środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

Wszystkim, którzy tu zaglądają, chciałam życzyć, zdrowych, pogodnych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Niech to będzie czas, który spędzicie w spokoju, w gronie najbliższych. Nacieszcie się sobą - w końcu świąteczny czas to najlepsza ku temu sposobność. 


Spotykamy się w Nowym Roku, który - tego Wam i sobie życzę - będzie dla nas wszystkich dobrym rokiem, przyniesie spełnienie marzeń i siłę do realizacji tych niespełnionych.

Wesołych Świąt!

Marta

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Prezent w słoiku - pomysł na podarunek last minute

Znacie to? Wydaje Wam się, że już wszystkie prezenty macie kupione i już nic, tylko czekać na święta... Aż tu nagle, w wigilijny poranek, przypomina Wam się, że na śmierć zapomnieliście o prezencie dla znajomych, którzy zwyczajowo wpadają do Was z krótką świąteczną wizytą zawsze w pierwszy dzień świąt. W popłochu myślicie, co teraz z tym fantem począć... Spokojnie, mam dla Was rozwiązanie: prezent w słoiku - sympatyczny i praktyczny. Opcji jest mnóstwo, w zależności od tego, jak bardzo zaangażowaliście się w przedświąteczne przygotowania :)



Krok 1: bierzecie słoik - najlepiej taki ładny, lekko stylizowany, ale w przypływie rozpaczy nie widzę przeszkód, by użyć takiego słoika, jaki tylko uda Wam się znaleźć w domu. Mała podpowiedź: czasem dżemy mają śliczne, fikuśne słoiki. Bo kto powiedział, że słoik na prezent musi być litrowy? Bo ja nie :)
Krok 2: dokładnie myjecie Wasz słoik i suszycie - dajcie mu czas, a Wy w tym czasie przygotujcie się do następnego kroku...
Krok 3: przygotowujecie zawartość słoika. Jeśli byliście ambitni, to pewnie gdzieś w domu macie schowaną puszkę z ogromną ilością pierników lub ciasteczek. Jeśli nie - nie pozostaje Wam nic innego, jak poszukać alternatywy - mogą to być np. cukierki.
Krok 4: ładujecie wszystko do Waszego (suchego!) słoika, zamykacie i przystępujecie do najprzyjemniejszej części: dekorowania. Puśćcie wodze fantazji, niech dekoracja nawiązuje do świąt Bożego Narodzenia. Ja uwielbiam naturalne materiały i kolory, dlatego u mnie rządzą bawełniane tasiemki i koronki, do tego modrzewiowe gałązki, miłe będą też malutkie zawieszki np.w kształcie gwiazdek itp.




Tak przygotowany słoik/słoiki dobrze chowacie przed domownikami, żeby zawartość pozostała tam, gdzie jej miejsce - czyli w słoiku, a nie w żołądkach :) Teraz z czystym sumieniem czekacie na znajomych. Jeśli to para, to prawdopodobnie On ucieszy się z zawartości, a Ona z praktycznego, ale ładnego słoika. Wilk syty, owca cała, a Wy dzięki Waszemu prezentowi nie stracicie majątku ani twarzy :)

Marta

niedziela, 20 grudnia 2015

Idzie nowe

Się porobiło... Nie dość, że święta i masa wydatków, to jeszcze mój poczciwy laptop, starowinka, odmówił posłuszeństwa. No nie chce współpracować i koniec. Ogłosił, że idzie na zasłużoną emeryturę i martw się człowieku sam. Nie pozostało nam nic innego, jak zakupić nowy sprzęt, a święta były ku temu tylko dobrym pretekstem. Tym samym nasz tegoroczny prezent świąteczny jest dosyć...ekhm...kosztowny. Mam nadzieję, że nowy laptop posłuży mi przynajmniej tak samo długo, jak jego poprzednik i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się z nim zaprzyjaźnić.


 


Po cichu marzę, że ułatwi mi załatwianie wszelkich niezbędnych spraw, a praca przy nim będzie w końcu przyjemnością, a nie udręką. W tym przedświątecznym szale pozdrawiam Was ciepło :)

Marta

wtorek, 8 grudnia 2015

Lista marzeń - inna niż wszystkie

W różnych regionach naszego kraju (ba, różnice widać nawet między poszczególnymi wioskami, a nieraz i rodzinami) prezenty 24 grudnia przynosi inna osobowość. U jednych będzie to Mikołaj, u innych Gwiazdor, zdarza się też Aniołek. U nas prezenty przynosi Dzieciątko. To Dzieciątko zawsze też (od kiedy dorosłam do pewnego wieku, gdy skończyło się dzieciństwo) otrzymywało wytyczne, co chciałabym dostać. W tym roku paradoksalnie Dzieciątko będzie miało nie lada problem, żeby spełnić moje wygórowane marzenia. Nie chcę bowiem zatracić się w zakupach, szale wydawania pieniędzy, który po świętach odbije mi się czkawką. Bo czy ja naprawdę, ale rzeczywiście naprawdę potrzebuję tych wszystkich rzeczy materialnych?


Na mojej tegorocznej liście znalazły się:

1. Narożnik John Lewis - piękny i faktycznie przydałaby nam się nowa miejscówka do siedzenia, ALE: mogę bez niego żyć, nic mi się nie stanie, jeśli jeszcze trochę posiedzę na skrzypiącej kanapie. Ważne, że mam z kim siedzieć, żeby poczytać książeczkę, poprzytulać się czy po prostu pobyć razem. Stara czy nowa kanapa - a co za różnica? Najważniejsi są Ci, co na niej ze mną siedzą.

2. Łańcuch żarówek House Doctor - piękny i marzy mi się od dawna. Cena zabija, ale jakbym się uparła, to jakaś okazja w roku byłaby idealna, by go kupić. ALE...czy posiadanie go naprawdę aż tak mnie uszczęśliwi? Czy sprawi, że moje życie stanie się pełniejsze i niczego więcej już nie będę pragnęła? Jak znam siebie, to nie. Chwilowa radość po kilku dniach przygaśnie stłumiona przez wyrzuty sumienia ("no bo jak, 4 stówy za kilka żarówek??? Zgłupiałaś???" - dla tego zakupu nie ma racjonalnego wytłumaczenia). Zdecydowanie bardziej zależy mi na tym, by wieczorną porą okna mojego domu rozświetlone były jakąkolwiek lampą, ale żeby dawały sygnał od moich bliskich: "wracaj do domu, czekamy tu na ciebie".

3. Zegarek Timex - często nie zauważamy upływającego czasu. Godzina biegnie za godziną, dzień za dniem wydaje się być taki sam. Zacznijmy doceniać każdą dobrą chwilę, która nas spotyka (podobno złe też powinniśmy doceniać, ale ja jednak pozostanę przy tych dobrych). Czas ucieka, czy tego chcemy, czy nie. Żyjemy pod dyktando godzin pracy, otwarcia urzędów czy galerii handlowych, ALE... czy potrafimy się zatrzymać, spojrzeć na swoje życie i docenić to, co mamy? Może z okazji świąt warto spróbować bardziej "być" niż "mieć"?

4. Moździerz IKEA - wszyscy chcemy być piękni i cieszyć się dobrym zdrowiem. Ale co robimy w tym kierunku? Bardzo mi zależy na tym, aby moja rodzina odżywiała się zdrowo, by była to żywność jak najmniej przetworzona, by nie zawierała konserwantów, barwników i tego, czego w jedzeniu z zasady być nie powinno, a jednak jest. Nie jestem święta, też zdarza mi się używać sosu w proszku czy gotowej kostki rosołowej, ale chciałabym, naprawdę bym chciała to jak najbardziej zminimalizować. Ile razy słyszę: "po co się męczysz z tym domowym budyniem waniliowym? To tyle zachodu...". No tak, bo lepiej zrobić ten z paczki, który z wanilią nie ma nic wspólnego. W tej chwili utkwił mi w głowie przepis na domową kostkę rosołową. Możdzierz pełniłby więc rolę łącznika między zdrową żywnością a zdrowiem. ALE: nie chciałabym, żeby chęć posiadania znowu przesłoniła mi to, co najważniejsze - że jesteśmy zdrowi i mamy co do garnka włożyć. Doceniajmy zdrowie, doceniajmy to, co mamy.

5. Rower Batavus -  to również kolejny krok do zdrowia. Uwielbiam jeździć na rowerze.  Naprawdę uwielbiam.  ALE umówmy się, jeździć można też na starym rowerze, nie trzeba do tego wypasionego dwukołowca prosto z katalogu. I znowu: ważne, że mogę jeździć i mam z kim jeździć. To takie proste.

6. Maszyna do szycia Silvercrest - lubię otaczać się ładnymi rzeczami, jestem estetką, nawet ręczniki kuchenne jestem w stanie wybierać godzinami. Jednocześnie mam też strasznego węża w kieszeni, zawsze szukam alternatywy dla wielu produktów, które mi się podobają. Na punkcie poszewek na poduszki również mam fioła i zawsze sobie wmawiałam, że gdybym miała maszynę do szycia, to z pewnością nasze cztery kąty byłyby jeszcze ładniejsze, bogate w tkaniny i tekstylia, ALE czy na pewno? Czy maszyna do szycia nie byłaby kolejną fanaberią po 5 minutach zainteresowania odstawioną w kąt z powodu braku czasu? Równie dobrze jeśli naprawdę się zmotywuję, mogę tych kilka poduszek w roku uszyć ręcznie i nikt na tym nie ucierpi. Moja duma również.

7. Krzesełko Tripp Trapp Stokke - kolejne pragnienie, które pozostanie raczej w sferze niespełnionych marzeń. W tym przypadku nie chodzi o design czy historię tego krzesełka, tylko - jeśli wierzyć fizjoterapeutom, a także innym, bardziej doświadczonym użytkownikom - o zdrową postawę naszego dziecka. Zła postawa to nie tylko nieprawidłowe ustawienie części ciała w przestrzeni i wizualna dysharmonia, ale także nieprawidłowa praca narządów całego ciała. Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że wszystkie elementy ludzkiego organizmu są ze sobą połączone i często dysfunkcja w obrębie stawów skroniowo-żuchwowych (to te przy policzkach) będzie rzutowała na dolegliwości aż w stawach skokowych (czyli w "kostce" w nodze). Zdrowie mojego dziecka i moich najbliższych to dla mnie sprawa priorytetowa. I to jest chyba jedyny z prezentów z powyższej listy, do którego nie mam żadnego ALE. Zdaję sobie sprawę, że za sukcesem firmy i sprzedażą stoi sztab marketingowców, dla których rodzice są łatwym kąskiem. Może być też jednak tak, że faktycznie przyjmowana na krześle pozycja będzie wyrabiała w dziecku prawidłowe nawyki i syn mój ukochany nie byłby tak uroczo pokrzywiony jak jego matka. Mimo, że krzesełko byłoby przeznaczone dla dziecka, to chyba jednak dla mnie byłby to największy prezent.

8. Zawieszka Apart - to coś, co powinno się znaleźć raczej na początku listy, niż na jej końcu. Niby tylko zawieszka, ale jednak również symbol wiary. Wiary, która w dzisiejszym świecie jest czymś, co się ukrywa. Wiary, za którą można stracić życie. Piękna zawieszka - cudowna w swej prostocie, ALE wcale jej nie potrzebuję. O wiele bardziej chciałabym usłyszeć, że światu nie grozi wojna i nie przyjdzie nam żyć w coraz bardziej niespokojnych czasach. Dla moich najbliższych chciałabym pokoju na świecie - jakkolwiek pusto by to nie brzmiało. Chciałabym, żebyśmy wszyscy mogli sobie spokojnie żyć i aby jedynym naszym zmartwieniem było to, że mamy niewygodną kanapę.

Podsumowując:
Jasne, że chciałabym mieszkać pięknie, żyć pięknie, ale ponad wszystko chciałabym być człowiekiem o pięknej duszy. Piękno zewnętrzne przeminie, wyjdzie z mody, ulotni się, a piękno duchowe pozostanie. To co, Dzieciątko - chyba będziesz mieć w tym roku mniej pracy, bo to raczej dłuuugoterminowe zadania dla mnie, a nie robota dla Ciebie na jedną noc. A wishlista... może kogoś zainspiruje, bo mnie się raczej nie przyda :)

Marta

poniedziałek, 30 listopada 2015

Wieniec adwentowy/stroik adwentowy

Moja babcia zawsze głośno oponuje, gdy mówię, że zrobiłam wieniec adwentowy. Wszak wieniec to "kwiaty, liście, kłosy, gałązki jedliny, splecione i uformowane w krąg, pełniące funkcję ozdobną i symboliczną", a ona doskonale wie, że takowego to ja na pewno nie zrobiłam. Mojemu "wieńcowi" zdecydowanie daleko do formy okręgu i techniki plecionej :) 
 
