I gdy po całym takim zabieganym dniu, obfitującym w ciągłe zmartwienia, siadam wieczorem na kanapie, zatapiam się w myślach i snuję przypuszczenia, czy to już apogeum burzy, czy też może będzie jeszcze gorzej? Człowiek jest w stanie wytrzymać wiele, ale co za dużo, to i świnia...no, wiecie.
Wiem, że pozytywne myślenie powinno być w tej sytuacji lekiem na całe zło, ale już nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nawet odrobiny optymizmu. Nie umiem. Moje pokłady dobrej energii wyczerpały się: wraz z każdą negatywną historią, która miała miejsce w tym krótkim czasie, czułam, jak ubywa mi wiary w lepsze jutro. Mimo, że doceniam dobre rzeczy, które przecież mnie również otaczają, to jednak te negatywne po prostu mnie przytłoczyły. Widzę to, co dobre, ale jednocześnie nie potrafię dostrzec światełka w tunelu ani końca tej burzy. Trzymam się jednak kurczowo myśli, że każda burza przecież kiedyś się kończy i może w końcu dla nas też wyjdzie słońce?
Gdzieś ostatnio przeczytałam taką myśl, że być może wszystko to, przez co przechodzimy, ma nas przygotować do konfrontacji z naszymi marzeniami. W takim układzie ja już chyba przestanę marzyć - to będzie mniej bolesne.
Tymczasem wracam do mojej rzeczywistości budowlano - remontowej, w której dzieje się, oj dzieje. Cieszy mnie to i jednocześnie przeraża, bo nieuchronnie zbliża nas do życiowej rewolucji. Co w tej sytuacji dobre: będę miała dla Was mnóstwo wpisów ze Starym Domem w tle - już nie mogę się doczekać. W międzyczasie staram się odgruzować pomieszczenia, wyprzedając wszystko, co się da. Wciąż przyjeżdżające i odjeżdżające samochody to więc stały widok dla naszych przyszłych sąsiadów :)