niedziela, 21 lutego 2016

Jak zobaczyć upływający czas - drewniana miarka wzrostu (DIY)

Była sobie piękna deska jesionowa, która zapragnęła stać się miarką wzrostu dla pewnego cudownego Chłopca... - tak mogłaby się zacząć ta bajka, gdyby w rzeczywistości nie stałą się moim koszmarem (na szczęście z dobrym zakończeniem). Owa miarka wzrostu to - uwaga, uwaga! - zaległy prezent roczkowy (przypomnę: Dziecko mam listopadowe). 


Tak to już u mnie jest, że wszystko musi nabrać mocy urzędowej. A że pomysłów w głowie coraz więcej, to stwierdziłam, że od samego myślenia sprawy nie poruszą się ani o milimetr do przodu - trzeba zakasać rękawy i zacząć działać. Mężuś ukochany został poproszony o zorganizowanie ładnej deseczki jesionowej (ale każda inna też by mogła być - u nas po prostu tak trafiło). Poszłam na łatwiznę, bo wyprosiłam już deskę wyszlifowaną, tym samym oszczędzając sobie sporo pracy, czasu i sprzątania :) Gdy tylko deska pojawiła się w domu, czym prędzej udałam się na zakupy do Leroy Merlin (żeby nie było niejasności, to nie jest reklama. Po prostu ten sklep budowlano-dekoracyjny mam najbliżej domu). Zakupów dokonywałam z Mężem i Dzieckiem, co oczywiście było karygodnym błędem, ale nie miałam wyjścia, bo weszłam tam dosłownie na chwilkę przy okazji zakupów w sąsiadującym z LM centrum handlowym. Jak to bywa w sklepie z dzieckiem, założenie było takie, że wszystko ma być wybrane jak najszybciej. Ekspresem więc dokonałam wyboru i pobiegłam do kasy, bo Dzieć już się niecierpliwił. Zadowolona z siebie wróciłam do domu z obietnicą daną samej sobie, że następnego dnia rozpocznę projekt "Miarka wzrostu". O dziwo, słowa dotrzymałam: Nazajutrz w czasie drzemki mojego Maleństwa rozłożyłam się na dworze z całym majdanem, wyciągnęłam czarną bejcę, zaczęłam bejcować i ... zamarłam. Deska zamiast pięknie czarna, zrobiła się ... zielona! Pobejcowałam raz, drugi, trzeci, zielenizna nie chciała się przyciemnić ani przybrać innej barwy, więc sięgnęłam po plan B. Bo przecież przezornie wzięłam w sklepie z półki malutką puszkę z farbą akrylową. Pomyślałam sobie więc: "Spoko luz, nie ma paniki, rozrzedzimy trochę akrylik wodą, machnę szybciorem deskę i powinno być OK..." Plan ten został odłożony na wieczór - wiadomo, Syn. 


W związku z ciemnością i temperaturą trzeba było przenieść całą imprezę do środka. Dobrze, ze rodziców akurat nie było w domu, bo by chyba dostali zawału, gdyby widzieli, ze rozłożyłam się z tym całym majdanem w nowej kuchni :) Zadowolona otworzyłam puszkę i w tym samym momencie woń farby uderzyła mnie po nosie. Pomyślałam sobie "ale o co chodzi, przecież to farba AKRYLOWA miała być..." Z pewnym ociąganiem podniosłam puszkę, spojrzałam na etykietę i po raz kolejny tego dnia stanęłam jak wryta, bo okazało się, że farba akrylowa okazała się być farbą ALKIDOWĄ (tak to jest, jak się robi zakupy z dzieckiem...) Nie dość, ze śmierdziała, czas schnięcia też nie należał do najkrótszych, to jeszcze nie można jej rozrzedzać wodą, a narzędzia należy myć rozpuszczalnikiem. Milusio! Stwierdziłam jednaj, że się nie poddam. Machnęłam deskę raz, cieniutką warstwą farby, prawie suchym pędzlem - byle tylko zakryć bejcę i zostawiłam na dwa dni. Potrzebowałam czasu na otrząśnięcie się po tej traumie :) 


Kolejnym krokiem było stworzenie podziałki. Przykleiłam taśmę malarską, wyznaczyłam sobie odległości co 3 cm (mniej więcej, bo tyle miał klocek Filipa). Później kątownikiem ślusarskim wyznaczyłam wszystkie potrzebne kreski, a następnie ręcznie wyrysowałam cyfry. 


Wszystkie zaznaczenia powycinałam później przy pomocy ostrego nożyka, a powstałe przestrzenie wypełniłam farbą przy pomocy pędzelka. Ta farba to zwyczajna próbka farby do ścian za 2,99zł.


Teoretycznie po wykonaniu tej czynności powinniśmy zdjąć taśmę, by uniknąć odpyskiwania farby, gdy ta już wyschnie, ale ja chciałam powtórzyć malowanie, więc zrobiłam to od razu po nałożeniu drugiej warstwy. Jest kilka odprysków, ale to nadaje tylko charakteru "vintage". Na sam koniec przetarłam wszystko gąbką do matowania, żeby uzyskać trochę "used-look". 


Docelowo miarka w górnej części będzie miała kawałek paska, na którym będzie wisieć, ale najpierw muszę go zdobyć, co może znów chwilę potrwać :) Myślę, że taka miarka będzie doskonałą pamiątką. My (tzn. brat i ja) mierzyliśmy się na drzwiach prowadzących do piwnicy (po środkowej stronie), tylko co zrobić w przypadku wymiany drzwi? Albo gdybyśmy chcieli odświeżyć i pomalować drzwi? Wszystko wtedy idzie na marne - stąd też mój pomysł na to, by Synowi zorganizować taką właśnie miarkę wzrostu. 


Niech dzieciństwo zostanie zapisane nie tylko na kartach przebrzmiałej historii, ale również na tej desce, która będzie z nim mogła wędrować prawie zawsze i prawie wszędzie :) Niech mu przypomina, jak fajnie było i jest być naszym dzieckiem :D

Marta

3 komentarze:

  1. Wspaniałe i żywotne dzieło. Może cieszyć niejedno pokolenie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super pomysł:) Też mam zamiar coś takiego zrobić, tylko zastanawiam się jak na czarnym będą wyglądały naniesienie pomiary wzrostu. Mogłabyś wrzucić zdj jak to u Ciebie wygląda? Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My wszelkie pomiary robimy na lewej stronie, która nie jest pomalowana. W ten sposób prawa strona jest stroną "dekoracyjną", a lewa - roboczą. Zaznaczamy zwyczajnie markerem, wpisujemy datę i masę ciała - ot, taki domowy bilans :)

      Usuń