 
Poprzestańmy więc na umownej nazwie "stroik adwentowy". Najważniejsza jest idea - odliczanie czasu do zbliżających się świąt. Wraz z kalendarzem adwentowym pojawił się u nas stroik z czterema świecami - sztucznymi niestety. Ubolewam nad tym, że nie jest nam dane obcować z żywym ogniem, ale nie mam takiej siły przekonywania, żeby utrzymać naszego rocznego łobuza z dala od tego, co niebezpieczne. Mimo to stroik spełnia swoją funkcję ozdobną i symboliczną: do naszych czterech kątów wnosi świąteczny powiew i nie pozwala nam zapomnieć, że to już adwent, a święta już, tuż! Materiały? Najprostsze z możliwych. Ich pochodzenie? Dom i ogród. Wystarczy odrobina wyobraźni i kreatywności, by z niczego zrobić coś, co nam przysporzy radości, dumy i satysfakcji. Tak stroik prezentuje się w ciągu dnia...
 
 
 
...a tak wieczorem, czyli mniej więcej od godziny 17 :)




Uściski
Marta

niedziela, 29 listopada 2015

Kalendarz adwentowy 2015

W zeszłym roku po raz pierwszy skusiłam się na zrobienie kalendarza adwentowego (do zobaczenia tutaj). W tym roku nie mogło być inaczej. Jedynie mój mąż jest niepocieszony, bo zdaje sobie sprawę, że to już ostatni kalendarz dla niego - przyszłoroczny pewnie obejmie w posiadanie nasz Syn. Jak to u mnie bywa - wszystko zostało wykonane bardzo prosto, wręcz prymitywnie.
 
 
Zrobiłam chyba najszybsze na świecie paczuszki z szarego papieru, nie szczędząc przy tym zszywek i wykorzystałam gotowe etykiety, które wydrukowałam stąd. Do tego przymocowałam "zawieszki" ze sznurka (oczywiście używając zszywacza) i zawiesiłam na desce, która już w zeszłym roku stanowiła podstawę naszego kalendarza.
 
 
 
 
W tym roku musiałam jednak zmienić jego lokalizację, żeby był poza zasięgiem niszczycielskich rąk Młodego: zawiesiłam go pod naszą półką udającą półkę RIBBA. Oczywiście: nic na stałe. Wszystko jest demontowalne i z możliwością ponownego wykorzystania. Nic się nie może zmarnować :)
 
 
Jeśli ktoś miałby ochotę na zrobienie własnego kalendarza - zachęcam! Adwent dopiero się zaczyna...
 
 
Marta

środa, 18 listopada 2015

Metamorfoza stołka - krok po kroku

Mam milion pomysłów na minutę, szybko się nudzę, lubię poznawać nowe techniki pracy. Mój pomysł, by zrobić tapicerowane siedzisko do mojego nowego-starego stołka to właśnie jeden z takich przykładów. Decyzja została podjęta jeszcze zanim dokonałam jego zakupu...
Ale od początku: brałam pod uwagę różne opcje "siedzeniowe", które miały stanąć przy naszym biurku. Mógł to być taboret - jakiś na pewno znalazłby się  gdzieś w domu. Mógł to być ładny taboret używany. Mogłam też najzwyczajniej w świecie kupić nowy taboret - jak cywilizowany człowiek. Ale NIE. Ja musiałam sobie dołożyć roboty. Kilka dni spędziłam na wertowaniu Pinteresta i OLX. Nadszedł dzień, gdy spośród wielu ogłoszeń wyselekcjonowałam kilka - tanich jak barszcz - taboretów. Po tej wstępnej selekcji zaczęłam się zastanawiać, na jaki się zdecydować. Odpowiedź okazała się niezwykle prosta - na ten, w przypadku którego nie musiałabym płacić za wysyłkę. Okazało się bowiem, że jeden z nich był z Opola. Pomyślałam: "Jadę po niego i biorę". Ale... wbrew temu, co było zamieszczone w ogłoszeniu, taboret znajdował się nie w Opolu, a w Łosiowie - czyli szmat drogi ode mnie. Nie w smak mi to było, bo za daleko, szkoda czasu i paliwa. Krótko mówiąc - rozczarowanie! Na szczęście w porę przypomniało mi się, że codziennie przez ową miejscowość przejeżdża nasz znajomy i to właśnie on otrzymał dyspozycję, by dokonać transakcji  (jeszcze raz Ci ślicznie dziękuję Artur :D). Widzicie więc, że był to zakup w ciemno. Byłam pełna zapału i nie mogłam się doczekać rozpoczęcia pracy nad nim. Najpierw jednak wertowałam internet w poszukiwaniu informacji o tym, jak tapicerować, bo jeszcze nigdy wcześniej tego nie robiłam. Zawsze musi być ten pierwszy raz. Nawet materiał kupiłam, zanim jeszcze został taboret trafił w moje ręce. Uwielbiam tą ekscytację towarzyszącą rozpoczynaniu nowego projektu - zwłaszcza, gdy robię coś po raz pierwszy.. Niestety, to była praca bardzo na raty. Każdy etap był uzależniony od drzemek mojego Syna, który ostatnio śpi jakby coraz mniej... Każdy etap nabierał więc mocy urzędowej, w związku z tym cała metamorfoza była bardzo rozciągnięta w czasie. Starałam się dokumentować poszczególne etapy prac, by móc się z Wami podzielić. Jeśli czegoś będzie brakować - to wybaczcie - to ta ekscytacja :)
Przed Wami taboret w jego pierwszej odsłonie. Takie ogłoszenie znalazłam i od tego ogłoszenia wszystko się zaczęło.


