ukrywając rzeczywiste odczucia. Przebywając w większej grupie WWO czują się nieswojo, często więc odłączają się od towarzystwa, czym zyskują łatkę „dziwaka”. Często wyczuwają negatywne emocje panujące w grupie – nawet jeśli nie mówi się o nich głośno. To powoduje u nich dyskomfort, odczuwalny nie tylko na poziomie emocji, ale również fizyczności. WWO odczuwają wszystko „bardziej”: dźwięki, smaki, zapachy, światło, dotyk… Denerwuje naruszanie ich strefy osobistej, głośne dźwięki dekoncentrują, zapachy przywołują obrazy przeżyć, silne światło razi… To tylko nieliczne przykłady bodźców, które dla innych są normalne, a dla WWO stanowią utrapienie.


W praktyce WWO to wiele różnych reakcji na pozornie błahe bodźce. Ja też zaliczam się do tej grupy osób i wiem, jak bardzo zewnętrzny świat potrafi nas zmęczyć. Nasze reakcje na przebodźcowanie są najczęściej kwitowane przez innych jako: "przesadzasz!", "nie bądź taka nadwrażliwa!", "przecież to nie powód do płaczu...". I choć generalnie WWO wykazują podobne reakcje i zachowanie na docierające do nich bodźce, to każda z tych osób będzie miała swoje "najsłabsze strony".

U mnie takim TOP 5 jest:

1. Nieumiejętność normalnej rozmowy w grupie ludzi. Hałas mnie dekoncentruje, nie umiem zebrać myśli, czuję się przebodźcowana, nie kleją mi się zdania. Sytuacji nie ułatwia świadomość, że oto właśnie w oczach mojego rozmówcy stałam się idiotką roku. Cóż z tego, że na piśmie jestem erudytą, skoro w mowie – debilem?

2. Szybko narastająca irytacja na niskie dźwięki: monotonny szum wentylatora, zmywarka susząca naczynia. Absolutny wściek na buczący telewizor, irytacja w reakcji na ogólny hałas.

3. Jestem wyczulona na temperaturę otoczenia. Moje optimum w domu to 23 stopnie Celsjusza. I ekolodzy sobie mogą trąbić ile chcą, żebyśmy obniżali temperaturę w domach choć o jeden stopień, a już optimum to 20. No sorry, ja tak nie potrafię. Próbowałam. Gdy temperatura spadnie mi w domu do 22 stopni, zaczynam marznąć, a im bardziej mi zimno, tym bardziej jestem zdenerwowana – więc nie, obniżanie temperatury w domu nie wchodzi w rachubę, choćby ze względu na zdrowie psychiczne moich bliskich. Jestem w stanie odczuć nawet jednostopniowy spadek temperatury i jest to dla mnie wręcz boleśnie dotkliwe. Ale żeby nie było: upałów też nie toleruję

4. Miarowe, powtarzające się odgłosy, jak stukanie długopisem czy dziecko kopiące stół potrafią doprowadzić mnie do szewskiej pasji.

5. Unikam kontaktu wzrokowego – nie dlatego, że kogoś nie lubię, ale dlatego, że mam wrażenie, że z moich oczu można wyczytać wszystko, co siedzi mi w głowie. Nie lubię, jak dotykają mnie inni ludzie (w ogóle nie lubię, jak naruszają moją strefę osobistą) i nie lubię dotykać innych – zwłaszcza ich skóry. Teraz, jak o tym myślę, to nie wiem, co mnie podkusiło, by zostać fizjoterapeutką. Prawdopodobnie niewiedza.


Gdy kończy się tolerancja, a zaczyna niezrozumienie
I choć te odmienności nie dotyczą żadnej strefy kontrowersyjnej, a jedynie pewnych cech ludzkiego charakteru, to nawet dla tak błahej odmienności zaczynamy zatracać tolerancję. Z tym właśnie przychodzi mierzyć się WWO – czyli Wysoko Wrażliwym Osobom.

Znałeś? Nie znałeś?

A może też jesteś WWO? - przybijam Ci wirtualną piąteczkę!

Uściski

Marta

piątek, 7 sierpnia 2020

Noc

Noc... Czasem zdarza mi się taka bezsenna. I choć sama w sobie jest niesamowicie frustrująca, to jednocześnie jej owoce bywają słodkie niczym czerwcowe truskawki.
Bo noc to najlepsza pora na przemyślenia. Umysł - nie narażony na szturmujące go zewsząd bodźce, pracuje zupełnie inaczej, wyzwalając w człowieku zupełnie inne refleksje aniżeli w ciągu dnia.
Noc - to wcale nie taka głucha cisza, jak Ci się wydaje. Wiosną towarzyszy jej niesamowity jazgot ptaków. W pewnym momencie stwierdzasz, że to nawet przyjemne, bo przynajmniej nie jesteś osamotniony w swej bezsenności. 



Noc... To wtedy powstają najbardziej kreatywne pomysły, z których większość nie ma szansy ujrzeć światła dziennego -  z nadejściem poranka umykają z pamięci niczym stado spłoszonych antylop wraz z pojawieniem się drapieżnika. Nie zliczę, ile błyskotliwych tekstów powstało nocą w mojej głowie - i tylko tam. Nie przelałam ich na papier ani klawiaturę, bo rano nadeszło zbyt niespodziewanie - aż żal tych wszystkich pięknych, lecz bezpowrotnie utraconych konstrukcji zdań i wyszukanych epitetów...
Noc...to pora strachu. Ciemna, mroczna niczym najgłębsza czeluść piekieł, może pochłonąć Cię w najmniej spodziewanym momencie, budząc Tobie tylko znane troski, strachy i niepewności..Tylko postękiwanie syna i ciepły oddech męża na karku są w stanie sprowadzić moje myśli na właściwe tory, a cały ten zamęt w głowie kończy się wtedy niezbyt konstruktywnym wnioskiem, że przecież "jakoś to będzie!" Czarne scenariusze - towarzyszą mi często, ale właśnie w nocy są najbardziej dotkliwe i przejmujące. Nierzadko dopiero słońce poranka jest w stanie rozwiać mrok w mojej głowie. To wtedy masz szansę zacząć doceniać proste szczęścia - gdy dosięgnie Cię widmo ich utraty:

Pochyliłeś się kiedyś nad trawą? Tą zwykłą pospolitą, zieloną trawą, która nie przywołuje żadnych skojarzeń ani emocji? To teraz pomyśl, czym byłby świat bez trawy... Bezduszną pustynią. Jeśli wciąż uważasz, że bredzę, to pomyśl o tych wszystkich piknikach, które zrobiłbyś na kamienistym gruncie... Pomyśl o pierwszych krokach i upadkach swojego ukochanego dziecka na twardym betonie. Boli? Jeszcze jak - choć to przecież tylko twoja wyobraźnia! Pomyśl o domowych obejściach pełnych spękanej ziemi, od której latem uderza gorącym powietrzem, a jesienią i wiosną tę ziemię wnosisz na swoich ubłoconych butach do wypielęgnowanego domu... Rozumiesz już, o co chodzi?

Każdy ma inną definicję szczęścia, choć w większości przypadków sprowadza się ona do bliskości i poczucia bezpieczeństwa. Ukochane dziecko, najwspanialszy na świecie mąż, wspierająca Cię rodzina obok - czy to nie właśnie to jest kwintesencją szczęścia? Bo szczęście to stan umysłu i tylko od Ciebie zależy, ile go doświadczysz. Postanowiłam, że w tym roku będę szczególnie doceniać te dobre chwile - a jeśli się postarać, to można uzbierać ich całkiem sporo każdego dnia. Nie są czymś wyjątkowym - wystarczy tylko zacząć je dostrzegać. Szczęście to nie stan wiecznej ekstazy - to umiejętność doceniania błahostek i suma drobnych radości. Nie będzie szczęśliwym ten, kto dostrzega jedynie mroczne strony życia i na nich skupia całą swoją energię. Ja świadomie odcinam się od tego. I choć w ramach solidarności z malkontentami mogłabym teraz zacząć swoją tyradę, że zaczyna mi szwankować komputer (przez co piszę ten tekst po raz drugi, a kolejne piękne i przemyślane frazy zniknęły bezpowrotnie wraz z komunikatem "Wystąpił nieoczekiwany błąd i trzeba wyłączyć komputer"), telefon też zaraz wyzionie ducha, pogoda mi nie odpowiada, a świat jest zły, cyniczny i fałszywy - to ja wolę na przekór. Wypłakałam już chyba cały swój zapas łez, więc teraz chcę się tylko śmiać: bo mam wokół siebie cudowne osoby (i tylko takie, od toksycznych się skutecznie odcięłam), które mnie wspierają i życzą tylko dobrze. Bo szczęście to umiejętność dostrzegania błahostek - takich oczywistości i ulotnych okruchów codzienności, które wydają nam się tak prozaiczne, że nie jesteśmy w stanie dostrzec ich piękna. Poza tym uśmiechnij się - nic tak nie wkurza ludzi, jak szczęście innych :D


