Miałam niedawno tę (nie)przyjemność zawitać do galerii
handlowej. To dla mnie niecodzienne wydarzenie, bo na palcach jednej ręki
mogłabym policzyć swoje wizyty w „świątyni zakupów” w ostatnim roku. Jako, że
wizyta ta przypadła na gorący czas wyprzedaży, z przerażeniem patrzyłam na
piętrzące się w każdym sklepie ubrania: przerażała mnie zarówno skala
zatowarowania, jak i ilość plastiku, w jaki te produkty są zapakowane. Nie było
sklepu, w którym nie byłoby bieżącej dostawy nowego towaru. Hałdy ubrań, które
rano pracownice sklepu, spiesząc się jak w ukropie, starają się we względnym
porządku poukładać na półkach, a które później dziki tłum napalonych klientów i
tak rozwali… Straszne to było doświadczenie, ale jednocześnie jeszcze bardziej
utwierdziło mnie w przekonaniu, że droga, którą kroczę, jest słuszna. Nie mówię,
że nie kupuję ubrań – bo kupuję. Ale na zakupy wybieram się wtedy, kiedy czegoś
potrzebuję, a jeśli już zdarza mi się wybrać na „shopping” bez większej
potrzeby, to i tak zazwyczaj kończy się on fiaskiem – nawet w lumpeksach.



Moje
wymagania znacznie wzrosły: już nie kupuję czegoś tylko dlatego, że jest tanie.
Zdecydowanie częściej patrzę na skład, wybierając ubrania z naturalnych
materiałów. Duże znaczenie ma też ponadczasowość ubrania: ma pasować do
innych elementów w mojej szafie, bym mogła tworzyć niezliczoną ilość pasujących
do siebie zestawów. Chyba mi się to udaje, bo już od długiego czasu nie
powiedziałam: „nie mam się w co ubrać”. Wprost przeciwnie: ilość udanych
zestawów, które tworzą moje ubrania, powoduje, że czasem mam aż za dużo
pomysłów... Ale to chyba dobrze J
Przez długi czas moi ulubionym codziennym zestawem były
dżinsy, koszula i obszerny kardigan. To był idealny zestaw na wiosnę, jesień i
zimę. Problem w tym, że trochę mi się przejadł. W tym roku łaskawiej więc
spojrzałam na sukienki: zestawione z ciepłymi rajstopami, kozakami i dżinsową
kataną wyglądają świetnie i – co ważne – jest mi w tym zestawie bardzo
wygodnie.
Z racji zbliżającej się rodzinnej uroczystości potrzebowałam
ostatnio jakiegoś stroju na wyjście. Mój wybór padł na zwykłą, prostą, basicową
czarną sukienkę, którą z powodzeniem wykorzystam teraz, jak i później.
Uwielbiam takie zakupy – zwłaszcza, że kiecka kosztowała 13zł J Zestawiona z żakietem
i wysokimi, eleganckimi kozakami sprawdziła się na eleganckim, zimowym
przyjęciu, ale równie dobrze będzie wyglądać w połączeniu z dżinsową kataną
(też sh – 7zł) i białymi trampkami. Całości dopełni pojemna torba – torbiszcze
wręcz, którą postanowiłam sobie uszyć w tamtym roku.
Torba DIY
Ma wiele niedociągnięć i niedoskonałości, ale jest w całości
moja, a do jej stworzenia wykorzystałam tylko półprodukty, które miałem w domu.
Szczerze mówiąc, już nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłam jakąś nową torebkę –
wszystkie, które mam, pochodzą z sh, są ze skóry i służą mi już bardzo długo.
Przestałam kupować torebki z ekoskóry i innych imitacji, bo strasznie irytowało
mnie, że tak szybko się niszczą: z daleka nie wyglądały jeszcze tak źle, ale
gdy przyjrzeć się z bliska, można było zauważyć spękania i łuszczenie się w
newralgicznych miejscach. Moje serce wtedy krwawiło: żal mi było dobrej jeszcze
(pozornie) torebki, ale też nie chciałam chodzić jak obdartus. Wyjście było
jedno: przestać kupować takie torebki. To było najlepsze z możliwych rozwiązań
i praktykuję je do dziś. Gdy więc w tamtym roku stwierdziłam, ze potrzebuję
dużej torby, postanowiłam uszyć ją sama – albowiem w sh akurat nie znalazłam
żadnej odpowiedniej do moich potrzeb.


Zdecydowanie brakuje mi w niej
wewnętrznej kieszonki na telefon komórkowy – ale wszycie jej przewyższało moje
nikłe umiejętności krawieckie. Pomijając to – torba jest super pojemna, ma
zwijaną górną część, która w magiczny sposób powiększa pojemność torby w razie
nieprzewidzianych zakupów i pasuje do większości moich stylówek. Gdybym miała kupować coś nowego, pewnie byłby to jakiś produkt naszej rodzimej marki Me&Bags, których produkty idealnie trafiają w mój gust. Tym razem jednak postanowiłam sama zmierzyć się z wyzwaniem, jakim było własnoręczne uszycie torebki. Nie jest
idealna. Ja widzę jej defekty i Wy z pewnością również, ale noszę ją regularnie, chętnie i bez wstydu – i niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba :)