poniedziałek, 13 lipca 2015

Dekoracje niskobudżetowe: beton - cz.1

Utwierdzam się w przekonaniu, że styl industrialny jest mi bardzo bliski. Od jakiegoś czasu chodziły mi po głowie rozmaite projekty związane z betonem. Okazja nadarzyła się przypadkiem, gdy mojemu tacie pod koniec pracy została na dnie wiaderka resztka zaprawy. Nie mogłam pozwolić, by taka okazja przeszła mi koło nosa. Czym prędzej pobiegłam po plastikowe kubeczki, tea-lighty, puste puszki... - czyli to, co według mnie miało potencjał do pracy z betonem.
 
 
Nie jestem dobra w postach z kategorii DIY: bo ja chcę efekty mojej pracy już! tu i teraz!. Nikt nie jest w stanie zmusić mnie, bym w międzyczasie pstrykała fotki. Zresztą w tym przypadku nie bardzo byłoby co dokumentować. Zapełniłam po prostu trzy kubki zaprawą, włożyłam puste "opakowanie" po świeczce by uformować otwór i tyle.
 
 
 
Proste, ale już na tym etapie popełniłam błąd: nie ubiłam betonu, co spowodowało, że stworzone przez mnie świeczniki na tea-lighty są trochę "niespójne" i "nie zbrylone", co zresztą doskonale widać na zdjęciach. Temperatura schnięcia również była zbyt wysoka, co spowodowało, że elementy się kruszą. Nie zaszkodziłoby im również podlewanie wodą - zwłaszcza, że w tym czasie upały w naszych okolicach były niesamowite. Z trzech świeczników przeżyły niestety tylko 2, trzeci się - delikatnie ujmując - nie udał :) Mimo błędów, które popełniłam - nie żałuję. Przede mną znacznie większy projekt, który być może stworzę z większym zrozumieniem dla materiału, jakim jest beton. Przy odrobinie szczęścia może uda mi się uniknąć kilku błędów. Kto wie ? :)
 
Marta
 
 


wtorek, 7 lipca 2015

Sernik na zimno z jagodami

Nie przepadam za jagodami. Bijcie, krzyczcie: no nie przepadam i już. Jeśli już są, to ewentualnie zjem, ale zawsze w postaci przetworzonej - najczęściej w cieście. Tym razem postanowiłam zachować je w postaci prawie naturalnej i powiem szczerze, że efekt końcowy zachwycił nawet mnie. Mimo, że mój "nie wygląda", to smakiem zdecydowanie nadrabia. Przepis jak zwykle zaczerpnięty z bloga Moje Wypieki.




Składniki:
  • 750 g jogurtu greckiego, w temperaturze pokojowej
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii (nie miałam, jeszcze nie zrobiłam, przymierzam się, wanilia czeka)
  • 130 g cukru pudru, przesianego
  • 24 g żelatyny w proszku
  • 200 g śmietany kremówki 30%, schłodzonej
  • 350 g jagód lub borówek amerykańskich, świeżych lub mrożonych (miałam mniej, ale sernikowi to nie zaszkodziło jakoś specjalnie)
W większym naczyniu wymieszać jogurt grecki z ekstraktem z wanilii i cukrem pudrem. Odłożyć.
Żelatynę namoczyć, następnie rozpuścić w 1/4 szklanki gorącej wody. Dodać do niej 4 łyżki odłożonej masy jogurtowej i wymieszać. Sprawdzić między opuszkami palców - nie powinno być w niej grudek. Gdyby były - podgrzać lekko w mikrofali lub nad parą wodną (nie gotować) i raz jeszcze dokładnie wymieszać. Całość dodać do pozostałej masy jogurtowej, wymieszać.
Schłodzoną kremówkę ubić na sztywno. Przełożyć do masy jogurtowej i wymieszać. Odłożyć do lodówki do lekkiego zgęstnienia (uwaga: tężeje szybko). Dodać jagody (mogą być zamrożone, nie powinny być jednak zbite w jedną bryłkę) lub borówki amerykańskie (je wcześniej odmrozić i osuszyć na papierowym ręczniczku). Wymieszać.
Przygotować formę o średnicy 23 cm, najlepiej z ceramicznym spodem i silikonową obręczą (tradycyjną formę wyłożyć papierem do pieczenia, wypuszczając papier poza obręcz). Do formy przelać masę jogurtową z jagodami, wyrównać.
Schłodzić w lodówce do całkowitego zastygnięcia sernika.