Dziś, poza tak oczywistymi sprawami jak zdrowie i spokój najbliższych, marzę przede wszystkim o tym, by nigdy, przenigdy nie zatracić w sobie pokory wobec życia i szacunku do drugiego człowieka. Jednocześnie chciałabym być postrzegana przez innych nie przez pryzmat tego, co posiadam, ale jakim jestem człowiekiem. 

Ot, takie moje przemyślenia z bezsennej nocy... A zdjęcia - to cudowne wspomnienie tegorocznej wiosny :)

Do napisania
Marta

piątek, 17 kwietnia 2020

DOMOWE POTYCZKI #9: Ogród w starym domu. Co zaplanowaliśmy? Co zrobiliśmy?


Jestem istotą wiejską – nie potrafiłabym się odnaleźć w miejskiej dżungli i tam żyć. Dziś zresztą chyba każdemu dom na wsi otoczony ogrodem jawi się jako raj na ziemi. Na wsi przymusowa izolacja nie jest bowiem tak dokuczliwa jak w mieście. Każdego dnia coraz bardziej doceniam to, że mogę wyjść na dwór, wystawić twarz do słońca i poczuć wiatr we włosach.


Bo tego, z czym przyszło nam się dziś mierzyć – nie przewidział chyba nikt. Nawet najbardziej wybujała wyobraźnia nie potrafiłaby wymyślić tego scenariusza, którego zakończenia – to chyba najgorsze – nie da się przewidzieć. Dziś więc moim największym zmartwieniem nie jest konieczność odseparowania się od społeczeństwa, a strach o bliskich. Martwię się każdego dnia, gdy żegnam się z rodzicami idącymi do pracy, umieram ze strachu całując męża na pożegnanie. Tak po ludzku – zwyczajnie się o nich boję. Również niepewność jutra i szybko topniejące oszczędności spędzają mi sen z powiek. Za nami trudny rok i jeszcze 2 miesiące temu wydawało się, że najgorsze już za nami, tymczasem to dopiero był przedsmak. Marne pocieszenie, że w tym bagnie nie jesteśmy sami i tak naprawdę wszyscy toniemy. Pomijając już fakt, że martwię się o byt naszej firmy, to szczerze współczuję również innym, których ta sytuacja dotknęła. Widzę, jak wszyscy starają się ratować swoje biznesy i jakoś przetrwać ten trudny czas. Bardzo podoba mi się inicjatywa wspierania polskich (a przede wszystkim lokalnych) przedsiębiorców, którzy starają się jakoś przystosować do zaistniałej rzeczywistości. Całym sercem wspieram więc akcję #niepozwolecisiezamknac. Wśród tych, którym kibicuję szczególnie mocno, znalazła się między innymi moja ulubiona Pracownia Florystyki, która dla bezpieczeństwa swojego i swoich klientów zamknęła swoje drzwi już jakiś czas temu. Cały czas jednak istnieje możliwość zakupów online, z której i ja zamierzam za jakiś czas skorzystać – polecam ją Waszej uwadze. Zerknijcie na ich profil na fb, IG lub na Allegro.