20 złotych? To praktycznie jak za darmo! Ale... gdy go zobaczyłam na żywo, początkowo ogarnęło mnie lekkie przerażenie, czy podołam metamorfozie, ale ekscytacja okazała się działać bardzo mobilizująco. Oczami wyobraźni już widziałam, jak będzie wyglądał po moich zabiegach kosmetycznych :D Rzut oka na stan przed metamorfozą ... i działamy.

 

"Mamo, muszę Ci pomóc. Beze mnie z pewnością sobie nie poradzisz :D"

1. Pierwsza rzecz: usunęłam siedzisko, które już do niczego się nie nadawało. Następnie rozpoczęłam żmudny proces usuwania wielu warstw farby, którymi był pokryty stołek. Mój Mąż mówi, że tych wiele warstw ułatwiło mi pracę, bo pod wpływem ciepłego powietrza z opalarki cała farba pięknie odchodziła od drewna. Musicie to sobie wyobrazić, bo zapomniałam, by ten krok uwiecznić na zdjęciu. No wiecie - ta ekscytacja... :)

2.Kolejny krok - szlifowanie. Też żmudne zajęcie, ale gdy widzisz, jak powoli wyłania się rysunek czyściutkiego drewna, a w pamięci masz pomarańczową farbę, to serce rośnie. I znów ta ekscytacja... :) Ciężko było wszystko perfekcyjnie doszlifować, ale też nie dążyłam do perfekcji. Taboret jest stary, więc nie chciałam na siłę ukrywać śladów, jakie zostawił na nim czas.

 



3. Malowanie go to już była pestka i szybka akcja. Użyłam lazury firmy Luxens. Używałam jej już kiedyś, sprawdziła się, więc sięgnęłam po nią i tym razem. Malowałam pędzlem z miękkim włosiem, niewielką ilością lazury - by jak najbardziej zminimalizować ryzyko pojawienia się zacieków. Nietrudno o to przy tylu zakamarkach i załamaniach. Już na tym etapie taboret prezentował się zachęcająco, a najlepsze miało dopiero nadejść...

4. W tym momencie rozpoczął się ten etap prac, który był związany z tapicerowaniem. Przygotowałam płytę, która stanowiła podstawę siedziska oraz piankę tapicerką. Użyłam 12-sto milimetrowej płyty MDF (bo tylko taką miałam) i piankę tapicerską ze starych krzeseł (bo tylko taką miałam). Co jeszcze było potrzebne? Owata, ale takowej nie miałam, a już naprawdę nie chciałam więcej inwestować, gdy nie byłam do końca pewna, czy efekt końcowy nie rozminie się za bardzo z wyobrażeniami. Powinnam również użyć sklejki, a nie płyty MDF ale: czytaj wyżej.