Dodatkowo: (w mojej skromnej wersji dodatków nie było - kto by tam miał na to czas :D Rozrzuciłam tylko z wierzchu te porzeczki, które wcześniej odłożyłam do zblendowania na wierzchnią warstwę. Ważne: zrobiłam to przed zastygnięciem masy.)
  • 125 g serka mascarpone
  • 1,5 łyżki jagód
  • 2 łyżki cukru pudru
Wszystkie składniki zmiksować w malakserze (lub blenderem). Rozsmarować po wierzchu sernika.
Przechowywać w lodówce.
 

Deser w sam raz na upalne dni. Polecam, palce lizać - znika w tempie ekspresowym!
Marta

czwartek, 2 lipca 2015

W kolorze słońca

Odkąd pamiętam kolor żółty kojarzył mi się ze słońcem i wakacjami. I o ile wakacje oczywiście uwielbiałam, o tyle za kolorem żółtym - delikatnie mówiąc - nie przepadałam. Dotyczyło to również żółtego we wnętrzach. Być może był to skutek wysłuchiwania ciągłych komentarzy znajomych i nieznajomych typu "żółty i pomarańczowy to takie ciepłe kolory. Pomalujmy nimi ściany w pokoju - będzie ciepło i przytulnie" - rozumiecie, co mam na myśli? Dopiero Ola była w stanie mnie przekonać, że kropla żółtego koloru w monochromatycznym wnętrzu może być całkiem sympatyczna. W związku z tym postanowiłam do kącika maleństwa wprowadzić trochę koloru.



Stanęło na tym elemencie dekoracji, który uwielbiam za jego wszechstronność - na myśli mam poduszkę. Rzucona tu czy tam - zawsze podnosi walory estetyczne we wnętrzu. Moje widzimisię nie spowodowało jednak naruszenia zawartości portfela - postanowiłam wykorzystać to, co miałam w domu.
 


 
Zawzięłam się więc ostatnio i każdą wolną chwilę (czytaj: późny wieczór, dopóki nie zabrakło sił - czyli jakieś 10 minut) spędzałam z drutami. Chwała niebiosom, że włóczka była konkretnej grubości, druty duże - więc było widać postęp w robocie. Inaczej chyba bym to rzuciła, bo przy moich niewielkich zdolnościach operowania nimi nie wierzyłam za bardzo w powodzenie całego przedsięwzięcia. Co wyszło, widać powyżej i poniżej. Muszę nieskromnie przyznać, że jestem całkiem zadowolona. Jednak dopiero na zdjęciach zauważyłam, że guziki przyszyłam okrutnie krzywo. Cóż: późno było :D Poduszka jednobarwna to dopiero część planu, ale na resztę przyjdzie Wam i mnie pewnie trochę poczekać.

 
A że na chwilę sobie ją pożyczyliśmy... - chyba się Syn na nas nie obrazi, co? :D

Pozdrawiam słonecznie
Marta

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Pudding chlebowy

Nudy, nudy, pomyślicie... Nic się nie dzieje, a jak już się ocknę z odrętwienia, to znowu zapodaję coś do jedzenia. Pomyślałby kto, że nic, tylko siedzę i jem. I w sumie w 50% by się nie pomylił. Z tym "siedzę" bym polemizowała, natomiast jedzenie to ta część życia, którą uwielbiam. Takie zwykłe, codzienne przyjemności, a dają tyle radości :)
 
 
Dziś na szybko: pudding chlebowy, dla zutylizowania resztek pieczywa. Przepis pochodzi z bloga Magda Kucharzy, który niejednokrotnie mnie inspirował. Pudding ani nie jest specjalnie zdrowy, ma niebezpieczną skłonność do uzależniania od siebie, ale wyrzuty sumienia są zagłuszane przez cichy głos rozsądku ("no przecież wykorzystuję czerstwe bułki - przynajmniej ich nie wyrzucam" :D ). Wykonanie: banalnie proste.
 