Nie jest tajemnicą, że mój mąż też prowadzi działalność gospodarczą i nas również bezpośrednio dotyka zaistniała sytuacja. Jako mikroprzedsiębiorcy jesteśmy częścią rodzimej gospodarki, która traktowana jest jako zło konieczne, chwast pośród kwiecistej łąki sektora przedsiębiorstw państwowych. Dziś więc moje przerażenie pandemią miesza się z pustym śmiechem  w odpowiedzi na pseudopomoc dla polskiej gospodarki. I nic więcej nie powiem, bo byłaby to wysoce niecenzuralna wypowiedź. Jeśli jeszcze posłuchać, jak traktowani są przedsiębiorcy w innych krajach – to już w ogóle płakać się chce z bezsilności, bezradności, zazdrości i złości. Unikamy więc słuchania propagandowych bajek, którymi raczy nas góra, a żeby oderwać się od złych myśli, staram się czymś zająć ręce. Najczęściej to ogród: wszak znane jest powiedzenie, że trzeba ubrudzić ręce, by oczyścić umysł. Coś w tym jest. Równolegle z remontem domu powstaje więc namiastka naszego ogrodu – bardzo niskobudżetowa, bo to nie jest w chwili obecnej priorytet.  Możliwość pogrzebania w ziemi pozwala jednak uwolnić głowę od natrętnych myśli, które krążą wciąż i nieustannie. Obmyślanie planu jednego niewielkiego fragmentu ogrodu stało się teraz moją odskocznią od smutnej rzeczywistości.

Kiedy tylko mogę uciekam do tego mojego kawałka ziemi. Podziwiam cudowne szafirki, które trzy tygodnie temu pieczołowicie przesadzałam, ratując przed niechybnym zniszczeniem, z zachwytem patrzę na soczystą zieleń świeżych listków, obserwuję, czy zasadzone przez nas kłącze gipsówki obudzi się do życia…


Nasz przydomowy ogród przy Starym Domu będzie się docelowo składał z trzech części i będą to: 

- część "reprezentacyjna" - usytuowana bezpośrednio przed domem. Ta część ogrodu ma być po prostu ładna: ma przyciągać wzrok, zapraszać do wejścia i być wizytówką naszego domu.

- część "relaksacyjna", umieszczona w części działki zwanej przeze mnie roboczo "dziedzińcem". Tam planuję nasadzenia, które będą stanowiły wyspę zieleni pośród zabudowań. W tej części zaplanowaliśmy niewielki taras do wypoczynku.

- część "robocza" - umieszczona w tylnej części działki. Tam planujemy posadzić jakieś drzewka owocowe, umieścić grządki i postawić domek narzędziowy. Tam również znajdzie swoje miejsce kompostownik, suszarka na pranie oraz miejsce do zabawy dla dziecka. To również jedyna część ogrodu, w której znajdzie się tradycyjny trawnik. 

W tej chwili jednak skupiam się na ogródku przed domem. Lubię czasem stanąć z boku i wyobrażać sobie, jak będzie wyglądać ten fragment obejścia za rok, dwa czy pięć lat. A żeby Wam mniej więcej zobrazować, co mam na myśli, poniżej mały moodboard (a pod nim linki - odnośniki do stron, gdzie możecie kupić podane produkty):












Oczami wyobraźni widzę rosnące tam trawy (nie mylić z trawą) ozdobne, hortensje, lawendy, rozchodniki i glicynię pnącą się po pergoli rozpostartej nad niewielkim placykiem. Na tym placyku chciałabym postawić uroczy komplecik mebli ogrodowych - niczym z francuskiego bistro, aby w każdej chwili można było przycupnąć w tym zacisznym zakątku. Widzę donice z kulkami bukszpanu, a kulista forma będzie powtórzona w dekoracjach: moim marzeniem są dekoracyjne kule umieszczone pośród szeleszczących traw oraz kuliste lampy dopełniające całość. Również tam swoje miejsce znajdą moje kamienno - metalowe ptaki, które uwielbiam. Będzie pięknie, mówię Wam! 

P.S. Mamy też odświeżony, tymczasowy płot na czas remontu (ze starych łat po remoncie dachy - pełen odzysk!). Wygląda o niebo lepiej niż stary! Do kompletu drewniana, tymczasowa skrzynka na listy :) Furtka jeszcze stara, za bramy już nie ma - nie wytrzymała któregoś z zimowych huraganów ;P

Uściski z ogrodu
Marta

czwartek, 5 marca 2020

Torba codzienna (DIY)

Miałam niedawno tę (nie)przyjemność zawitać do galerii handlowej. To dla mnie niecodzienne wydarzenie, bo na palcach jednej ręki mogłabym policzyć swoje wizyty w „świątyni zakupów” w ostatnim roku. Jako, że wizyta ta przypadła na gorący czas wyprzedaży, z przerażeniem patrzyłam na piętrzące się w każdym sklepie ubrania: przerażała mnie zarówno skala zatowarowania, jak i ilość plastiku, w jaki te produkty są zapakowane. Nie było sklepu, w którym nie byłoby bieżącej dostawy nowego towaru. Hałdy ubrań, które rano pracownice sklepu, spiesząc się jak w ukropie, starają się we względnym porządku poukładać na półkach, a które później dziki tłum napalonych klientów i tak rozwali… Straszne to było doświadczenie, ale jednocześnie jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że droga, którą kroczę, jest słuszna. Nie mówię, że nie kupuję ubrań – bo kupuję. Ale na zakupy wybieram się wtedy, kiedy czegoś potrzebuję, a jeśli już zdarza mi się wybrać na „shopping” bez większej potrzeby, to i tak zazwyczaj kończy się on fiaskiem – nawet w lumpeksach. 


Moje wymagania znacznie wzrosły: już nie kupuję czegoś tylko dlatego, że jest tanie. Zdecydowanie częściej patrzę na skład, wybierając ubrania z naturalnych materiałów. Duże znaczenie ma też ponadczasowość ubrania: ma pasować do innych elementów w mojej szafie, bym mogła tworzyć niezliczoną ilość pasujących do siebie zestawów. Chyba mi się to udaje, bo już od długiego czasu nie powiedziałam: „nie mam się w co ubrać”. Wprost przeciwnie: ilość udanych zestawów, które tworzą moje ubrania, powoduje, że czasem mam aż za dużo pomysłów... Ale to chyba dobrze J

Przez długi czas moi ulubionym codziennym zestawem były dżinsy, koszula i obszerny kardigan. To był idealny zestaw na wiosnę, jesień i zimę. Problem w tym, że trochę mi się przejadł. W tym roku łaskawiej więc spojrzałam na sukienki: zestawione z ciepłymi rajstopami, kozakami i dżinsową kataną wyglądają świetnie i – co ważne – jest mi w tym zestawie bardzo wygodnie.


Z racji zbliżającej się rodzinnej uroczystości potrzebowałam ostatnio jakiegoś stroju na wyjście. Mój wybór padł na zwykłą, prostą, basicową czarną sukienkę, którą z powodzeniem wykorzystam teraz, jak i później. Uwielbiam takie zakupy – zwłaszcza, że kiecka kosztowała 13zł J Zestawiona z żakietem i wysokimi, eleganckimi kozakami sprawdziła się na eleganckim, zimowym przyjęciu, ale równie dobrze będzie wyglądać w połączeniu z dżinsową kataną (też sh – 7zł) i białymi trampkami. Całości dopełni pojemna torba – torbiszcze wręcz, którą postanowiłam sobie uszyć w tamtym roku.

Torba DIY

Ma wiele niedociągnięć i niedoskonałości, ale jest w całości moja, a do jej stworzenia wykorzystałam tylko półprodukty, które miałem w domu. Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłam jakąś nową torebkę – wszystkie, które mam, pochodzą z sh, są ze skóry i służą mi już bardzo długo. Przestałam kupować torebki z ekoskóry i innych imitacji, bo strasznie irytowało mnie, że tak szybko się niszczą: z daleka nie wyglądały jeszcze tak źle, ale gdy przyjrzeć się z bliska, można było zauważyć spękania i łuszczenie się w newralgicznych miejscach. Moje serce wtedy krwawiło: żal mi było dobrej jeszcze (pozornie) torebki, ale też nie chciałam chodzić jak obdartus. Wyjście było jedno: przestać kupować takie torebki. To było najlepsze z możliwych rozwiązań i praktykuję je do dziś. Gdy więc w tamtym roku stwierdziłam, ze potrzebuję dużej torby, postanowiłam uszyć ją sama – albowiem w sh akurat nie znalazłam żadnej odpowiedniej do moich potrzeb. 


Zdecydowanie brakuje mi w niej wewnętrznej kieszonki na telefon komórkowy – ale wszycie jej przewyższało moje nikłe umiejętności krawieckie. Pomijając to – torba jest super pojemna, ma zwijaną górną część, która w magiczny sposób powiększa pojemność torby w razie nieprzewidzianych zakupów i pasuje do większości moich stylówek. Gdybym miała kupować coś nowego, pewnie byłby to jakiś produkt naszej rodzimej marki Me&Bags, których produkty idealnie trafiają w mój gust. Tym razem jednak postanowiłam sama zmierzyć się z wyzwaniem, jakim było własnoręczne uszycie torebki. Nie jest idealna. Ja widzę jej defekty i Wy z pewnością również, ale noszę ją regularnie, chętnie i bez wstydu – i niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba :)

Do napisania
Marta

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Fotel bujany Swing - moje wnętrzarskie marzenie!

Z reguły jestem odporna na zakupowe pokusy - nawet te wnętrzarskie. Już wyleczyłam się ze wzdychania do czegoś, co mają wszyscy: nieważne, czy jest to koc z wełny czesankowej czy chodzi o kubek w stylu wabi-sabi. Ja już wiem, że te trendy prędzej czy później przeminą, a mnie pozostanie pustka w portfelu i gryzące wyrzuty sumienia. Nie, dzięki, nie skorzystam. Takie chwilowe mody to nie dla mnie - ja swoje wnętrza buduję powoli (bardzo nawet!), z namysłem i pewnym pietyzmem. Żongluję posiadanymi dodatkami, tworzę nowe jeśli trzeba, ale do kupowania raczej się nie rwę. Większości swoich zachcianek potrafię się oprzeć. Jeśli jednak coś wpadnie mi w oko i przez wiele tygodni, a nawet miesięcy czy lat nie jest mi w stanie przestać zaprzątać głowę, to znaczy, że to jest TO!



Są bowiem takie rzeczy, do których wzdycham i wiem, że prędzej czy później to moje wzdychanie zakończy się drogim zakupem. Mam niestety taką przypadłość, że podświadomie wybieram sobie rzeczy drogie. Tak było z Kitchen Aid'em, tak było też z girlandą żarówek. Mimo wszystko nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na mojego robota planetarnego i wymarzoną lampę  - to spełnienie moich marzeń i bardzo praktyczne przedmioty: Kitchen Aid zdecydowanie ułatwia i uprzyjemnia mi pracę w kuchni, a łańcuch żarówek oświetla nasz pokój codziennie. Dosłownie CODZIENNIE - uwielbiamy go wszyscy!


Ostatnio moim sercem zawładnął fotel bujany i podskórnie czuję, że to będzie mój kolejny wnętrzarski łup. Nawet, jeśli przyjdzie mi na niego poczekać długo - nie szkodzi, ja poczekam. Cierpliwa jestem. Jedyne, co jest w stanie przyspieszyć decyzję o zakupie to wyczerpanie limitów magazynowych i zaprzestanie sprzedaży produktu.



Gdy patrzę na ten fotel bujany, to oczami wyobraźni widzę siebie, siedzącą przed kominkiem w naszym Starym Domu. Z głośnika sączy się muzyka, obok na narożniku odpoczywa mąż, a syn - wtulony w niego - czyta książkę. Od czasu do czasu słyszę pochrapywanie męża i cichy chichot syna. Sielanka. Będę robić wszystko, by tak właśnie było.