5. Pierwszy krok: docięcie płyty na siedzisko. Zrobiłam szablon z kartonu i dopiero na jego podstawie wycięłam odpowiedni kształt z płyty. Uwaga: siedzisko nie jest idealnie równe i trzeba o tym pamiętać. Następnie tak mniej więcej wyznaczyłam środek okręgu i wywierciłam tam dziurkę. Jest ona potrzebna, by odpowiednio przymocować guzik (bo ja oczywiście nie mogłam zrobić zwyczajnego, tapicerowanego siedziska. Nie, ja musiałam sobie utrudnić zadanie i dodać guzik. Dobrze, że chociaż skończyło się na jednej sztuce).

6. Nożykiem wycięłam piankę na kształt płyty i w niej również zrobiłam dziurkę - chodziło o to, bym w tą dziurkę mogła później wciągnąć guzik. Całość obłożyłam flizeliną (nie zapominając wcześniej o zrobieniu dziurki na środku). Dlaczego flizeliną? Bo nie miałam owaty, a coś mi mówiło, że warstwa pośrednia między pianką a materiałem jest jednak potrzebna.


 7. Następnie w ruch poszedł materiał - w odpowiednim miejsc umieściłam guzik (kilkukrotnie przeciągając przez niego dratwę - za każdym razem końce mają luźno wisieć po stronie płyty).


 

8. I teraz ten najfajniejszy moment - "wciąganie" guzika. Trzeba użyć sporo siły, by głęboko "wciągnąć" guzik, a następnie przytakerować sznurek po przeciwnej stronie, kilkukrotnie zmieniając jego kierunek. Na zdjęciu widzicie marne próby pracy z takerem ręcznym. I tutaj właśnie mamy wyższość sklejki nad płytą MDF - ręczny taker ze sklejką by sobie poradził, z MDFem niestety nie dał rady. Musiałam się poratować zszywaczem pneumatycznym.


 

9. Później wystarczyło już tylko ponaciągać materiał dookoła i przytakerować do płyty. Trzeba mieć na uwadze, by materiał naciągać równomiernie - bo to będzie rzutować na ostateczny wygląd siedziska.










 
10. Potem już z górki: przykręcenie siedziska do płyty, podklejenie nóżek filcem i gotowe! Możemy się cieszyć naszym nowym-starym taboretem. Prawda, że proste?  :D


 
 
 Krzesełeczko pod biureczko jest gotowe, a biureczko co? Dalej w stadium początkowym. Ale i na nie przyjdzie czas... Póki co krzesełko rekompensuje mi wszystkie braki biurka, a tych, którzy mieliby ochotę zmierzyć się z renowacją czegokolwiek, zachęcam do działania. Weźcie sobie jednak do serca kilka moich uwag:

 
1. Zacznijcie od czegoś małego. Nic tak nie zniechęca, jak brak widocznych postępów prac.
2. Przed przystąpieniem do pracy przygotujcie sobie wszystkie potrzebne narzędzia i materiały - później nie będziecie musieli się odrywać od pracy
3. Miejcie na uwadze, że to wcale wbrew pozorom nie jest tania zabawa. W przypadku wyżej opisanej metamorfozy stołka koszty wyglądały następująco:
- taboret: 20zł
- lazura: 36zł (zostało pół puszki)
- pędzel: 9 zł (będzie też do następnych prac)
- materiał: 18zł (końcówka materiału przeceniona w Leroy Merlin o 40% - też został jeszcze spory kawałek)
- nie wliczam prądu, papieru ściernego, sznurka, płyty, pianki tapicerskiej, flizeliny, mojej pracy, a mimo to koszt dobił do kwoty 83zł!
Ktoś powie, że trzeba było jednak kupić ten nowy, gotowy, za 53zł. Może i tak, ale satysfakcja z wykonanej pracy i osiągniętego efektu jest dla mnie warta poniesionych kosztów. To jak, kogoś zachęciłam?
 
Marta

piątek, 13 listopada 2015

Krzesełeczko pod biureczko :)

No muszę, muszę, bo się uduszę, jeśli się nie pochwalę :) Ale od początku: jakiś czas temu wspominałam, że ówczesny taboret przy naszym (niekompletnym jeszcze) biurku jest wersją tymczasową. Po głowie chodziły mi różne pomysły, które łączył wspólny mianownik: meblem tym musiał być taboret, żebym w razie potrzeby mogła go schować pod biurko (no wiecie, w tę przestrzeń przeznaczoną na nogi). Pewnego razu w TkMaxx zobaczyłam tapicerowany taboret. Niedrogi nawet: 53 złote to niewygórowana cena za produkt, który mi się naprawdę podobał. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zaczęła kombinować na wszystkie sposoby, by coś podobnego zrobić tańszym kosztem. Ów zobaczony w sklepie taborecik utwierdził mnie w przekonaniu, że właśnie tapicerowane siedzisko to będzie strzał w 10! Gdy więc trafiła się okazja kupna taboretu za 20 złotych - nie wahałam się. Już wiedziałam, co z nim zrobię :) 

Przed Państwem: taboret po metamorfozie. Jestem z niego bardzo, bardzo dumna, bo wszystko wyszło spod moich rąk. Efekt końcowy oceńcie sami:


Tak natomiast prezentował się mebel zaraz po zakupie. Obraz nędzy i rozpaczy. I chyba tylko ja widziałam w nim potencjał :)


I na koniec moje ulubione zestawienie: "przed i po":


Dzisiaj wpadam dosłownie tylko na chwilkę, pokazać, co w ostatnim czasie wyszło spod moich rąk. Następnym razem chciałabym Wam uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jak wyglądał przebieg prac. Kto wie, może kogoś to zainspiruje? :)

Uściski.
Marta

poniedziałek, 2 listopada 2015

Dziś są Twoje urodziny...

Synuś!
Rok temu o tej porze wiedziałam już, że za kilka - kilkanaście godzin się zobaczymy. Że nastąpi koniec długiego oczekiwania, a zacznie się prawdziwe życie. Że nie będzie już beztroski i spontaniczności, a nasz świat nabierze całkiem innych wartości. 



Od kiedy Cię usłyszałam i zobaczyłam, zrozumiałam, że od teraz Ty jesteś dla mnie najważniejszy. Nie oddałabym ani jednej chwili spędzonej z Tobą i nie wyobrażam sobie, że mogłoby Cię nie być. Dziękuję, że jesteś i przepraszam za to, że nie jestem mamą idealną. Przepraszam za błędy, które popełniłam i za te, które dopiero popełnię. Pamiętaj o jednym: KOCHAM CIĘ i tego nie zmieni nic.
Mama 

niedziela, 1 listopada 2015

Carpe diem

Chyba każdy z nas opiekuje się jakimś grobem. Mojej mamie też przypadł jeden w udziale i utarło się, że przed uroczystością Wszystkich Świętych to ja przygotowuję stroik na ten właśnie grób. Rok temu mniej więcej na tydzień przed 1 listopada usłyszałam od mamy: "Tylko zrób mi stroik, a potem...możesz jechać rodzić" :D 


Teraz sytuacja wygląda całkiem inaczej: pod nogami plącze się nasz już prawie roczny szkrab, a dobę mam wypełnioną po brzegi zajęciami... Jedno się nie zmieniło: stroik na Wszystkich Świętych robię ja. Od trzech dni chodziłam z Młodym na spacery po polach i łąkach i przynosiłam do domu różne różności, bo wiadomo, że z pustego to i Salomon nie naleje, a żeby coś zrobić, to trzeba mieć z czego. O ile we wszelką zieleninę obfituje nasz ogród, o tyle to, co mogło służyć za przyozdobienie, to dary właśnie łąk, pól i przydrożnych krzewów.

Widzicie te gałązki? To baza stroika


Poodcinałam wszystkie boczne, drobne gałązki, z których zrobiłam mały wianuszek:


Do bazy przykleiłam gąbkę florystyczną i ... dałam się ponieść:



Efekt końcowy? Proszę bardzo:






 Koszt?
- 12 sztucznych kalii (z czego do stroika zużyłam tylko 3, do wazonu 5, a 4 zostały może na drugi rok): 50 zł (swoją drogą to niewyobrażalne, żeby sztuczne kwiaty były tak drogie...)
- gąbka florystyczna: 4 zł
- filcowy sznurek: 6 zł

Myślę, że nigdzie nie kupiłabym stroika o długości ok. 90 cm w tym stylu w cenie 60 zł. Zresztą, nie chodzi o pieniądze i przelicytowywanie się, ile kto wydał. Chodzi o pamięć i chwilę refleksji nad życiem. W tym wyjątkowym dniu przystańmy, pomyślmy chwilę i ... cieszmy się obecnością tych ludzi, których wciąż jeszcze mamy wokół siebie. Nie gońmy ślepo w wyścigu szczurów. Szkoda na to życia. Jak to mówią: "Carpe diem", bo nigdy nie wiesz, co będzie jutro...

Marta