Składniki:
 - 2 bułki
- 1/2 szklanki śmietany 30%
- 1/2 szklanki mleka
- 1 opakowanie cukru waniliowego
- 3 duże jajka
- 3 łyżki cukru brązowego
 
Bułki pokroić w sporą kostkę. Śmietanę wymieszać z mlekiem, dodać cukier waniliowy i jajka, roztrzepać. Pieczywo ułożyć w żaroodpornych naczynkach (lub w jednym dużym naczyniu), zalać masą mleczno-jajeczną tak, aby każdy kawałek chleba został nią pokryty. Odstawić na 5 minut, by pieczywo lekko nasiąkło. Wierzch posypać cukrem brązowym (powstanie przyjemna, słodka skorupka). Można dorzucić także rodzynki czy kawałki czekolady, wszystko zależy od inwencji. Zapiekać 15-20 minut, aż jajka się zetną. 
 
Smacznego
Marta

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Pieczona owsianka

Druga połowa czerwca, sezon truskawkowy już się kończy, a u mnie ani jednego przepisu z ich wykorzystaniem. Muszę to naprawić - przynajmniej w pewnym stopniu. Dziś na tapecie pieczona owsianka - pyszna, zdrowa, na śniadanie, przekąskę, do pracy. Tak więc: do dzieła!
 
 
 Przepis pochodzi stąd i brzmiał tak:
 
Owsianka pieczona
bananowa, z jagodami goji i truskawkami
Składniki:
(na nieduże naczynie do zapiekania, na tę sporą formę do tarty ze zdjęć weszła podwójna porcja)
  • szklanka płatków owsianych błyskawicznych
  • łyżka suszonych jagód goji
  • łyżka płatków migdałowych
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • jajko
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1 mały słoiczek przecieru owocowego dla niemowląt: jabłka z gruszkami lub jabłka i banany
  • łyżka oliwy z oliwek
  • duży, dojrzały banan – rozgnieciony widelcem na papkę
  • opcjonalnie: dwie garście truskawek lub innych świeżych owoców sezonowych
Przygotowanie:
  • w jednej misce wymieszać suche składniki, w drugiej – wszystkie mokre
  • połączyć składniki suche z mokrymi, dokładnie wymieszać i odstawić na 15 minut do napęcznienia
  • masę przełożyć do wysmarowanej oliwą (cieniutko, przy użyciu kawałka ręcznika papierowego) foremki
  • piec 20 – 25 minut w 180 st.


Zmodyfikowałam go po swojemu - tak troszeczkę i nieznacznie dostosowałam go do własnych potrzeb:
1. Nie miałam płatków owsianych błyskawicznych - użyłam płatków owsianych górskich
2. Jagód goji też nie miałam - użyłam suszonej żurawiny
 
3. Płatków migdałowych też mi zabrakło - w zamian dodałam trochę słonecznika, a dodatkowo dorzuciłam jeszcze odrobinę otrębów owsianych i siemienia lnianego
4. Obowiązkowym punktem było dodanie truskawek i taka wersja to moim zdaniem strzał w dziesiątkę!
5. Formę wyłożyłam papierem do pieczenia i niczym jej nie smarowałam
Wyszło pysznie!