Ten post nie jest więc tylko opisem marzenia, ale pewną afirmacją i określeniem celu, do którego będę dążyć. Wszak nie od dziś wiadomo, że marzenia spisane stają się celami, do realizacji których się dąży. Tak było z Kitchen Aid'em, tak było ze sznurem żarówek, tak będzie też z bujanym fotelem. Mówię Wam :)


Marta

poniedziałek, 13 stycznia 2020

2020! Mam wobec Ciebie wielkie plany...

Nowy Rok.
Przychodzi co 365 dni: niby taki sam, a jednak za każdym razem inny.
Rok temu o tej porze byłam pogrążona w mroku swoich własnych myśli.
Dziś spomiędzy ciemnych chmur zerka do mnie słońce.
Przez cały rok powtarzałam jak mantrę: "Byle przetrwać!"
I przetrwaliśmy.
Wychodzimy z tego boju silniejsi niż kiedykolwiek.
I oby tak zostało.


W tamtym roku się bałam. Dziś - dla odmiany - nie mogę się doczekać, co przyniesie los. I choć nie będzie łatwo, to jednak czuję, że niezależnie od wszystkich przeciwności, po prostu będzie dobrze.

Być może to dzięki przekonaniu, że co złego miało się wydarzyć, to już się wydarzyło? A może zbroja, którą musieliśmy przywdziać w starciu z zeszłorocznymi porażkami spowodowała, że już nie czujemy się tak bezbronni? Chociaż... w głębi duszy czuję, że to żadne z powyższych: dziś odnoszę wrażenie, że za moją postawą stoi ogrom życzliwości, jakiej doświadczyliśmy i wciąż doświadczamy. To niesamowite, że wśród tak powszechnej znieczulicy, są wśród nas ludzie dostrzegający problemy innych i wrażliwi na cudzą krzywdę. I nie mówię wyłącznie o nas, bo krzywda nam się nie dzieje - jedynie los nieustannie płata nam niezbyt miłe figle. Większe lub mniejsze - ale jednak do przejścia. A co mają powiedzieć Ci najmniejsi, najbardziej bezbronni, którzy toczą bój o zdrowie i życie? W takich chwilach błogosławię w myślach ludzi pokroju Jurka Owsiaka i dumna jestem, ze jestem Polką. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to zjawisko niespotykane nigdzie indziej na całym świecie i choć wolałabym, by nie była potrzebna, a wszelki niezbędny sprzęt i należytą opiekę medyczną gwarantowało Państwo - to moje serce się raduje, gdy widzę ludzką solidarność, życzliwość i empatię. Wspierałam, wspieram całym sercem i wspierać będę do końca świata i jeden dzień dłużej. Ale ja dziś nie o tym miałam... :)


W ostatnich tygodniach nieustannie zadziwia mnie jedno: gdzie nie spojrzę - tam widzę życzliwe uśmiechy, a zewsząd płyną słowa wsparcia i pomoc ze strony osób, od których nawet się jej nie spodziewaliśmy. Pewnie właśnie teraz procentuje zasada wzajemności: co dajesz, to do Ciebie wróci. Różne jej formy opisywałam w TYM wpisie, a jego fragment przypomnę Wam również tutaj, bo uważam, że warto się nad nim pochylić: 

"Ponadto wyznaję zasadę, którą również (po dziś dzień) wpaja mi mama: jaki Ty będziesz dla drugiego człowieka, taki ten drugi człowiek będzie dla Ciebie. To z kolei namacalnie wiąże się z tym co bezustannie powtarzam ja: karma is a bitch i zawsze (ZAWSZE!) wraca. Tudzież, słyszałam również bardziej kościelną wersję która w naszej gwarze brzmi: "Pan Bóg nie jest rychliwy (tłum. śpieszący się z jakimiś działaniami; prędki), ale zawsze sprawiedliwy". Teraz z całej tej gamy powiedzonek i życiowych prawd możesz wybrać to, co Ci najbardziej odpowiada, ale sens będzie zawsze taki sam."

Wierzę (i widzę!), że to, co dobrego daliśmy kiedyś światu od siebie, teraz wraca do nas ze zdwojoną siłą. Dlatego wiem - już wiem - że z takim wsparciem MUSI być dobrze. Nie ma innej opcji.


Do napisania!
Marta