To co, może jutro na śniadanie? :)
Smacznego!
Marta

czwartek, 11 czerwca 2015

Kwiatowe kule z papieru

Przeglądając ostatnio czerwcowy numer czasopisma "Moje mieszkanie" trafiłam na artykuł o wyrobach z papieru i przypomniało mi się, jak bardzo uwielbiałam kiedyś papier. Z papieru byłam w stanie zrobić wszystko! Był dla mnie podstawowym materiałem do prac rękodzielniczych, tworzywem, z którego potrafiłam wycisnąć maksimum możliwości. W tych właśnie czasach - długo, długo przed blogiem - trwało apogeum mojej papierowej twórczości. Wtedy to powstały papierowe kule. Oczywiście proces ich powstawania nie został nigdzie uwieczniony i musicie mi uwierzyć na słowo, że ich bazę i warstwę zewnętrzną stanowi papier.

 

Sposób wykonania:
Papier (oczywiście wykorzystujemy stare gazety lub niepotrzebne wydruki - nie marnujemy czystych kartek) zgniatamy w kulkę - większą niż docelowa. Następnie owijamy szczelnie i mocno (to ważne, w przeciwnym razie kula będzie miękka i nie będzie stabilna) taśmą - ja owijałam brązową, pakową. W wersji bardziej eko można użyć taśmy papierowej. Następnie zajęłam się warstwą wierzchnią. Nakręciłam mnóstwo kwiatków z tektury, oj mnóstwo (prosty i czytelny tutorial znajdziecie np.tutaj). Ale nie z takiej normalnej tektury, Drodzy Państwo, o nie! :D Jako materiał na kwiatki zużyta została tekturka, na którą nawinięty jest papier do pakowania prezentów - no wiecie, stanowi "podstawę" rolki. Dlaczego? Bo spełniała wszystkie kryteria: miała odpowiedni kolor, ale jednocześnie była bardziej miękka i plastyczna niż zwykła tektura (np. ta spotykana na ostatnich stronach szkolnych bloków). Po nakręceniu mnóstwa kwiatków przystąpiłam do przyklejania ich na moją kulę uformowaną z gazet i oklejoną taśmą: smarowałam kawałek klejem "Magic", kleiłam kwiatki i czekałam, aż klej zaschnie, żeby mi to wszystko nie jeździło, tylko zostało na swoim miejscu. Trwała ta zabawa wiele dni, ale efekt jest moim zdaniem więcej niż satysfakcjonujący. Sama się sobie dziwię, że miałam w sobie tyle samozaparcia, żeby tego nie rzucić, tylko dokończyć. Jakby tego było mało, później zrobiłam do kompletu jeszcze drugą, mniejszą kulę.

 

 
 
Mówiłam już, że lubię robić coś z niczego? Mówiłam, wiem. Zawsze to powtarzam :D
 
 
Pozdrawiam
Marta

czwartek, 4 czerwca 2015

Paper lights

Nie ma co gadać - blog niesamowicie motywuje. Gdybym nie wspomniała, że coś tworzę, pewnie rzuciłabym to w kąt, zapomniała o tym i wyciągnęła za rok. A tak nie było wyjścia: powiedziało się "A", trzeba było też powiedzieć "B".


Uwaga, moi drodzy: post o lampach był tylko wstępem do tego, co chciałam Wam pokazać. Jak już wspomniałam: uwielbiam lampy, lampeczki, girlandy i wszelkie źródła światła. Jakiś czas temu u babci męża zauważyłam nowiutki, fabrycznie jeszcze zapakowany sznur lampek LED-owych. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że pewnie u niej się zmarnuje w czeluściach szafy, a ja już miałam milion pomysłów, co bym z niego zrobiła i jak wykorzystała. Pewnego pięknego dnia zapytałam więc wprost, czy by mi go sprezentowała. Na szczęście nie miała nic przeciwko, a ja stałam się posiadaczką tego, co widzicie poniżej. Pamięć trochę spłatała mi figla, bo przez cały czas wydawało mi się, że łańcuch jest jasny - przezroczysty, ale okazał się niestety ciemnozielony. Cóż - chyba jakoś to przeżyję :) Oczywiście wiadomym było, że łańcuch nie przetrwa w swojej pierwotnej postaci. Zamarzyło mi się, żeby tandetne, materiałowe róże zastąpić czymś bardziej szlachetnym - jeśli tak można nazwać papier :) Jak zrobić podobny łańcuch? Już Wam pokazuję:

 
Oczywiście potrzebny jest łańcuch światełek - bez tego nie ruszymy dalej :D Można kupić albo wysępić od kogoś, komu jest niepotrzebny lub nie widzi ich potencjału. Nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie możecie podobne kupić, ale wydaje mi się, że powinny być dostępne w marketach budowalnych. Chodzą mi też po głowie sklepy typu KiK, Pepco, Jula czy Tiger. Od czasu do czasu coś podobnego rzucają w marketach "spożywczych".  Z tego, co widziałam na opakowaniu to moje przyjechały z Niemiec i były kupione w Kauflandzie na 7,99 Euro.


Przymknijmy oczy na ten wątpliwej urody róż - za chwilę i tak go nie będzie :- ) Należy zdjąć to, co nam przeszkadza: w moim przypadku płatki róż, ale może się zdarzyć, że będą to plastikowe mikołajki albo kolorowe kulki - zależy, co Wam się trafi. Chodzi o to, żeby uzyskać w miarę wyizolowane żarówki. Ja do zdjęć zatrzymałam się na diodach z plastikowymi osłonkami, które ostatecznie potem i tak zdjęłam. Trzeba pamiętać, by robić to bardzo  ostrożnie, by nie uszkodzić kabla i żarówek.
 



 
Uzyskujemy "łysy" łańcuch . Teraz przychodzi czas na zabawę. W pierwszej wersji róże miały być zastąpione przez papierowe "kostki". Miałam już nawet ambitny plan, żeby przygotować dla Was mały tutorial, zrobiłam jedną "kostkę", potem drugą... i zwątpiłam. Moja wizja nie do końca pokrywała się z rzeczywistością. Papier teoretycznie ładnie przepuszczał światło, ale boki sześcianu okazały się zbyt grube i masywne i nieładnie odstawały od całej bryły. Próbowałam je podkleić taśmą dwustronną, ale trzymały się dosłownie jakieś 5 minut, by później się ładnie odkleić i doprowadzić mnie do szewskiej pasji.



Cały mój plan legł w gruzach i trzeba było poszukać alternatywy. W ruch poszedł Pinterest - a jakże. Znalazłam tam coś, co na nowo rozbudziło moją wyobraźnię i nadzieję. Wpadłam na pomysł, by sześciany zastąpić papierowymi "diamentami" i chyba to był pomysł trafiony w 10! Moim zdaniem diamenty wyglądają zdecydowanie korzystniej i szlachetniej niż sześciany, do których się tak na początku zapaliłam. Zresztą poniżej pokazuję porównanie. Oceńcie sami:
 
 
Dla tych, którzy byliby zainteresowani zrobieniem sobie podobnych papierowych diamentów, podaję tutaj zdjęcie, z którego ja korzystałam. Znalazłam je na Pinterest, a odsyła nas do tego źródła. Dodam też, że moje kwadraty miały boki o długości 8cm (czyli dosyć małe), a zrobione są z grubszego papieru (ale zabijcie mnie, grubiści nie pamiętam)
 


Gdzieś w głowie świtało mi, że w Tchibo były kiedyś takie papierowe girlandy, które mi się bardzo podobały. Oczywiście na żywo ich nie widziałam, a cały swój osąd oparłam na tym, co widziałam w ich gazetce reklamowej. Z ciekawości więc wstukałam odpowiednią frazę w Google i oto, co mi wyskoczyło:

 
Nasza girlanda póki co wędruje i nie ma swojego stałego miejsca. Żałuję, że kabel nie jest jasny, ale "jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma", prawda? :-) Mimo tego mankamentu strasznie się cieszę, że udało mi się ją zdobyć i przerobić po swojemu, bo uwielbiam robić coś z niczego. Bliskie jest mi hasło 3xR: reduce, reuse, recycle. Oby więcej takich projektów - które zaczęłam i skończyłam :D
 
 
Pozdrawiam
Marta